Jerzy Korecki - Organiścina

Słońce zaczynało schodzić niżej, a mąż jej i ojciec jej dzieci nie zrobił jeszcze przerwy w pracy, na chwilę odsapnięcia i posilenie się gorącą  parzybrodą, którą zawsze chętnie jadł. Gospodyni już któryś raz wyjrzała przed chałupę i przysłaniając dłonią oczy usiłowała dopatrzyć się swojego chłopa chodzącego za pługiem na odległym spłachetku ziemi. Coś tam majaczyło w kierunku ich roli, jednak nawet nie próbowała przywoływać krzykiem zapracowanego oracza, tylko zwróciła się do bawiących się z psem synków- Tomka i Franusia:

                    Skoczta, no tam, po łojca, bo mu maltych na całkiem wystygnie...
                   Nigdy nie ma toto umiaru z tą swoją robotą, a mojej to nawet nie uszanuje..

 

Mruczała jeszcze coś pod nosem niby to krytykując pracowitość męża, jednocześnie zaś cieszyła się tą jego obowiązkowością w dbaniu o rodzinę. Chłop był organistą przy tutejszym, przysierskim kościele, a na dodatek uprawiał parę mórg ziemi należącej do parafii, co służyło do pomocy w  utrzymaniu siebie i dwójki łobuziaków,

                    a przecie niedługo znów mu powije, to ma chłop teraz o co dbać, więc...

 

Rozmyślania przerwał dziwny wrzask powracających maluchów. Przekrzykiwali siebie nawzajem, becząc przy tym w niebogłosy. Zrozumiała tylko, że z mężem stało się coś dziwnego:

                    Łociec na ziemi leżą, nie kcą gadać
                    Ani wstawać, tak jakby były upite...

 

Relacjonowali, przytulając się  mocno, bojaźliwie, do matczynych  kolan. Odsunęła ich gwałtownie, nakazując obu:

                    zostańta tu chwile, sama polecę...

 

Ruszyła miedzą do majaczącego w oddali konika. Jedną ręką przytrzymywała długą spódnicę, aby wygodniej było bosymi stopami śmigać po zachwaszczonej miedzy. Jeszcze nim dobiegła do męża zorientowała się, że dzieje się coś bardzo niedobrego i do domu doleciał ledwie słyszalny głos:

                    Ło Jezusieńku!...  Jezusieńku!...

 

Dopadła do leżącego, odwracała mu bezwładną głowę, koszulą ścierała cieknącą z ust ślinę, jednak nie wzbudziło to żadnej życiowej iskry w szarpanym. 

                    Mikołaj, co wóm, Mikołaj, powiedzta cosik...

 

Widząc, że te próby postawienia człowieka na nogi nic nie dają, a chłop może się kończy, wybuchnęła krzykiem rozpaczy: 

                    luuuudzie! Ratuuuujta!...  luuuudzie!...

 

Znów biegła, ale już do wsi,. Długa spódnica pętała jej się pomiędzy nogami, deptane osty raniły pędzące bose stopy, jednak tego nie czuła. Pędziła po pomoc dla męża, nie wiedząc kto i jak  może pomóc. Przeleciała przez drogę naprzeciwko kościoła. Paru sąsiadów ruszyło w jej kierunku słysząc błagalne:

                    luudzie...  łón umiera... ratujta... pomóżta!...

 

Z plebanii wyszedł proboszcz zaaferowany alarmem. On jedyny zachował zimną krew, widząc więc biegnącą przed siebie organiścinę  przywołał ją:

                    Mitręgowa,  mówcie co to zacz się przydarzyło.  

 

Wywołana po nazwisku zatrzymała się tuż przy kolanach plebana. Chwyciła księżowską dłoń do całowania, a zdyszana opętańczym biegiem ledwo mogła sklecić parę słów informacji:

                    Wielebny, ratujta go, przecia łón tyż je Wasz...
                    A łón tam leży i umira samućki...

 

Całą rękę wyciągnęła w kierunku niewidocznego za chatami pola. Opanowany ksiądz wysłał kilku chłopa po organistę, z którym mu się dość dobrze współpracowało. Po dobrej chwili przyniesiony chłop spoczął na swoim wyrku nie wiedząc co się z nim dzieje.

                    Został sparaliżowany...     


Minęło kilka miesięcy, a w zdrowiu mojego pradziadka Mikołaja nie zaszła wielka zmiana,  owszem odzyskiwał długo świadomość, jednak ciągle nie miał sił zwlec się z łóżka. Dnia 19 grudnia 1881 opiekująca się nim żona powiła bliźnięta- moją babcię Mariannę i synka. Cała szóstka z Bożą pomocą i ludzką przeżyła zimę, wiosnę i rozpoczęło się lato. Pradziadek starał się przydawać zaharowanej żonie Katarzynie, przytrzymywał przy sobie któregoś z  maluchów, ale na więcej nie było go stać...

Boże Ciało zaczęło się piękną pogodą. Dwójką najmniejszych zaopiekował się w swym łóżku chory ojciec, a matka ze starszymi wzięła udział w procesji. Gdy dzień miał się ku końcowi zaczęły nadciągać nad wioskę ciemne chmury, a dolatujące z oddali pomrukiwania zapowiadały letnią burzę. Aby wyprzedzić nadciągający mrok, Babcia Katarzyna wcześnie zabrała się do kąpieli swych półrocznych bliźniąt. Starsi chłopcy w oczekiwaniu na zbliżającą się nawałnice cicho przysiedli przy łóżku ojca i zaczepiali leżącego tam braciszka, a gospodyni obmywała w drewnianej bali do prania, Marynkę.

Nagle, jak gdyby coś wdusiło ich chatę w ziemię! Obłędny huk ogłuszył wszystkim uszy, a za oknem izby błysnęło światło wprost nieziemskie! Nim mieszkańcy otrzeźwieli z szoku, już ogień rozłaził się po chałupie. Strzecha przestawała istnieć, pomimo lejącego deszczu i nawet powała stanęła w płomieniach. Zdesperowana kobieta chwyciła korytko  z córeczką i wybiegła przed dom wzywając starsze dzieci do ucieczki za nią. W chwilę później wskoczyła ponownie do palącej się izby ratować kolejne dziecko i męża. W blasku płomieni spostrzegła paralityka leżącego na podłodze. Łóżko było puste...  

Odciągnęła ciężkiego mężczyznę w poszukiwaniu maleństwa... 

                    Na ratunek było już za późno...

 

Ojciec pragnąc uratować swego synka, a i siebie uratować również, wywlókł go z łóżka na podłogę. Sam zaś nie mając na więcej sił, zwalił się na niemowlaka...

Czas jest bezwzględny, mija szybko i czasem zasusza rany, jednym słowem życie wymaga posuwania się do przodu. Wpierw rodzina byłego organisty przeniosła się do Plewna i tam po kilku latach sparaliżowany chłopina odszedł do lepszego życia, nie odzyskując dawnej sprawności. Zmęczona prababcia wychowywała swoją trójeczkę sama i po kolei pozbywała się ich z domu. Osłabła, na ostatnie lata przytuliła się do najmłodszej Marynki, która wyszła za cieślę K.... Józwa i wypiastowywała im kolejno przychodzące na świat dzieciaki. Znów mieszkali w Przysiersku. Wpierw urodził się Franek, po nim Joanka, Pioterek, Antoś i chorowita Franusia. W 1914 opiekun tej całej czeredki powołany został na front I wojny światowej i nie było go w domu gdy w listopadzie rodzina znów się powiększyła, a w księdze metrykalnej parafii Przysiersk przybył nowy wpis:

 

Dnia 10 listopada roku pańskiego 1914 stawiła się przede mną ubogo gminna gdowa Katarzyna Mitręga i powiedziała, że jej córka Maryjanna K... żona cieśli Józwa K... urodziła wczoraj dziewczynkę i nadała jej imię Anna Gertruda. Zdarzyło się to w Przysiersku.

 

Miały te dwie kobiety co robić aby wykarmić i ubrać szóstkę dzieciątek bez chłopskiej wyręki, ale byli wkoło dobrzy ludzie i od czasu do czasu co nieco im podetknęli, czy też w polu wyręczyli. Mała Anusia doczekała się swoich pierwszych urodzinek, gdy w próg chaty zawitał listowy z paczką. Babcia Katarzynka piastowała akurat swoją wnuczkę na kolanach, gdy przejęta niebywałym wydarzeniem gospodyni bardzo ostrożnie otwierała przesyłkę od swojego chłopa z ogarniętej wojną, odległej Belgii. Z paczki wydobyta została sukienka- prezent od pamiętającego ojca dla maleńkiej jubilatki.

Babcine serce nie zdzierżyło radości. Wpierw rozległ się krzyk upuszczonej na podłogę Anusi, a jedną chwilę potem stara kobieta osunęła się z szymla w ślad za wnusią.

                    Bez jednego jęku odeszła z ciała umęczona trudami życia dusza...            

Również tego autora