Jerzy Korecki - Farmazon

Dobrze byli już rozochoceni naznoszoną gorzałką i bliskością dziewuch. Takie dni jak dzisiejszy nie zdarzały się zbyt często, więc prawie wszyscy z majątku barona korzystali z jego nieobecności, aby się nacieszyć rzadko trwającą tak długo swobodą. Bowiem jeszcze za jasnego, Leo Korecki tutejszy, czyli majątkowy kuczer odwiózł był Jaśnie Wielmożnego Barona Sz. do Pruszcza na Bahnhoff , aby stamtąd prościutko trafił na Reisę do samego Berlina.

Nie można było powiedzieć, aby właściciel samych Gołuszyc i okolicznych setek mórg ziemi ciemiężył czy to parobków, czy też dziewki służebne. Miał zawsze dla nich chwilę czasu i zapytywał nie jeden raz to o kobietę czy też dzieciaka, bo znał prawie wszystkich z imienia. Jednak zawsze co Pan, to Pan i tyle!

Poumawiali się więc, uradowani z możliwości poczucia się „jaśnie państwem” chociażby jeden wieczór. Nie wiadomo, który z wyrobników wpadł pierwszy na figlarny pomysł rozsiadania się w  „jaśniepańskich ławkach”, chodzenia po „pańskich alejach” i gżenia z dziewczynami pod „pańskimi” krzaczkami. Ważne, że wszystkim się spodobał. Umówiono termin na czwartkowy wieczór już przed kilkoma dniami, gdy tylko wyszedł na wierzch zamiar wielodniowej  podróży dziedzica.

Skrzyknięto też paru wioskowych grajków do rzępolenia licząc, że i parę bab będzie chciało podokazywać na „pańskim”. Bowiem tym razem spotkanie parweniuszy umówiono wyjątkowo na parkowym trawniku, obok pałacowego podjazdu.

Słysząc muzykę również paru poważnych i żonatych fornali  przyciągnęło, czując okazję do wypitki i rozrywki tak rzadkiej przy ich ciężkiej robocie w polu, czy też przy oprzęcie. Zaniedbali dzisiaj swoje obowiązki obiecując sobie w duchu większy wysiłek w dnie następne.

Gdy nie ma kota, to myszy tańcują!

Przysłowie to sprawdziło się jota w jotę. Nieobecność barona  spowodowała pełen luz pracowników, mogli czuć się jak na swoim, swobodnie i niekrępująco. Nawet dziedzicowa kucharka przyniosła coś niecoś zagryzki uszczkniętej z pałacowej spiżarni. Już po kilku porcjach tej wychylanej łapczywie brendki, chłopacze ręce zrobiły się bardzo pazerne na obmacywanie dziewuchowych okrągłości. Dziewuchy, same podochocone, piszczały i ze śmiechem udawały obronę przed natarczywusami. Niektóre też pary podrygiwały na podjeździe ochoczo przytupując i pokrzykując w takt obertasów żwawo nadawanych przez skrzypki i harmonię.

Nie można powiedzieć, by była to pijatyka albo porubstwo, ot taka lekko rozluźniona gorzałką i ciepłą ciemnością majówka. Prawie familiarna.

Około północy piski podmacywanych dziewczyn umilkły nagle, chłopacy również zaprzestali gwałtownie miłosnych podbojów bowiem w ciszę nocy panującej nad pobliskimi zagrodami wsi, wbił się regularny stukot końskich kopyt. Zamilkłe towarzystwo zwróciło się w stronę tętentu wpierw z zaskoczeniem, gdy jednak dobiegł i turkot kół lekkiego pojazdu, na dodatek skręcającego w parkową aleję prowadzącą wprost do pałacu, do serc niektórych wdarło się  przerażenie.
W ciemnościach można było dostrzec zarysy znajomego  kocza ciągnionego przez ciemnego konika. Wewnątrz powoziku siedziało, oprócz kuczera na przedniej ławce, dwu mężczyzn w czarnych cylindrach na głowie i czarnych surdutach. Pojazd, jak zwykle, zatrzymał się przy wysokich schodach prowadzących na wejściowy taras dworu.

Bliżej stojący, czy też jeszcze leżący, przysięgali się później, że widzieli jaśnie pana barona wchodzącego wraz z osobistym lokajem po stopniach do pałacu, a kocz zaraz odjechał. Widziano pełgające odblaski w oknach pałacowych, jakoby to od świec, podążające do górnych pokoi, do których nikt nie miał nawet prawa wstępu poza kamerdynerem. Tylko jedynie ten osobisty lokaj, nie wiadomo skąd przybyły przed laty żabojad, który nie umiał po ludzku nawet gadać tylko jakoś tak świszcząco przez nos parlał, sam obsługiwał górne piętro.

Na rozluźnionych jeszcze chwilę temu biesiadników padł blady strach. Był tu, przecież z nimi znajomy kuczer, Leo, który klął się na świętości, że pomagał wnosić bagaże do Bahny  i czekał do chwili aż pociąg odjechał z obojgiem. Była też Zimmerfraeulein Johanka, o której wszyscy pod tajemnicą gadali, że jest córką samego barona.

Jak najostrożniej, bo przerażeni, zaczęli powoli rozchodzić się w przekonaniu, że w szeptanych plotkach zgoła szokujących, choć dotychczas niepotwierdzonych jest sens, jakoby Jaśnie Wielmożny Pan Baron zaprzedał swą duszę diabłu.

Dziwne życie prowadzone przez ich dziedzica zaowocowało nazwą Farmazon. Często w karczmie przy szklanicy gorzały snuto różne opowiadania o dziwnych odwiedzinach składanych we dworze. Przyjeżdżały jeno same, pokracznie ubrane fircyki i to najczęściej z daleka, których mowy nikt z miejscowej obsługi nie umiał zrozumieć. Natomiast z pobliskich, panów- dziedziców, nikogo wtedy nie zapraszano. Bardziej wścibscy wspominali dziwacznie urządzone, tajemnicze piętro, w którym ci goście byli przyjmowani i długo prowadzono z nimi po nocach konszachty.

Żaden z pracujących w majątku wyrobników nie rozumiał dążenia do wiedzy przez swego pracodawcę, bo jakżeż, w takiej zapadłej dziurze mogłyby być prowadzone eksperymenty naukowe?

Niektórych zadziwiał nadmierny wzrost dostatku pana i jego ciągle kawalerski stan. Wszystko w prostackich głowach składało się w jedno słowo:

Musi być, że MASON!

Następnego dnia po nieudanym wieczorze, wszyscy zafrapowani, ledwo świt, poszli do zajęć, jednak nikt nie mógł się pochwalić spotkaniem powróconego z wojaży dziedzica. Jedynie jakiś poranny ptaszek, który postanowił poustawiać oraz nieco posprzątać po tym fatalnie zakończonym wieczorze, przechodząc obok pałacowego podjazdu natknął się na pozostawione ślady niby to kozich raciczek!

Wśród ratajów wnet rozeszła się ta nowinka i każdy kręcąc głową, niby znawca, potakiwał:

Musi być, sam Belzebub przyjechał pilnować farmazońskiego dobytku!!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora