Janusz Orlikowski - Wszystko jest dozwolone II

„Potrzeba skoncentrowania chrześcijańskiej wizji na świadomym  JA JESTEM, zamiast uwzględniania wizji kosmicznej w jej nowej konfiguracji, doprowadziły wkrótce do tego, że wielu duchownych całkowicie wykluczyło wizje kosmiczną, z obawy przed tym, że w rękach radykalnych gnostyków ona z kolei wykluczyłaby ziemski i historyczny aspekt jaźni. Środki podjęte ze strachu nie są czymś, co można by polecać. Ta tocząca się w pierwszych wiekach naszej ery walka, która mogła doprowadzić do ponownego przemyślenia wyobrażeń kosmologicznych jako odpowiedzi na wyzwanie gnostycyzmu, przyniosła wielki powrót do judaistycznej doktryny <stworzenia> i Starego Testamentu. Zaczęły następować decydujące zmiany w nastawieniu. Dawna akceptacja różnorodności głoszonych nauk zanikła.

O ile pierwsi chrześcijanie tolerowali różnice, jeśli istniało wspólne poczucie znaczenia Chrystusa, to po <kryzysie gnostyckim> wielu duchownych było gotowych uznać czyjeś poczucie znaczenia Chrystusa jedynie wtedy, gdy zgadzało się ono z jego własnymi wyobrażeniami. Punktem zwrotnym była niewątpliwie podjęta przez dualistycznego teologa Marcjona około 140 roku po Chr. próba utworzenia własnego, odrębnego kościoła. Mimo, że sam Marcjon nie był gnostykiem, wiele jego koncepcji przypominało gnostyckie. W obliczu tego zagrożenia Kościół zamknął się w sobie.”

pisze Andrew Welburn w końcowych sekwencjach książki Początki chrześcijaństwa analizując proces przechodzenia wczesnego chrześcijaństwa do średniowiecznego, którego spadkobiercami jesteśmy. Kim był ów Marcjon, główny „winowajca” powstałego stanu rzeczy? To syn biskupa chrześcijańskiego, który to duchowny słynął z tego, że dbał o dyscyplinę i charakteryzował się olbrzymią surowością. Marcjon został przez niego wyłączony ze wspólnoty kościelnej z powodu nauk uznawanych za błędne. Głosił on bowiem, że istnieje okrutny świat widzialny, w którym żyjemy, niebiosa, w których żyje demirug Jahwe, stwórca naszego świata oraz ponad tym Bóg prawdziwy, miłosierny i litościwy. Odrzucił on całkowicie Stary Testament, jako zbyt skażony religią żydowską, natomiast z Nowego uznawał jedynie Ewangelię Łukasza i listy św. Pawła. Ułożył pierwszy kanon pism chrześcijańskich, czyli Ewangelię Pana (Marcjona) plus dziesięć listów Pawła. Była ona w gruncie rzeczy Ewangelią Łukasza (oraz listy), tyle że o około 30% krótszą od współczesnej ewangelii kanonicznej (nie tej w wersji apokryficznej). Usuwał to, co się mu nie podobało, było za bardzo żydowskie lub źle mówiło o Mesjaszu, bądź dany fragment zmieniał korzystając z wcześniejszej formy Łukasza, która dopiero później została rozszerzona o nieistniejące wcześniej fragmenty na podstawie Mateusza lub innych  źródeł. A z drugiej patrząc strony, w jego ewangelii brakuje wielu form, które nie mają konotacji semickich (których był zagorzałym przeciwnikiem), a pozostaje również wiele, które takie związki mają. Poza tym Marcjon nie uznawał jakichkolwiek przypowieści, a pomimo to wiele takowych w  jego ewangelii istnieje. I jeszcze jedno: podejrzenie o to, że poza Łukaszem innych ewangelii on nie znał, gdyż z pewnością byłaby mu bliższa Jana, która jest miejscami gnostycka. Bo mimo to, że gnostykiem on nie był, wiele jego koncepcji przypominało gnostyckie. Niejako na marginesie należy również wspomnieć o tym, że był on człowiekiem majętnym, a będąc przez pewien czas członkiem gminy rzymskiej odgrywał w niej znaczną rolę, gdyż ów majątek jej ofiarował, a także część bogatego księgozbioru. Około 144 roku został z niej jednak wyłączony, a gmina całkowicie zwróciła mu darowane pieniądze, zachowując jednak księgozbiór. W rezultacie podjął próbę utworzenia własnego kościoła i była to pierwsza dualistyczna wspólnota chrześcijańska. Zmarł około 160 roku.
Ten obraz jasno pokazuje, że motywy jakimi kierował się Marcjon nie są jednoznaczne i nie do końca jasne. Być może negatywny wpływ na sposób jego myślenia miał ojciec, który, jak wspomniałem, słynął z dużej surowości i zbyt nadmiernie cenił dyscyplinę. Budzi wątpliwość również faktyczny stan jego wiedzy na temat chrześcijaństwa. Oczywiście jego majętność, bogactwo, którego sam się dorobił, dawała mu duże możliwości działania. Do czego zmierzam?  Marcjon był swego rodzaju końcem lontu, który się zapalił, ostatnim ogniwem dającym początek dramatu. Bomba, która miała wybuchnąć „przygotowywana” była już wcześniej, gdy

„Potrzeba skoncentrowania chrześcijańskiej wizji na świadomym JA JESTEM, zamiast uwzględnienia wizji kosmicznej w jej nowej konfiguracji, doprowadziła wkrótce do tego, że wielu duchownych całkowicie wykluczył wizję kosmiczną, z obawy przed tym, że w rękach radykalnych gnostyków ona z kolei wykluczyłaby ziemski i historyczny aspekt jaźni”.

Andrew Welburn subtelnie tu dodaje, że „Środki podjęte ze strachu nie są czymś, co można by polecać”. Jednak w konsekwencji jego nagromadzenie tylko czekało na taki przypadek jak Marcjon, by spowodować koniec nie zwalczających się poszczególnych gmin chrześcijańskich. W odpowiedzi na jego ewangelię powstaje kanon ujęty w Nowym Testamencie i zwrot w kierunku Starego Testamentu z Prawem na czele. Kanon to dosłownie pręt mierniczy, wzorzec, czyli reguła, prawidło, tu dla nas – przepis prawa kościelnego. W swym źródle zatem nie jest on wynikiem rozwijających się myśli chrześcijańskich, a strachem przed usunięciem ziemskiego i historycznego charakteru osobowości człowieka świadomej samej siebie. Ta prawda, aczkolwiek dla wielu może niewygodna, staje  już w drugim stuleciu na straży chrześcijaństwa. Bogu ducha winny Marcjon był, by tak rzec, tylko pretekstem dla ostatecznego wyswobodzenia się strachu i jego działań. Może zrodzić się pytanie: czy jednak zagrożenie nie było faktyczne? I czy, nie bagatelizuję tegoż „heretyka”? Otóż, moim zdaniem, pytania takie nie powinny być w ogóle postawione. Dlaczego? Działania powodowane strachem nie przynoszą dobrych skutków. Uczucie strachu, nie mówię o zagrożeniu fizycznym, jest zaprzeczeniem wewnętrznej wolności człowieka. A ta jest podstawą miłości, sedna chrześcijaństwa. Zbudzony strach, bo przecież nie można jego obecności zaprzeczyć, winien oczywiście znaleźć odzwierciedlenie, ale nie w postaci negowania niewygodnej, czy nawet „nieodpowiedniej” myśli, lecz na drodze budowania własnej i na bazie swych argumentów. Nie na drodze powrotu do Prawa;

„Ta tocząca się w pierwszych wiekach naszej ery walka, która mogła doprowadzić do ponownego przemyślenia wyobrażeń kosmologicznych  jako odpowiedzi na wyzwanie gnostycyzmu, przyniosła wielki powrót do judaistycznej doktryny <stworzenia> i Starego Testamentu.”

Wynikiem tego,  co się jednak stało, było chrześcijańskie średniowiecze, którego spadkobiercami jesteśmy.
Aby być dobrze zrozumianym: nie neguję oczywiście tym samym Nowego Testamentu, który powstał jako odpowiedź na działania gnostyckie i Marcjona jako punktu zwrotnego. Mówię tylko, że treści w nim pomieszczone nie są całą Prawdą o naukach Jezusa i powstał on kiedy z małych gmin chrześcijaństwo poczęło się organizować i poszczególne Kościoły zaczęły opracowywać uzgodniony „kanon”, który należało uważać za święty. W trakcie tego procesu było wiele sporów w czasie których na przykład chciano usunąć Ewangelię Jana, czy Dzieje Apostolskie, a z kolei  Apokalipsę Piotra i List Barnaby, były z kolei próby by w niej zawrzeć, jak pisze Andrew Welburn. Poza tym warto w tym miejscu wspomnieć o odkryciach takich jak w Nag Hammadi, które przyniosły apokryficzne ewangelie: Filipa, Tomasza, Egipcjan, czy Prawdy i wiele innych pism.  Nowy testament jest niewątpliwie znakomitym i głębokim dziełem, tym niemniej

„(...) wytworzymy sobie fałszywy obraz najwcześniejszego chrześcijaństwa, jeśli nie będziemy pamiętać o żywym zróżnicowaniu tradycji i pism, które poprzedzało ukształtowanie się kanonu i znalazło wyraz w dziełach nazwanych (od chwili powstania tego kanonu) <apokryficznymi>. Brak znajomości świata, w którym rozwijał się Nowy Testament, stwierdził kiedyś Rudolf Steiner, spowodował, iż współcześni mu teologowie i historycy padli ofiarą wszelkiego rodzaju iluzji. Jednego zaś z głównych powodów ich krótkowzroczności dopatrywał się on – jak możemy się dziś przekonać nader dobitnie – w tym, że <źródła przedchrześcijańskie, tzn. te, które nie zostały oficjalnie uznane za chrześcijańskie, są bardzo mało znane i w niewielkim stopniu uwzględniane, w szczególności przez teologów chrześcijańskich>.”


To co jednak szczególnie jest bolesne, w kontekście powziętego tu eseju, to powrót do Prawa, do zakazu, który to Prawo sankcjonuje. Wolność, o której mówi Kościół, nie może nim być obarczana. Wtedy faktycznie słowa Iwana Karamazowa „Jeśli nie ma Boga, wszystko jest dozwolone” maja swój okrutny sens. Są złowieszczym patrzeniem Szatana na swoje dzieło, którego obraz znajdujemy we współczesnym, zmaterializowanym świecie ze swą wtłoczoną w umysły ludzkie ideą, terrorem konsumpcjonizmu. Zamiast wolności jest zniewolenie pod jej płaszczykiem. I „zabójstwo” Boga przybiera na sile.
Nie tylko jednak krótkowzroczność teologów i ich walka z gnostykami była powodem powrotu do Prawa, choć z pewnością był on główny. W czasie pierwszych stuleci na obszary tak fantastycznie rozwijającego się chrześcijaństwa wtargnęły w olbrzymiej liczbie plemiona takie jak Goci, Wandalowie, czy Wizygoci, których rozwój duchowy był na o wiele niższym poziomie niż w cywilizowanym świecie rzymskim. Ich inwazja przypominała „gorączkę złota”, a najeźdźcy próbowali sami stać się Rzymianami i rządzić imperium oraz z entuzjazmem przyjmowali też chrześcijaństwo, ale na swój własny sposób, jak zauważa Andrew Welburn.

„Masy ludzkie, które w następnych wiekach przyjęły wiarę chrześcijańską, nie wywodziły się  z kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej, mającej za sobą tysiąclecia duchowego rozwoju. Ludzie ci przybyli niejako wprost z prehistorii, w tym sensie, że pochodzili z kultur, w których tradycje przekazywano ustnie i które opierały się na podziałach plemiennych. Nie posiadali nic z rozwiniętej świadomości zdolnej doświadczyć nadejścia świadomości Chrystusowej jako całościowego <zbawienia>, jako możliwości wyartykułowania siebie, której rozpaczliwą potrzebę odczuwała jaźń dotarłszy do granicy nowego życia wewnętrznego.”

Zgodnie też ze swym poziomem świadomości interpretowali ewangelie i tym sposobem Chrystus dla nich stał się „dobrym feudałem, który uczył posłuszeństwa, lojalności oraz pogodzenia się z własnym losem”. Natomiast Lucyfer był feudałem złym, który sprzeciwił się woli swego najwyższego monarchy i dlatego został zgodnie z prawem ukarany. W ten sposób w rezultacie narodziło średniowieczne chrześcijaństwo; gdy plemienni spadkobiercy świata rzymskiego wykształcili w takim charakterze myślowym swą odrębną kulturę. Tu należy zwrócić szczególną uwagę na fakt, że założenia tej kultury nijak się miały do świata, w którym żył Jezus, były od niego bardzo odległe. Jesteśmy spadkobiercami tejże średniowiecznej Europy, czy nam się to podoba, czy nie, a chrześcijaństwo, nazwijmy to, dziwnym zbiegiem okoliczności, nie potrafiło w dalszej konsekwencji dotrzymać kroku nowożytnym dziejom. Początek, źródło tego stanu rzeczy należy jednak upatrywać przede wszystkim w pierwszych działaniach teologów, którzy przestraszyli się wzmożonej aktywności gnostyków i wraz ze wskazaniem na Marcjona – heretyk. Zamiast więc dalszego rozwoju zjawiło się to pierwsze „nie”, ale nie jako siła argumentów, lecz argument siły objawiający się utworzeniem kanonu, który chrześcijanin miał uważać za święty. I nic to nie ma wspólnego z Jezusowym nadstawianiem drugiego policzka. Oczywiście nie należy tych słów traktować w sposób ortodoksyjny, czyli zbyt dosłownie. Nie chodzi mi o to, że ci krótkowzroczni teologowie powinni skulić się w sobie, a i może jeszcze Marcjona i „burzliwych”, radykalnych gnostyków pogłaskać po głowie. Skoro jednak poszczególne gminy chrześcijańskie już nieco różniły się od siebie i w zależności od miejsca powstawały nieco odmienne sposoby widzenia Jezusa, to przecież żyły w zgodzie zachowując swą tożsamość, a jednocześnie przenikając się wzajemnie. Łączność z Jezusem Chrystusem była silna. Zdarzenia mające swój początek około roku 140 są pierwszym objawem słabości, pierwszym przeciwstawieniem się tak naprawdę Prawdzie przez niego głoszonej. Nadstawienie drugiego policzka mogło więc polegać na pracach, które by owemu strachowi przed  utraceniem ziemskiego i historycznego aspektu jaźni się przypatrzyły i stąd wyciągnęły wnioski, co byłoby z korzyścią dla indywidualnej świadomości, a powstałe pisma byłby tego ukoronowaniem. Strach bowiem, jeżeli znajduje jedyne wyjście w działaniu takim samym jak działania adwersarza (Marcjon) daje złe skutki. Z tego też można wysnuć prosty wniosek, że nie Marcjon, czy nie daj Boże, radykalni gnostycy byli winni. Jezus nigdy nie widział winy w innych, jest na to dziesiątki przykładów. Czy zatem należy obarczyć winą tych krótkowzrocznych i nierozsądnych teologów? Nic bardziej bzdurnego. A poza tym: po co to komu? Ten esej nie do tego zmierza. Pokazanie jednak czym było, źle – czym jest chrześcijaństwo, w jego czystej formie jest dla współczesnego człowieka niebywale istotne. Ono nie jest Prawem, choć w obrębie Prawa dziać się może. Nie jest negacją, wręcz można powiedzieć, czegokolwiek.  W swym początkowym rozwoju (chrześcijaństwa) jaźń dotarła do „granicy nowego życia wewnętrznego”, jak to napisał Andrew Welburn, jednak opisane wyżej zdarzenia stały się powodem, dla których korzeni się w nas jego, powiem łagodnie, inny obraz.
Zdarza mi się czasem zaglądanie na strony internetowe, na których to księża odpowiadają na pytania młodych ludzi odnośnie tego, czy dane zachowania są zgodne z regułami chrześcijańskimi, czy też nie. Rzecz dotyczy głównie spraw natury seksualnej młodych małżonków. I czegóż ja się tam dowiaduję? Że miłość francuska, czyli seks oralny, chociaż osobiście wolę ze względów językowych i nie tylko, tę pierwszą nazwę, jest grzechem, gdyż jest to nic innego jak obustronna masturbacja. Wolno się dotykać, pieścić, ale co to to nie. Gdzie indziej znowu, że miłość francuska grzechem nie jest, ale pod warunkiem, jeśli kończy się stosunkiem, bo w przeciwnym wypadku tak. Czytałem z niedowierzaniem. Teraz wyobraźmy sobie tych młodych ludzi, czy innych, którzy jak ja to czytali i  przyjmą  te odpowiedzi za prawo. Kusi mnie, aby te sytuacje dowcipnie, acz szczegółowo opisać, ale chyba się powstrzymam. Przede wszystkim jednak trzeba raz na zawsze powiedzieć i wygłosić, czy miłość francuska jest, czy nie jest występkiem przeciw prawu, bo jakoś  wzajemnie się wykluczające tu prawa mamy. A może nie? Przecież w tym pierwszym przypadku ksiądz mógł nie zakładać, że tego rodzaju pieszczoty kończą się stosunkiem. Poprzestańmy na takim widzeniu i już sprzeczności nie ma. No ale, jak to jest, gdy miłość cielesna wraz z  francuską  kończy się stosunkiem wtedy ta francuska nie jest obustronną masturbacją, natomiast jeśli tymże stosunkiem się nie kończy wtedy jest i grzechem się staje? Cud, że pozwolę sobie na żart. Poza tym, jak można nazwać miłość cielesną jako obraz głębokich przeżyć duchowych obustronną masturbacją? W miłości, z tego co wiem, nic się nie zakłada, tzn. czy ów stosunek seksualny będzie czy też nie. Wszystko, w poszczególnych danych nam chwilach, zależy od rodzącej się sytuacji, powstającej między dwojgiem, a duch miłości prowadzi tam gdzie chce. Ujmę rzecz jeszcze inaczej. Wszelkiego rodzaju założenia czynione przed aktem miłosnym niejako z góry skazują go na czysty seks. Trzeba bowiem pamiętać o tym, że jeżeli miłość francuska się pojawi, to ów akt musi zakończyć się stosunkiem. A skąd człowiek może wiedzieć, co i jak się pojawi? Chyba, że podchodzi do miłości cielesnej w sposób mechaniczny. Czy to czasem wtedy nie można tego nazwać obustronną masturbacją? Święty Paweł w kwestii miłości napisał: „Mąż niechaj oddaje żonie, co jej się należy, podobnie i żona mężowi. Nie żona rozporządza własnym ciałem, lecz mąż; podobnie nie mąż rozporządza własnym ciałem, lecz żona”. Słowa te nazwałem w Eseju o miłości szczęśliwej najlepszym „podręcznikiem” dotyczącym seksualności człowieka, jaki zdarzyło mi się czytać. Oddają to, co tu najcenniejsze i stanowi podstawę, wolność. Zakaz, jakby na to nie spojrzeć, jest jej zaprzeczeniem. Wprawdzie przed tymi wersami pojawiają się takie: „Nie strońcie od współżycia ze sobą, chyba że za wspólną zgodą do pewnego czasu, aby oddać się modlitwie, a potem znów podejmujcie współżycie.” Czy przez współżycie mógł rozumieć Paweł stosunek seksualny? Wątpię. Jakby mechanicznie brzmiały wówczas te słowa. Czyż nie? Stosunek i modlitwa. Współżycie, czyli wspólne życie w sferze miłości cielesnej oraz duchowej z tą pierwszą nierozłącznie związaną, to, uważam, wyrażają te słowa. Aby było możliwe owo wspólne życie u jego podstaw konieczna jest wolność, którą ujawniają słowa następne: „Mąż niechaj oddaje żonie...” cytowane wcześniej. Tam gdzie pojawia się zakaz, czyli w omawianym przypadku instrukcja (jeżeli miłość francuska to stosunek) nie może być mowy o rozumieniu miłości w sensie czysto chrześcijańskim.
Ten przykład pokazuje jasno, że współczesne chrześcijaństwo jako spadkobierca średniowiecza, odeszło od tego, co było jego źródłem. Jaźń cofnęła się w rozwoju. Pokutuje wciąż przekonanie, że chrześcijaninem, jeżeli chce on być prawdziwym, zarządza Prawo, a na tej bazie prawa ustanowione przez Kościół. Nic bardziej mylnego. „Ewangelia Miłości”, jak nazywa Andrew Welburn pisma Pawła, pokazuje nam, że wciąż znajdujemy się na początku drogi. Trzeba tylko wrócić do źródeł, a są one fascynujące. Taką nadzieję wyraża Welburn, gdy pisze:

„Mamy okazję, w sposób, w jaki niemożliwe to było dla przywódców reformacji, odkryć na nowo świat oraz duchowe znaczenie początków chrześcijaństwa, tak kontrastujących z naszym średniowiecznym dziedzictwem. (…). Może być bowiem tak, że po długim okresie, jaki upłynął od czasu najazdów barbarzyńców, nasz kultura zacznie ponownie zbliżać się do stopnia samorozwoju, do wewnętrznego przebudzenia, do którego odwoływało się chrześcijaństwo w najwcześniejszej fazie swych dziejów.”

I dodaje, że „Wezwanie, jakim jest dziś materializm, może stać się źródłem nowej apokalipsy.” Kiedy to nastąpi to w rezultacie okaże się, że wszystko jest dozwolone. Nie znaczy to, że zniknie problem Grzechu Pierworodnego, ale że będzie widziany w swej właściwej postaci. Gdyż: gdyby on zniknął, to by oznaczało, że żyjemy w Raju i nastąpił kres duchowego rozwoju człowieka.                                                                                 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież