Janusz Orlikowski - Czy przemoc bywa konieczna?

Przemoc jest złem. To stwierdzenie wydaje mi się niepodważalne i nie ma dla niej żadnego usprawiedliwienia. Nie ma czegoś takiego jak – uzasadnione użycie przemocy, czyli reakcja na zachowania, które za złe się uważa w sytuacji gdy wyczerpała się siła argumentacji, wtedy należy użyć argumentu siły. Jedynym usprawiedliwieniem są okoliczności instynktu samozachowawczego, czyli bezpośredniego zagrożenia życia. Wtedy faktycznie nie rzuca się pereł przed wieprze, bo byłoby to działanie (a właściwie jego brak) przeciw piątemu przykazaniu: nie zabijaj. Bierne poddanie się śmierci, swego rodzaju samobójstwo. A jednak z takim biernym poddaniem się przemocy mamy do czynienia u podstaw chrześcijaństwa, gdy Jezus z Nazaretu dobrowolnie oddaje się w ręce śmierci. Jego sprzeciw wobec czekającego Go ukrzyżowania byłby z tego punktu widzenia uzasadniony.

Dzieje się jednak inaczej. Czyżby plan Boży w tym najistotniejszym momencie zawiódł? A może nie mam racji twierdząc, że instynkt samozachowawczy jest usprawiedliwieniem? Że należy i wtedy poddać się przemocy? Trzeba zważyć na okoliczności i cały kontekst znaczeniowy najbardziej doniosłego wydarzenia w życiu Jezusa z Nazaretu. Przede wszystkim na fakt, że Nazarejczyk przewiduje swą męczeńską śmierć. W ostatniej zapowiedzi męki, w ewangelii Mateusza przypomina po raz ostatni swoim uczniom w słowach: „Wiecie, że po dwóch dniach jest Pascha, i Syn Człowieczy będzie wydany na ukrzyżowanie.” A dalej, w czasie Ostatniej Wieczerzy, wyjawia imię zdrajcy, wcześniej wprowadzając konsternację pomiędzy uczniów tak, że pytali jeden przed drugim; „Chyba nie ja, Panie?” Wtedy odpowiada: „Ten, który ze Mną rękę zanurza w misie, on Mnie zdradzi. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził.” Cóż się wtedy dzieje? Judasz pyta: „Czy nie ja, Rabbi?”, a Jezus mu odpowiada: „Tak jest, ty.” Nazarejczyk zna imię zdrajcy, wcześniej przewiduje swą męczeńską śmierć, a pomimo to na nią się decyduje. Dlaczego? Prosta odpowiedź brzmi: dla odpuszczenia grzechów. Trzeba przyznać, że brzmi to dla przeciętnego człowieka nieco enigmatycznie. Jaka więc jest istota tej tajemnicy? Otóż chodzi tu z jednej strony o sens wolności, a z drugiej o problem zła. Jeżeli warunkiem koniecznym dla zaistnienia miłości jest wolność człowieka, jego wolna wola, to Jezus w żaden sposób nie mógł ingerować w to, co czynił Iskariota. Byłoby to wbrew podstawowemu przykazaniu miłości. Wiem kto jest zdrajcą, więc powoduję tak, aby zdradzie zapobiec. Ale co jednocześnie staje się moim udziałem? Zniewolenie. A jeżeli tak, to postępuję wbrew miłości, której wolność jest fundamentem. Zatem, nie mogło być inaczej. Gdyby Jezus, znając swego zdrajcę, postąpił inaczej tym samym by przeciwstawił się podstawowej zasadzie miłości. Stąd wniosek, że po prostu nie mógł tego uczynić. To było ponad jego możliwości w tym sensie, że zaprzeczyłby samemu sobie. Ale tym samym zło triumfowało, by można powiedzieć. Jest zdrada, jest ukrzyżowanie, jest śmierć Syna Człowieczego. Ale czy doprawdy? Już nie zwracajmy uwagę na zmartwychwstanie, a na dalsze losy Judasza. To tak naprawdę powinno nas interesować. Co się z nim dzieje? Czy tryumfuje? Kończy marnie. Według ewangelii Mateusza i Dziejów Apostolskich nie może znieść wyrzutów sumienia i wiesza się. Według innych z kolei źródeł jego los jest podobnie marny. Nie jest moim zamiarem to opisywać, bowiem nie o to chodzi, czy Judasz poniósł zasłużoną karę, czy też nie. Bym powiedział: sprawiedliwość nie ma tu nic do rzeczy. Ważniejsze wydaje mi się co innego. Otóż trzeba przede wszystkim zauważyć, że we wszystkich przekazach zwraca uwagę słaba relacja pomiędzy Judaszem a Jezusem. Iskariota w ewangeliach i innych pismach zawsze zapisywany jest na końcu listy. Nigdy, w przeciwieństwie do pozostałych apostołów nie deklaruje swej wiary. Raczej widzi Nazarejczyka jako mesjasza niż Syna Bożego. Mesjasza, który przejmie władzę nad Imperium Rzymskim ( myśli jak większość wtedy ludzi), a jemu jako jednemu z uczniów przypadnie rola pewnej władzy politycznej. Warto zwrócić uwagę, że Judasz nigdy nie zwraca się do Jezusa w formie: Panie, mówi co najwyżej i zawsze – rabbi, czyli nauczycielu. Nawet wtedy, gdy Nazarejczyk pokazuje mu jasno w czasie Ostatniej Wieczerzy, że przewidział jego zamiary. „Czy nie ja, Rabbi?” - pyta, chociaż wtedy już z pewnością powinien zauważyć, że został zdemaskowany i że jego układy z faryzeuszami mogą okazać się płonne. Kieruje nim jednak szatan, który doprowadza sprawę do końca. Pomysły w rodzaju, że taki był plan Boży wydaja mi się tu nie na miejscu. Chodzi mi o domniemany układ między Jezusem a Judaszem, gdzie ten drugi wypełnia tylko zamierzenia pierwszego. Judasz nigdy nie uznał Jezusa za swego Pana. Jego obecność wśród apostołów miała charakter raczej pretensjonalny. Dlaczego tak było? „Winę” za to ponosi wolność.  Możemy na tej podstawie powiedzieć, że źródłem wszelkiego zła jest właśnie ona. Ponieważ Judasz miał wolność wyboru mógł postąpić tak, jak postąpił. Nasza prosta reakcja: więc Syn Boży mógł temu zapobiec. Tak, lecz wtedy by przeciwstawił się istocie miłości. Można zapytać w tym miejscu: jak to? Ano tak. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy ktoś kogoś do miłości przymusza. Mówi: kochaj mnie. A tym samym, chcąc nie chcąc, wysuwa pożądania i pragnienia, które tę prośbę miałyby powodować. Czyż nie? Nie powiem : kochaj mnie, gdy niczego nie pragnę, niczego nie pożądam. Czyż nie?

Tym samym źródłem zła jest wolność. Ale równocześnie jest też źródłem wszelkiego dobra.  A wszystko jest kwestią wiary. To naprawdę istotne, jaką się opcje wybierze. Judasz wybrał tak jak wybrał, bowiem taka była jego wola. Wybrał przemoc, dla swoich pretensjonalnych wizji, które w konsekwencji okazały się złudne.

Bóg nie byłby Bogiem, gdyby nie dał nam wolności wyboru. No bo co byłby to za Bóg, gdyby odsunął nas od zła i pokazał tylko dobra stronę? Wszyscy fajnie, wszyscy do nieba i amen.  A byśmy, może, myśleli: a nie ma czegoś jeszcze? Albo byśmy nie myśleli. Kto to wie? W każdym bądź razie inna musiałaby być nasza konstrukcja psychiczna. Ot taka: dziejemy się na ziemi i niebo. Bo nie ma zła. Jakbyśmy to widzieli, anioły? Widać jest inaczej, skoro nimi nie jesteśmy. A może jest inaczej? Każde nasze postępowanie jest nim? No to dlaczego, jeśli jeden „anioł” mówi tak, drugi mówi nie. To przecież doświadczenie. Anioły mają różne zdanie? I dlaczego to mówi? Czyżby nie było aniołem? A jeśli nie nim to kim? I dlaczego tak? Takie puste w istocie pytania można stawiać w nieskończoność. Puste, bowiem nie zakładają, że zło podobnie jak dobro ma swoje źródło tak samo konsekwentne, jak owo dobro właśnie. Powtórzę, źródłem zła jest nasza wolność, a tej nie możemy się przeciwstawić bowiem na niej z kolei opiera się miłość, dobro. Kto chciałby być w miłości niewolnikiem? Być do niej przymuszanym? Jezus z Nazaretu mógł przecież Judasza przymusić do miłowania siebie, a tym samym spowodować, aby do ukrzyżowania nie doszło. Cóż jednak by to było? Czy Iskariota faktycznie poprzez to, by Nazarejczyka miłował? Czy też wręcz przeciwnie ten by poczuł się tym bardziej zdeterminowany i gorliwiej mu się przeciwstawił? Z pewnością to drugie. Zauważenie tych zależności to z jednej strony poważny krok do zrozumienia istoty miłości, a z drugiej tym samym do pojęcia zła w jego istocie. Bóg nie mógł obdarzyć nas tylko dobrem, gdyż wtedy by nas zniewolił, a tym samym by zaprzeczył istocie miłości. Gdyby podstawowym warunkiem miłości nie była wolność, wtedy to co innego. Jezus pozwalając się ukrzyżować chciał nam to wszystko pokazać. Nie mógł tego uwidocznić inaczej.

Miłość, ona nie zna przemocy. Jak więc sobie można wyobrazić argument siły w jakiejkolwiek sytuacji? Wracam do początku mojej wypowiedzi, do podjętego tam tematu: uzasadnionego użycia siły. Tam wspomniałem, że jedynym uzasadnieniem jest bezpośrednie zagrożenie życia, instynkt samozachowawczy. Żadne inne nie przychodzi mi do głowy. A jednak są przecież inne. Paweł Lisicki w książce „Powrót z obcego świata” , eseju „Kod nienawiści” podejmującym faktycznie bzdurne domyślenia Dana Browna i reżysera Rona Howarda, autora filmu pod tym tytułem ( nie mam zamiaru w to wnikać), mimochodem niejako mówi nam o tym, że „Coraz trudniej przychodzi im zrozumieć (czyli współczesnym ludziom Zachodu – przyp. J.O.) czym różni się uzasadnione użycie przemocy od nieuzasadnionego.” Tym samym wskazując, jak przy innych okazjach to potwierdzając, że jest coś takiego: „uzasadnione użycie przemocy”. Nie ma tu na uwadze instynktu samozachowawczego, lecz jawny mieczem czyniony sprzeciw wobec  temu co się aktualnie dzieje. I jest o tym przekonany. Solą w oku mu z pewnością zachowania Kościoła w czasach Średniowiecza, ale i tam wydaje mu się wychodzi zwycięsko. Na argument działań inkwizycji odpowiada słowami C.S.Lewisa, który pisze:

„Powodem, dla którego nie skazujemy dziś na śmierć czarownic, jest to, że nie wierzymy w skuteczność czarów. Gdybyśmy wierzyli – gdybyśmy naprawdę uznawali, że wokół nas żyją ludzie, którzy zaprzedali się diabłu, w zamian za to otrzymali nadprzyrodzona moc i wykorzystują to zabijając swoich bliźnich, doprowadzając ich do szaleństwa, sprowadzając katastrofy, to z pewnością zgodzilibyśmy się, że jeśli ktokolwiek  zasługuje na karę śmierci są to te nikczemne istoty.”

Paweł Lisicki wnioskuje, że powodem są uwarunkowania kulturowe, skazywanie na śmierć świętej inkwizycji było powodem historyczno – kulturowych uwarunkowań. Po prostu skazujący wierzyli w to, że czynią dobrze. Tym samym, nawet nie tyle są usprawiedliwieni, ile czynili dobrze, śmiem wręcz z tych słów wnioskować. Ich przemoc była uzasadniona. Służyli dobrej sprawie. Nie maja sobie nic do zarzucania. Ot myślenie pod nazwą „uzasadniona przemoc”. Warunki kulturowe wskazują i już. Cz jednak chrześcijanina nie obowiązuje myślenie, by tak powiedzieć – wieczne. Czy domeną chrześcijaństwa nie jest jego uniwersalizm? I co pan na to, panie Lisicki? Czy ta przemoc była uzasadniona? Nie zagrażała ona przecież wierzącym bezpośrednio. Ba wręcz mówiła, kto nie jest z nami, to przeciw nam.

Dziś mamy sytuację w pewnym sensie podobną, chociaż niejako odwrotną. Państwo Islamskie jest przekonane o swoim statucie. Ortodoksyjny islam mówi, że trzeba zabijać wrogów wiary. Tym wrogiem, według tej wiary, jest Zachód. Oni, ze swojego punktu widzenia maja rację. Są przekonani o swym dobrym postępowaniu. Czy zatem, ze względów kulturowych jak to domniemał o czasach średniowiecznych Paweł Lisicki, mają rację zabijając tych, którzy z tą wiarą się nie utożsamiają. Zarówno średniowieczni inkwizytorzy, jak i przywódcy Państwa Islamskiego  myślą tak samo. Jedni i drudzy są przekonani o dobru własnych poczynań. Czyż nie? Tak przecież należy myśleć według wizji Lisickiego? I w jednym i drugim przypadku przemoc jest, jakby nie spojrzeć, tak samo dobrze uzasadniona.

Skąd więc to poczucie, że nie? Przecież jedni i drudzy wierzą, że czynią, cokolwiek czynią, w dobrej wierze. Że ich działania są dobre. W średniowieczu palono czarownice i wszelkie inne osoby, które by o to były choćby posądzone, co w jakiś choćby sposób sprzeniewierzało się Kościołowi.  Dziś ortodoksyjni islamiści zabijają w miarę możliwości wszystko to, co jest nie takie, jak ortodoksyjne w ich wierze. Tam masówka była możliwością, tu konieczna jest wojna, by tak powiedzieć, partyzancka. Sens idei, choć nie jej treść, jest ten sam. Sens idei, czyli sposób podejścia do do tematu, do sprawy. Skąd więc bierze się to poczucie, że jednak inaczej. Że w pierwszym przypadku nie było to konieczne, w drugim jawne przeciwstawienie się jest tą koniecznością obligowane. Bo chyba takie mamy wrażenie. A może nie? Przyjrzyjmy się temu bliżej.

Dla islamu święta wojna jest czymś naturalnym i wykorzystywanym w jej ortodoksyjnych frakcjach. Dla chrześcijaństwa tego pojęcia nie ma. To, że średniowiecze stanowiło inaczej nie ma to w tym momencie żadnego znaczenia. W istocie pojawia się więc pytanie: czy bez przemoc chrześcijaństwa jest się w stanie oprzeć przemocy islamu? Albo bardziej uniwersalnie: czy chrześcijański sposób myślenia daje jakąś możliwość przeciw tzw. uzasadnionemu użyciu przemocy? Bo przecież to „uzasadnione” w moim ujęciu w chrześcijaństwie w żaden sposób się nie mieści. Powtórzę raz jeszcze Jezus tylko raz użył, by tak rzec siły, gdy łamał stoły w świątyni wyganiając przekupniów, co w konsekwencji powiodło go na krzyż. Można powiedzieć – zwyciężył przegrywając. Przegrał w sensie czysto ludzkim, wygrał w znaczeniu boskim. Jak więc tu na ziemi możemy myśleć? Czy tylko poprzez życie wieczne?

Czy więc chrześcijanin ma być tylko tym, który przyjmuje ciosy wierząc, że wieczność mu to wynagrodzi? Cóż to stwarza? Obraz człowieka, który biernie poddaje się wyrokom, nie dbającego o to, by było inaczej. To przecież obraz człowieka zniewolonego. A przecież przeczy to obrazowi człowieka wolnego, dla którego podstawową powinnością jest miłość, naczelna idea chrześcijaństwa. Co zatem? Przemoc czy miłość? I to jest dobrze postawione pytanie. Bo jedno drugiemu przeczy. Jeżeli przemoc to znaczy ustanowienie praw zgodnych z moim sposobem myślenia, które niekoniecznie zgadzać się muszą z innymi. Narzucam swoje i basta. Ale tym samym niczego nie mogę oczekiwać, poza formalną zgodą. Otrzymałem to, czego oczekiwałem, ale jednocześnie tego nie otrzymałem, gdyż nie ma takiej siły która by nakazała bym ten fakt co najmniej zaakceptował. Mam i nie mam równocześnie. Mam formalnie, ale nie w rzeczywistości. Nie mam, bo druga strona mi tego nie daje. I tą drogą tego nigdy nie uzyskam, gdyż nic ponad własną wolnością nie ma. To ona mówi nie. I nie ma na to sposobu. Oto podstawowa zasada, która przeciw przemocy świadczy. Chrześcijanin, który się poddaje przemocy jest jednocześnie zwycięzcą, gdyż ten który miał nim być tegoż zwycięstwa w istocie nie zaznaje. Ale skoro Państwo Islamskie bezpośrednio zagraża mojemu życiu, moim prawem jest się temu przeciwstawić. W średniowieczu nie było takiej konieczności. Tzw. czarownice nie powodowały śmierci niewinnych i bezbronnych. A jeśli nawet stanowiły zagrożenie dla wiary chrześcijańskiej to Bóg z pewnością by sobie z tym poradził. Tu (sprawa Państwa Islamskiego) rzecz wygląda inaczej. Nie przeciwstawiając się zakusom ortodoksyjnego islamu chrześcijanin stawał by w poprzek piątemu przykazaniu: nie zabijaj, czyli tu – nie pozwól aby cię zabito i to w sensie dosłownym. Innych możliwości, śmiem domniemać, nie ma. Dlaczego kładę na to taki nacisk?

Dla swoich potrzeb często zabijanie odczytujemy w sensie metaforycznym, jako wynik zdania odmiennego od naszego. Nie zabijaj mnie – zdarzy nam się powiedzieć, gdy ktoś wygłosi twierdzenie, którego w żaden sposób nie możemy zaakceptować, nie jesteśmy w stanie dać mu wiary. Gdy jest to twierdzenie zyskujące zwolenników czujemy się zagrożeni. A jeśli jeszcze przybiera na sile myślimy już o – „uzasadnionym” użyciu przemocy, o ile tylko jest taka możliwość.  To pierwszy krok, który nas zniewala. Brak argumentów powoduje bezsilność, a zatem argument siły. Nasze ego domaga się i poprzez to rozrasta. Pokora wędruje na plan dalszy, jakby właśnie wtedy nie była potrzebna. Zadamawiamy się w pierwszym członie myślenia chrześcijańskiego, zapominając że jemu towarzyszy i człon drugi: pokora. Te dwie wierze: wiara i pokora są ze sobą na stałe połączone, jak bracia syjamscy i jedna bez drugiej nie istnieje. Gdyby było inaczej, byśmy mieli do czynienia z nacjonalizmem. Można powiedzieć w ten sposób: wiara chrześcijańska tworzy konstrukcję, pokora napełnia tę konstrukcję treścią. I to właśnie ona powoduje, że „uzasadnione użycie przemocy”, które zjawia się, gdy o wierze naszej myślimy, jeśli mamy na uwadze i wierzę drugą, możemy pominąć aspekt – uzasadnionego użycia przemocy.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora