Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478
  • +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Stanisław Stanik - Miłosz w Warszawie

    21 października 1980 roku zapisałem w dzienniczku:

    „W godzinach popołudniowych w telewizji (polskiej) podano, że Czesław Miłosz otrzymał Nagrodę Nobla. Krótka wiadomość. Brak komentarza.”

    Należałem wtedy do Koła Młodych ZLP. Rej w nim wodzili Piotr Bratkowski (przewodniczący), Tadeusz Komendant, Jacek Bierezin, Józef Andrzej Grochowina. W związku z Kołem i z Miłoszem notowałem (w dzienniczku):

     

    „A jeśli chodzi o Miłosza – młodzi z Koła zarządzili składkę na wysłanie telegramu z gratulacjami do poety („Musimy przesłać życzenia naszemu koledze”

    – powiedział przewodniczący, co wydało mi się stanowczą dysproporcją, bo jakieś tam grosze trzeba wysupływać na naprawdę wielkie wydarzenie.

    Nazajutrz nastrój nadal był minorowy i nic nie wnoszący (moja teściowa, polonistka, wiedziała tyle o Miłoszu, że po wyjeździe za granicę nie chciano go wpuścić do kraju). Pisałem teraz tak: „Dzisiaj o 8-ej rano w radiu cytowano komentarze prasy w związku z przyznaniem Nobla Miłoszowi. Bodaj „Sztandar Młodych” podał zdanie, jakie poeta miał wypowiedzieć sam po otrzymaniu wiadomości o decyzji sztokholmskiej:

    - Nie chcę być sławnym.

    Nie komentuję tych słów, bo nowo upieczony noblista miał dobrze w pamięci wyrzucenie go z kraju. Odnotowywano też głosy Putramenta, Parnickiego, Andrzejewskiego. Ostatni wyraził się, nie wiem, czy serio, że tegoroczna Nagroda powinna być podzielona po równo między Miłosza a niego.
    W południe, nie odstawiając za często pióra, rozważałem tak:

    „Niewątpliwie Miłosz, jak powiedziano dziś przez radio, jest najwybitniejszym poetą piszącym po polsku i wśród żyjących”.

    Napomknąłem, że kandydował do najwyższego wyróżnienia w literaturze z Polaków także Teodor Parnicki. Niewątpliwie był szeroko znany za granicą, przebywał długo w kilku krajach, nawet telewizja nadawała ostatnio wywiad-rzekę z nim, jakby chcąc skierować na niego uwagę, ale ja – jak wielu innych – nie ceniło jego twórczości, surowej, zimniej, intelektualnej, jakiej szkoda dla powieści historycznej.

    Wieczorem tego dnia doszły mnie nowe wieści i, naturalnie, jako poeta, też nieprawomyślny, ekscytowałem się nimi. Pisałem na gorąco (chyba po kupnie gazet):

    „Trwają rozmowy o Miłoszu między ludźmi. Przez radio słyszałem głos poety. „Życie Literackie”, jak zauważyłem, zamieściło, chyba jako pierwsze z pism, szkic Aleksandra Finta „Debiut Miłosza – po latach”.

    „Express Wieczorny” pod informacją o Noblu dał felieton Jerzego Lisowskiego. „Tylko język jest ojczyzną”, pisał Czesław Miłosz smutno, co zostało mu zarzucone. Ale w tym też felietonie znalazł się piękny wiersz Jarosława Iwaszkiewicza, a właściwie fragment jego pt. „Podróże do Patagonii”. Pisał Iwaszkiewicz:


    Bo cóż dla was poezja znaczy?
    Rozumiem – Majakowski,
    Ale Miłosz? Niech mu kto wytłumaczy,
    Dlaczego mi serce staje,
    Gdy tylko usłyszę jego wiersz?
    Dlaczego bije od smutku ton miedziany,
    Jak u Artura na fortepianie?
    Dlaczego wtedy czuję, że żyję?
    A życie to nie jest umieranie.
    Szkoda innych słów.

    Śledziłem dalej uważnie prasę. W dwa dni później z „Naszej Trybuny” dowiedziałem się, że Miłosz jest poetą romantycznym. To by zgadzało się z moimi dzisiejszymi przemyśleniami, bo katastrofizm, który uprawiali Miłosz z kolegami z II Awangardy Wileńskiej, zapoczątkował epokę z  konieczności romantyczną – czas walki, krwi i bohaterstwa – w II Wojnie Światowej. A teraz znów postępuję w chronologii wydarzeń Noblowskich za dzienniczkiem. Pod datą 12 października napisałem:

    „Przez radio słuchałem po południu audycję o poezji Miłosza wraz z jego recytacjami. W telewizji, również po południu, nadawano też program o poezji Miłosza. Mówili Wacław Sadkowski i Adam Ważyk. Ten drugi wyjaśnił, że kontrkandydatami Miłosza do Nagrody byli Graham Green i Alberto Moravia. Poza tym dowiedziałem się, że Ważyk utrzymywał z Miłoszem korespondencję. Dziwne to, bo dzieliła ich polityka. Jak zresztą można było uniknąć polityki. Sam czytałem „Trybunę Ludu” (czasem z konieczności), „Naszą Trybunę”, „Głos Pracy”, „Sztandar Młodych”, różne „expressy” – same naideologizowane pisma. I z tych pism zbierałem wycinki na temat: Miłosz. Chciałem jak najwięcej wiedzieć o Miłoszu.

    Pod datą 30 października zanotowałem:

    „Przedwczoraj byłem z Magdą (żoną) na wieczorze poezji tegorocznego Noblisty w dziedzinie literatury. Poszliśmy do klubu EMPiK przy Ścianie Wschodniej. Słowo wprowadzające do wieczoru wygłosił Andrzej Kijowski. Różne wiersze recytowali w kolejności: Nehrebecka, Kowalski, Stankówna, Szczepkowski. Gdy właśnie Szczepkowski skończył kwestię, nawinął się Józef Andrzej Grochowina, mówiąc, że udaje się do Sali Kongresowej. „Wieczór poezji – bardzo nadęty, zanotowałem. – Wytworne, młode panie, mili, ale naburmuszeni szpakowaci mężczyźni. Prezenterka streszczała się, ale inni gadali aż nadto. Stankówna wpadła w ton dramatyczny, który pod koniec recytacji opanowała. A Kijowski był powściągliwy. Zrobił na mnie wrażenie „mózgowca o domowym, ściszonym głosie, nadto trochę mechanicznym”.

    Na tym zeszyt z dziennikiem urwał się, a szkoda, bo przytoczyłbym moje przemyślenia z uroczystości przyznania Nagrody Nobla w Sztokholmie. O ile pamiętam, była to uroczystość piękna, wzruszająca. Z Miłoszem – zresztą jak o tym piszę w innym miejscu, miałem dalsze „porachunki” – ale wykorzystam tu tylko osobiste zapiski z wieczoru autorskiego polskiego twórcy, wieczoru, przeprowadzonego prawie rok później po przyznaniu mu wielkiej Nagrody. Było to rok po fecie, a na krótko przed dramatem grudnia 1981 roku. Całą historię przedstawię w innym układzie niż dotychczas – od epizodu z odnalezieniem notatek. 11 października 1981 roku, nad wieczorem, w rocznicę przyznania Nobla Miloszowi, a było dosyć zimno, poszedłem do klubu studenckiego „Stodoła” przy ul. Batorego 10 w Warszawie. Według informacji Bratkowskiego z Koła Młodych, niedoszli jeszcze literaci mieli udać się gremialnie na wieczór autorski poety, posiadając na niego kilka zaproszeń. Takie zaproszenie i ja miałem obiecane, gdy stawię się pod „Stodołą”. Widocznie jednak nie posiadał ich w nadmiarze, wszystkie rozdał i ja go ostatecznie nie otrzymałem. Niewiele myśląc, postanowiłem oglądać spotkanie od zewnątrz, przez monitory ustawione przy ścianie klubu.

    Czekałem długo na poetę, nie przyjeżdżał, tłum przed wejściem do klubu był jak mało kiedy, w końcu nadjechał, wszedł na salę bocznymi drzwiami, sprawiając tym zawód oczekującym na wolnym powietrzu, i zaczęło się. Zdziwiłem się, że imprezę prowadził Bratkowski, stojąc wcześniej przed klubem z wejściówkami i je rozdając, jakby nerwów w ogóle nie posiadał, ale – mimo napięcia – Bratkowski ładnie przywitał Miłosza, po takim wstępie poprosił by zadawano gościowi pytania z Sali, gość miał tylko odpowiadać, a ja tymczasem na małej skarpie przed „Stodołą” stałem między ludźmi, wyjąłem karteczkę i długopis i począłem notować przebieg wieczoru. A – jak napomknąłem – tę relację zdaję od końca, bo karteczka z zapiskami zawieruszyła mi się i długo przeleżała w domu moich rodziców. Gdy ją odnalazłem, schowałem między swoje pamiątki i odtwarzam zdarzenia sprzed lat post factum. Nic nowego w prezentacji „sylwetki” poety nie wymyślę, więc zdaję się całkowicie na próbę prezentacji z wersji sprzed lat. Natrafiłem na notatki, przyjechałem, kiedy  jak wiadomo, do rodziców na wieś. Było zimno i ciemno jak ongiś pod „Stodołą”. Dzień wcześniej trochę popadało. Deszczowo było już w Warszawie; teraz, z konieczności zatrzymując się w domu i mając chwilę wolnego czasu, udałem się na piętro. Tam w jednej z paczek przeszukałem swoje dawne papierzyska i między nimi znalazłem zapiski z wieczoru autorskiego sprzed roku. Cyzelując je i porządkując chcę przedstawić, przepisawszy, w maszynopisie. Jak czytałem część czy skrót sprawozdania z wieczoru zamieścił „Sztandar Młodych”, całość zapewne została nagrana przez telewizję i radio, a nawet prywatne magnetofony, więc nic nowego pod słońcem nie powiem. Dam całości tylko nowe  oświetlenie. Przez potrzebę subiektywności i przez jej konieczność zabieram tu głos.

    Pierwsze słowo, jakie rzucił Poeta, gdy stanął za stołem „prezydialnym”, był okrzyk „Ludzieee!”. Wyrażał zaskoczenie zaistniałą sytuacją, może jakąś dziwność, irytację – bo skąd te masy, tyle świateł jupiterów, atmosfera spiskowa, ogromny szum. Między ludźmi przebiegał dreszcz strachu i lęku. Ani śladu straży czy policji – a tu ogromne napięcie. Na zewnątrz duża gromada ludzi – a między nimi fotograficy, kamerzyści… Po co to fotografują, nagrywają? Czy ducha poezji można utrwalić? Było coś niezwykłego, bo ludzie czekali na Miłosza tête-à-tête a on umknął z pola widzenia, nastrój był podniosły i uroczysty, a Bratkowski, witający poetę, wdział na siebie strój sportowy, jakieś jeansy, sweterek… i to ma być powitanie Noblisty? Tym bardziej, że jak sam zauważył, ostatni wieczór autorski Miłosza odbył się w grudniu 1950 roku. To zobowiązuje, choć teraz wiem, ilu komunistów w kraju, żle na niego patrzyło, w końcu na niego jako na zwycięzcę. Ten zwycięzca oto, który w geście tryumfalnym, gdyby się go nie bał, mógł wystawić dwa palce do góry w kształcie litery „V” (Victoria), zaczął właśnie czytać swoje wiersze, specjalnie przygotowane, i czytał je długo, budząc zaciekawienie. Bratkowski potem już czekał na „salę” – żeby zadawała pytania, które ją obchodzą. Ale tylko – jak zastrzegł – z dziedziny literatury, bo przecież mogłoby paść pytanie i niestosowne czyli polityczne. Pytań nie zanotowałem, przedłożę wiadomości od Poety: o jego życiu, sztuce, poglądach na poezję zwłaszcza. Miłosz początkowo, w czasach swej młodości, odnosił się z podejrzliwością do literatury. Należał do tak zwanej Drugiej Awangardy, ale nie za bardzo wierzył w moc słowa. Jeżeli miał tylko częściową rację, to nieufność wobec wielu konstrukcji intelektualnych jest wskazana. Oskar Miłosz – krewny Czesława wyraził całkowicie negatywny stosunek do poezji XX wieku. Od czasu symbolizmu poezja posunęła się w hermetyzm, tam, gdzie dalej iść nie może. Można bez przesady stwierdzić, że dawniejsze formy zawierały więcej treści. Osobiście, nie chcę w pułapkę, inaczej niż awangardziści, zwrócił się do dyskursu. Pewne problemy ogólne funkcjonowania kultury, a więc i głośności poezji, poruszył w „Ziemi Urlo”. Omówił pojęcie centrum i peryferii, kultury i natury… Ciekawe jest pytanie, czy podobnie jak Rzym w kulturze śródziemnomorskiej centrum dla autora „Rodzinnej Europy” jest Wilno? Otóż kwestia centrum i peryferii przesądziła o rozwoju kultury. Teraz ta sprawa jest mało ważna, centrum znika w ogóle w wystąpieniu jej zjawisk. „Ziemia Urlo” to problem nowego połączenia techniki i kultury z nauką. W ferworze dyskusji Poeta o Wilnie jako o centrum czy peryferii w ogóle nie wypowiedział się, może to już sprawa zaprzeszła, jak dał do zrozumienia Autor. Pojawił się problem związków syntez z drobnym szczegółem. Co daje ludziom ostoję i potrzebę samorealizacji.

    - Ja jestem wielkim wielbicielem rzeczywistości.

    Zdaje się, że tym samym Poeta opowiedział się za priorytetem natury. Podobna intencja przyświecała mu w wypowiedzi na temat psychologii twórczości:

    - Ja swoich książek nie czytam. Nie pamiętam ich. Najciekawsze moje utwory to te, których nie napisałem. Kiedy byłem młody szukałem maksymalnej zwięzłości. Chciałem wszystko wyrazić jednym słowem. Ceniłem też utwory skondensowane, gnomiczne. Ten napór był tak silny, że potrzeba była droga odwrotu. Tak samo z pisaniem; jest to pewnie wyciąganie królików z cylindra. Na sposób tworzenia wywierają wpływ różne czynniki. Znaczne ilości tekstów Miłosza powstały pod wrażeniem malarstwa, zwłaszcza ilustracji jego dziadków z lat 1810-1840. A czy długoletni pobyt za granicą sprzyjał czy przeszkadzał poetyckiej samorealizacji Miłosza? Odrzekł:

    - Bardzo trudno wyobrazić sobie życie inaczej niż było. Cała moja przygoda życiowa, to zabawa głupiego Jasia. Głupi Jaś wybierał to, co inni odrzucali. Co zniosłem, to by konia zwaliło. Było tak, że dzięki czemu mnie nie zniszczyli, to mi pomogło.

    Pytanie następnie zadał Bratkowski:

    - Biorąc za przykład wiersz „Kołysanka”: czy nie miał pan wizji swojego losu?

    - Chyba tak – odparł Miłosz. Tekst piosenki „Rozkwitały pęki białych róż” kojarzył się z moją osobą. Ale inaczej jest z wierszem „Do kraju, do którego nie wrócę”. Okazało się, że wróciłem do kraju pierwszej młodości.

    Mówił dalej Miłosz o swojej polskości, temacie trudnym i najbardziej kontrowersyjnym dla mieszkańców znad Wisły:

    - Gdyby moja umysłowość była osobowością ortodoksyjnie polską, nie otrzymałbym Nagrody Nobla. Wyznając opcję antynacjonalistyczną, nie przygotowywałem się równie do Nagrody Nobla. Wyobrażałem sobie, że Nobel to jest coś, co dostaje się po skończonym żywocie. Naturalnie, problem racjonalizmu jest problemem żywym w sensie możliwości jego eskalacji. Ta nośność ideologii narodowej pojawia się tam, gdzie nikną racjonalne motywy. Nie wiem, jak to teraz wygląda, bo znam sprawę z okresu dwudziestolecia.

    I tak brnąc po tematach pojawiło się pytanie sensu stricte polityczne:

    - Czy ten przyjazd nie przypomina sytuacji z wiersza „Pośrodku zmilitaryzowanego kraju”?

    Padła odpowiedź:

    - To wiersz nienajgorszy. – I odrzucając drugą część pytania, zgodnie z „siłą wyższą”, Miłosz odparł wykrętnie:

    - Cenię Brzozowskiego, lecz odstręcza mnie od niego uwikłanie w rzeczywistość przyziemną. To mnie niepokoiło. Ale Brzozowski był urodzony pod znakiem Raka i ja też. Rak chodzi do przodu i do tyłu, przeważnie do tyłu. Proszę to zrozumieć po swojemu. Lecz tracę już panowanie nad odbiorem mnie. Z przerażeniem stwierdzam, że nie posiadam kontroli nad tym, co o mnie piszą. Jestem, jakby mnie nie było.

    Miłosz mówił jeszcze dalej, na ogół krótko; spotkanie przedłużało się, ludzie byli zmęczeni, wielu stało, wielu nie mogło doprosić się o pytanie  - i tak jakoś w gorączce i tumulcie wszyscy zaczęli się rozchodzić. Ja na zimnym powietrzu dotrwałem do chwili, że obok stało już niewiele osób, a tylko fotograficy i kamerzyści nagrywali wszystko, ujmowali, aż sam nie wiem po co.