Roman Sidorkiewicz - Zburzyć Sopot (5)

(ciąg dalszy z nr 9/2015)

XXXVII
Pod  Złotym Ulem zaczęto walki
Duchów dosięgły sopocian pałki
Kijami bili, to główna ich broń
Po plecach, nogach a nawet w skroń.
Ludzie bez twarzy nie mieli broni
Tylko marzyli – dotrzeć do toni
Laski trotylu im wypadały
Co zgubę miasta prorokowały

Widok ów strasznie tłum ten rozjuszył
Z podwójną mocą na wrogów ruszył
Pod Cafe Ferber i pod SPATIF-em
Duchy szeptały: - Już koniec z życiem.

XXXVIII
Walka z najeźdźcą lud zjednoczyła
Niechęć do siebie nic nie znaczyła
Bitwa rozgrzała serca i mózgi
Gdy kijów brakło, przysłano rózgi
Władza tym razem nie pouczała
Lecz walecznością się odznaczała
Prezydent miasta solidnym ciosem
Powalił ducha co stał pod płotem
Bił także Tygrys, choć już niemrawy
Przypomniał ludziom dni swojej sławy.

XXXIX
Szczęście sprzyjało wrogom Sopotu
Zmęczeni, ranni, mokrzy od potu
Po chwili przestrzeń jakąś ujrzeli
- To niebios pomoc – cicho jęknęli
Plac duży, pusty na styl Tian’anmen
Można spoglądać daleko hen.
Ludzie bez twarzy są mniej już bici
Lepiej się bronią, choć są przybici
Myślami biegną w swój świat surowy
Z ran się wyliżą, opatrzą  głowy.

XL
Koniec watahy nasz Pan zamyka
Najwięcej ciosów jego dotyka
Lecz biegnie dalej, wciąż rozkazuje
- Teraz na lewo! - szum przekrzykuje
Uwaga! Razem w Poniatowskiego!
Widzi on wejście domu dawnego.
Ostatnie ciosy na nich spadają
Lecz duchy czują, że już wytrwają
Ścieżką przez plażę biegną w głębiny
By wkrótce wrócić do swej krainy
A sopocianie stoją nad brzegiem
I medytują nad losu biegiem.

XLI
Eksplozja szczęścia w nich wybuchnęła
Cieszą się, tańczą, groza minęła
Miłość zarządza naszym Sopotem
Acz się obawiam, co będzie potem
Czy trzeba wojen by działać zgodnie
I nie reagować na wszystko ogniem?

XLII
Nasz Pan nie wrócił w krainę duchów
Kompromitacja, nikt go nie słucha.
To efekt bitwy całkiem przegranej
Źle pomyślanej, źle rozegranej
Czas krwawych wojen dzisiaj już minął
Z których glob ziemski dotychczas słynął.
Złe informacje nasz Pan otrzymał
Pragnął on wojny i… nie wytrzymał.

XLIII
Pokoju właśnie nastała era
Niektórym bardzo to już doskwiera
Lecz władza trzyma ich w mocnych szponach
Dzisiaj ta wrogość jest na stadionach
Coś musi w nas tkwić, coś musi być
Że bez awantur, nam trudno żyć
Taka niemożność życia w pokoju
Naszego Pana pchnęła do boju.

XLIV
Nasz Pan uciekał do swej krainy
Nie bez powodów, nie bez przyczyny.
Duchy na wodza wyrok wydały
Stryczek, a jakże, przygotowały.
Żyje podobno dalej w Bałtyku
Tylko z psem swoim, całkiem bez szyku
Nie wyszła walka, nie wyszło życie
Niechaj na zawsze utkwi w niebycie.

XLV
Czas zatem poznać nam bohatera
Jak wyglądała jego kariera
Skąd pochodziła nienawiść jego
By nas wykończyć co do jednego.
Pochodził ponoć z rodu zacnego
Pracowitego, holenderskiego
Lubił ryzyko, zwalczał trudności
Posiadł fabryki i wiejskie włości
W  Sopocie willę piękną zbudował,
W której zamieszkał, dzieci wychował

XLVI
Konsulem został amerykańskim
Tryskał humorem zawsze szampańskim
Prym wiódł na rautach, balach, przyjęciach
Pełen żywiołu, pełen zacięcia
Aż przyszła wojna, pierwsza światowa
Życie zaczynać przyszło od nowa
Huragan śmierci wietrzył krainy
Jakby chciał zemsty za ludzkie winy

XLVII
Po wojnie kryzys rządził na świecie
Dobrze od dziadów, słuchacze wiecie…
Walki, choroby ludność niszczyły
A dyktatorom drzwi otworzyły
Zachcianki kobiet pchały do zguby.
Pan nie wytrzymał życiowej próby,
Odszedł na wieki od córki, żony
Gdy świat mu runął ten wymarzony.
Szczęście nie zawsze, widać, jest wieczne
Takie są prawa ludzkie, odwieczne

XLVIII
Czas nam pożegnać już bohatera
Zapomnieć o nim, co czynię teraz.

Koniec

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora