Zofia Kamińska-Smalewska - LAURA

Po kolejnej bezsennej nocy z powodu uporczywego bólu, Laura przysnęła nad ranem, by obudzić się na odgłos zegara w salonie. Z trudem  uniosła powieki i rozmasowała dłońmi twarz.
Zaspana usiadła na swoim metalowym łóżku i wlepiła wzrok w sękate deski podłogi. Przez firanki wdzierało się blade światło poranka. W jego czerwono-złotych smugach unosiły się srebrzyste drobinki kurzu. Zza okna dobiegały dźwięki budzącego się miasta.
Laura powoli wstała i niedbałym ruchem dłoni przeczesała blond włosy. Szyja bolała więc wygięła ją mocno, jak to robi zraniony ptak, aż chrupnęło. Biorąc głęboki oddech podeszła do okna i otworzyła je. Chłodny wiatr wdarł się do niewielkiego pokoju na poddaszu. Kolejny dzień jej staropanieńskiego życia zaczął się jak każdy inny nie zwiastujący szczególnych zmian na lepsze jutro.
Kobieta otępiale patrzyła na witające ją sztyletowate promienie słoneczne, które ogrzewały jej bose stopy, siejąc okruchy nadziei na poprawę nastroju.

Ludzie chodzili już tu i tam, krzątając się wokół własnych spraw. Karczmarz zamiatał przed swoją oberżą, kupiec głośno namawiał do zakupu swoich towarów, a przekupka z sąsiedniego stoiska darła się wniebogłosy, próbując zwrócić na siebie uwagę.
Na ulicy turkotała dwukółka, tocząc się niespiesznie. Woźnica krzyczał i klął jak szewc. Gromadka rozbrykanych dzieci wbiegła mu wprost pod konie.
Laura podeszła do szafy, otworzyła ją i po krótkim namyśle wybrała najładniejszą sukienkę w kolorze ciepłego różu. Na głowę założyła kapelusik słomkowy z fikuśnym wykończeniem ronda. Rozejrzała się po pokoju, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół, przeżegnała się i wyszła.
Wolnym krokiem skierowała się w stronę małego kościółka. Otworzyła ją z oporem, aż kute zawiasy jęknęły rozdzierająco. Usiadła w pierwszej ławce, aby Najwyższy mógł ją dostrzec. Chciała zadać Bogu kilka pytań.
Schodząc z tego świata z własnej woli, musiała się upewnić, że nikt nie będzie jej opłakiwał.
Nagle jej wzrok zatrzymał się na trzech bezładnie leżących na ziemi sylwetkach. Obok o ścianę stały oparte mary. Nad nieboszczykami pochylali się ksiądz Ambroży z kościelnym Jakubem.                              
    - Psia krew…- mruknął Jakub i dorzucił jeszcze kilka szpetnych przekleństw ku przerażonemu spojrzeniu księdza.
    - O bogowie – jęknął ksiądz, rozpoznając w zmarłych rodzinę Morawskich.
    - Ale co się stało? - zapytał sam siebie Jakub, kiwając z niedowierzaniem głową.
Obok Morawskiego leżała jego żona oraz ich syn.
W Lublinie panowała tajemnicza choroba zwana hiszpanką. - Czyżby ona była sprawczynią nieszczęścia? - przemknęło przez myśl kościelnemu, który dopiero teraz zauważył Laurę. Dziewczyna nie spuszczała wzroku z wiszącego na krzyżu Zbawiciela.
Odrętwiała z przerażenia Laura widząc rozmiar nieszczęścia, którego stała się mimowolnym świadkiem, nagle uświadomiła sobie, że z bocznej nawy dochodzi kwilenie niemowlęcia. Obejrzała się za siebie. Nikogo tam nie było. To znaczy nie zauważyła żadnej dorosłej postaci. Ale… słuch ją nie mylił. Uświadomiła sobie, że nieszczęście spotkało jej sąsiadów. Skoro tak, brakuje niemowlęcia.
Jeszcze raz przyklęknęła, aby dokończyć modlitwę.
- Dziecko na pewno zostało samo w mieszkaniu. – O Boże!....co z Rozalką? – przypomniała sobie jego imię. - Może żyje? Poderwała się z klęczek i popędziła na oślep.
Nadprzyrodzona siła unosiła ją, dodając skrzydeł. Gdy stanęła przed drzwiami Morawskich, pchnęła je z całej siły. W progu wyrósł rosły młody mężczyzna o czarnym, od kilku dni nie golonym, zarostem. 
    - Och, witaj, Laura!
Laszlo Budzyn, syn emigranta z Węgier trzymał ma rękach zawiniętą w kraciastą chustę trzymiesięczną Rozalkę.
Chłopak obejmował niezdarnie niemowlę, próbując je na ukoić.
    - Józefie święty! Laszlo, co się stało?!
Węgier chyba sam zadawał sobie to pytanie, bo wyglądał na zdezorientowanego.
Zdenerwowana kobieta odepchnęła mężczyznę i jednocześnie odebrała mu niemowlę. Przytuliła do piersi i zaczęła głaskać po główce. Laszlo ruszył do kuchni, aby znaleźć butelkę z mlekiem.   
- Dziwne - mruknęła sama do siebie, kładąc w kołyskę nakarmione dziecko. 
Laszlo wymknął się niepostrzeżenie, pozostawiając uchylone drzwi.   
Do pokoju we wiało trochę chłodu, który sprawił, że na ciele Laury pojawiła się gęsia skórka.
    - Co ja chciałam, Boże, najlepszego zrobić? Co stało by się z tym bezbronnym dzieckiem, gdybym popełniła samobójstwo? - Zadając sobie te pytania, powoli dochodziła do siebie. Nawet uśmiechnęła się.

KURÓW  ROK 1875
W bogatym dworze w Kurowie wraz z dziadkami Nikodemem i Marią wychowywała się Laura. Była ich jedyną wnuczką. Niezwykle urodziwa dziewczynka miała filigranową budowę ciała i wrażliwą psychikę. Dziadkowie, bogaci ziemianie byli jedynymi jej krewnymi. Pod okiem guwernantek uczyła się łaciny i innych przedmiotów potrzebnych panience z dobrego domu.
Szczególną troską otaczano jej wątłe zdrowie, gdyż występujące u niej ataki epilepsji kapituły opiekunów strachem.
Kiedy Laura skończyła osiemnaście lat, jej babcia odeszła we śnie, a dziadek postanowił ją wydać za bogatego kupca żydowskiego, starszego od niej o całe dwadzieścia dwa lata.
Dwudziestego pierwszego marca 1865 roku Nikodem nie chcąc, aby jego ukochana wnuczka została starą panną, postanowił wydać przyjęcie zaręczynowe.
W nocy, w pełnej poświacie księżyca, Laura łkając w szydełkowaną koronkami poduszkę, usłyszała głos zmarłej babki, która odradzała jej małżeństwo.
Rano, kiedy Laura wyszła do ogrodu i zaczęła przechadzać się, podziwiając budzącą się do życia przyrodę, powzięła decyzję, że nie będzie się sprzeciwiać woli opiekuna i podpisze ślubną intercyzę.   
Stawiwszy się na umówioną godzinę w gabinecie dziadka, Laura sięgnęła po pióro i wtedy… stało się coś dziwnego. Jakaś nadprzyrodzona siła – jakby w celu przeszkodzenia złożenia podpisu - wywołała u niej silny atak epileptyczny. Dziewczyną zatrzęsło tak silnie, że obecny przy tym opiekun z trudem odjął jej dłonie od poręczy wieńczącej blat biurka. Kałamarz całą swoją zawartość atramentu wylał na nieszczęsny dokument.
Dla Laury był to widomy znak, że jej babcia Maria czuwa przy niej i nie ma po co próbować zmieniać jej zdania. Rozpacz dziewczyny był tym większa, że wykrzykując iż nie godzi się na zamążpójście, sprzeciwiła się woli dziadka, hańbiąc nie tylko jego dobre imię, ale i swoje własne oraz potencjalnego narzeczonego, który zgodził się z nią ożenić pomimo jej ułomności zdrowotnych; częstych ataków odczytywanych przez ogół jako kumanie się z diabłem.
Nieszczere intencje narzeczonego wobec Laury znała tylko babcia, która była na tamtym świecie i nad wszystkim czuwała.
Wkrótce po zaistniałym incydencie dziadek poważnie się rozchorował i mimo troskliwej opieki wnuczki, umarł. Młoda dziewczyna została zupełnie sama z ogromnym majątkiem, ale bez żadnego pojęcia, jak nim zarządzać. Bez mężczyzny, który mógł by ją wspierać i jej pomagać.
Laura kilkakrotnie jeszcze odrzucała zaloty innych kawalerów, upatrując w nich jedynie chęci zagarnięcia dóbr Kurowa, a babka jeszcze kilkakrotnie w nocy prowadziła z nią dysputy co do losów  majątku, namawiając wnuczkę, aby sprzedała dobra i przekazała fundusze na budowę kościoła w Lublinie. W domniemanym zamyśle nieboszczki pozostawała nadzieja, że ofiara sprawi wyswobodzenie wnuczki z uciążliwej choroby.
W dniu 15 maja 1876 roku majątek ostatecznie został sprzedany. Laura kupiła kamienicę w Lublinie przy ulicy Brukowej, a resztę pieniędzy przekazała na budowę kościoła.

ZRĘKOWINY - 10 lipca 1880 r.
Mała Rozalka rozwijała się jak pączek róży, i tak często nazywała ją Laura, kiedy maleństwo z rumieńcami na twarzyczce wypowiadało pierwsze niezdarnie składane sylaby w słowie mama.
Laszlo Budzyn bywał teraz w domu Laury częstym gościem. Laura nawet polubiła te wizyty, co zapewne sprawiło, że stały się one coraz częstsze.
Laszlo sam nie przypuszczał, że taka „mimoza” jak Laura będzie w stanie znaleźć w sobie tyle siły, aby sprostać trudom wychowania małego dziecka. Do tego tak silnie oddziaływała na  jego zmysły!
Tego lata Laura postanowiła z Rozalką wyjechać na wieś do swojej matki chrzestnej Aureli Jakubiec. Laszlo zaproponował jej wynajęcie od kowala bryczki. I własne towarzystwo w podróży.
W małym gospodarstwie Aurelii był duży sad i ogród warzywny, a co najważniejsze - świeże mleko od krowy dla Rozalki. Byłby to zapewne całkiem normalny wyjazd poza miasto, gdyby niecodzienne obcowanie ze sobą tych dwojga młodych ludzi.
Ta filigranowa osóbka była niezwykle atrakcyjną kobietą i miała silny wpływ na Węgra. On, w przeciwieństwie do niej, gorący temperament. Laszlo coraz częściej łapał się na tym, że mimo woli obserwuje ją na każdym kroku, patrzy jak się porusza po sadzie, niosąc na ramieniu kosz jabłek, jak siada na ławeczce pod klonem - zakładając nogę na nogę pod przewiewną batystową, długą do ziemi sukienką - a potem, jak wstaje i idzie, kołysząc kusząco biodrami.
Jego wzrok przykuwały kształtne, swobodnie układające się piersi Laury, kusząc i nęcąc go niezwykle mocno. Na obserwacjach jednak zawsze się kończyło. Coraz mocniej biło jego serce na widok krzątającej się po obejściu Laury, a i ona coraz częściej wydawała się być mu bardziej przychylna, wymieniając z nim przypadkowe uśmiechy przyozdabiane leciutkim, nieśmiałym rumieńcem.
Miłość przyszła do Laury tak nieoczekiwanie, jak i nieprzewidziane macierzyństwo. W drugą niedzielę pobytu w Kurowie do matki chrzestnej przyszli swaty - w towarzystwie krewnego Laszlo Dobora Budzyn omówić sprawę zrękowin. Po smakowitym gościńcu ustalono ostatecznie termin, kiedy młodzi złożą sobie przyrzeczenie.
W dniu 10 lipca 1880 roku starosta ceremonii zaręczyn poprowadził Laurę i Laszlo w koło stołu, okrążając go trzykrotnie. Na stole, na pięknej koronkowej serwecie, ułożono zaręczynowy kołacz w kształcie plecionki.
Laszlo szedł wpatrzony w dziewczynę, której za chwilę miał złożyć przyrzeczenie zaślubin.  Gdy oboje usiedli na przystrojonych odświętnie krzesłach, ich ręce połączyły się nad chlebem. Dłonie oblubieńców na znak połączenia w przyszły związek starosta uroczystości przewiązał chustą specjalnie zrobioną przez koronczarkę Józię.
    - ”Z wolą czy z niewolą związana?” - starosta  zapytał  trzykrotnie. 
    -”Z wolą” - odpowiedzieli zgodnie goście zebrani na uroczystości.
Starosta rozwiązał ręce młodym, przełamał chleb na pół  i podał narzeczonym.
Laszlo pomalutku ujął  kruchą dłoń Laury i wsunął pierścionek z rubinowym oczkiem na jej serdeczny palec.
Oblubienica chcąc mu podziękować, w prezencie  podarowała ukochanemu własnoręcznie uszytą lnianą, bieloną na słońcu koszulę z wyszytym jego monogramem.
Laszlo po raz pierwszy objął ją i pocałował. W podarunku pani swojego serca ofiarowując dodatkowo własnoręcznie wykonaną przetyczkę do kądzieli i rzeźbioną prześlicę oraz piękną parę skórzanych trzewiczków.
Na stoły wniesiono jadło i napitki. Laszlo trzymał na rękach Rozalkę, która wbijała mu się rączkami w sumiaste, wywinięte na bindę wąsy i figlarnie przekrzywiając główkę śmiała się do siedzącej obok mamy.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież