Roman Sidorkiewicz - Naukowcy-stachanowcy

Ruch stachanowski  narodził  się w Związku Radzieckim w roku 1935. Młody górnik  29-letni  Aleksiej Stachanow (1906-1977) w sierpniu tego roku ustanowił rekord w wydobyciu węgla. W jednej z kopalń Donbasu wydobył  w ciągu swojej  zmiany aż 102 tony  tego surowca. Z miejsca zasłynął  w  kraju, stał się ulubieńcem Stalina. Jak ulał pasował do propagandy mającej na celu dopingowanie społeczeństwa radzieckiego do jak najbardziej wydajnej pracy, do wykonywania przed terminem  zadań kolejnej pięciolatki. Machina propagandy partyjnej zrobiła go sławnym jak później Gagarina. Ruch stachanowski objął cały ZSRR - nie tylko zakłady przemysłowe  ale także kołchozy, szkoły, uczelnie a nawet więźniów łagrów. Przekraczać wysokie  normy musieli  także funkcjonariusze NKWD  wyłapując wielu wrogów ludu i meldując o odkrytych nowych spiskach. Po wojnie ruch ten dotarł do Polski – symbolem stał się górnik Wincenty Pstrowski (1904-1948). Do dziś jest patronem ulic w wielu miastach Polski.
Wydawałoby się, że ruch współzawodnictwa pracy zniknął wraz z poprzednim ustrojem. To błąd.

Żyje on tylko pod innym płaszczykiem. Postaram się to udowodnić.
Dziennikarze śledczy zawzięcie tropią wszelakie afery polityczne, gospodarcze nie patrząc czy to prawda czy fałsz. Trzeba wykonać plan – tym razem w ekscytowaniu czytelników sensacjami. Stacje telewizyjne, gazety rywalizują ze sobą w pogoni za  tym samym. Właściciele stacji radiowych i telewizyjnych codziennie śledzą słupki popularności. Spadki są analizowane na bieżąco, dziennikarze w strachu o swój byt wymyślają co tylko mogą aby przyciągnąć  widzów i słuchaczy.
Wybory do gremiów politycznych czy samorządowych to wielka batalia współzawodnictwa pracy.
Każdy kandydat na polityka musi być  skuteczny w zdobywaniu podpisów poparcia. Inaczej - to groźba zepchnięcia  w dół. Sztaby wyborcze chwalą się osiągnięciami. W wyborach na prezydenta RP wystarczy 100 tys. podpisów do rejestracji kandydata, lecz to dla niektórych stanowczo za mało. Jeden ze sztabów zdobył ich 1,5 miliona. Co za wynik! Wykonano 1500% normy! Stachanow był dużo gorszy.
Swój plan muszą wykonać  urzędnicy bankowi. Ci są gnębieni przez właścicieli  w zdobywaniu kolejnych klientów. Mają  swój plan i muszą go wykonać. W przeciwnym wypadku – bezrobocie.
Instytucje państwowe nie  są wolne od współzawodnictwa. Policja ma określone zadania w wykrywalności przestępstw, w nakładaniu mandatów. Wyżsi policjanci także gnębią swych podwładnych za „nie wykonanie planu”. Słaba wykrywalność przestępstw jest powodem do  degradacji i przesunięcia na mało ważne stanowisko.
Urzędnicy skarbowi  pracowicie wykonują swe plany. Kontrole skarbowe muszą coś wykryć  gdyż inaczej można podejrzewać urzędników o wiele, wiele. Na przykład o lenistwo, korupcję itd. Dlatego muszą być wyniki, jeden stara się być lepszym od drugiego. A, że często są nadgorliwi, cierpią podatnicy – kogo to obchodzi.
Przykładów można mnożyć  bez liku. Jedno jest pewne – wyśmiewany ruch  współzawodnictwa pracy żyje nadal i ma się dobrze. Aleksiej Stachanow niech żyje!
Do niedawna jeszcze byłem naiwny sądząc, że jest dziedzina życia publicznego wolna od  pogoni za wynikami, wolna od współzawodnictwa. Tą dziedziną miała być nauka. Grubo się myliłem.
Dostałem możność  uczestnictwa w sympozjum organizowanym przez Instytut Nauk Politycznych Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Nazwa tych  spotkań „Kultura zaangażowana. Społeczno – polityczne  inspiracje w kulturze i sztuce, 20-21 maja 2015, Bydgoszcz”.
Młodzi  ludzie z uczelni – doktorzy lub doktoranci bardzo angażowali się w przebieg sympozjum, byli tzw. moderatorami czyli czuwali nad mówcami aby ci zanadto się nie rozpędzali i nie przekraczali limitu aż! 15 minut.  Celem obrad było odnalezienie inspiracji w kulturze i sztuce. Ważnym czynnikiem  było to, że ci młodzi ludzie „chcieli się policzyć”. Sympozjum miało charakter interdyscyplinarny w tematyce  głównie filmowej, muzycznej, literackiej. Inne też były dopuszczone.
W ciągu dwóch dni obrad wystąpiło ponad  50 mówców. W ciągu 15 minut mieli obowiązek  wyłuszczenia swoich racji na ten czy inny temat. Za kilka miesięcy ma powstać opracowanie na temat wystąpień i naukowe podsumowanie dyskusji. Jestem bardzo ciekaw co tam wielkiego, rewelacyjnego zostanie zapisane na  wieczną chwałę uczestników i  ich promotorów.
Bo na samym  sympozjum nic  wielkiego się nie dowiedziałem.
Organizatorzy  nie zapanowali nad doborem właściwych tematów. Panował zupełny chaos tematyczny, każdy mówił co chciał po pozorem wynajdywania  jakichś  inspiracji. Nie sposób przytoczyć  tutaj wszystkich tematów wystąpień;  wybiorę kilkanaście:
- Prostytucja w malarstwie XVI i XVII w. propaganda czy opozycja
-Twórczość  afroamerykańskich artystów po migracji do wielkich miast Północy
- Bydgoski  Szabeskurier – przyczynek do dyskusji  o polskim antysemityzmie
- Postępowanie sądowe a kultura masowa
- Kultura zaangażowana  ekologicznie (sic!)
- Życie kulturalne młodych emigrantów w Londynie po roku 2004
- Pomnik Legionistów w Kielcach
- Poeta spętany filmem – Majakowski
- Znaczenie nowych form w architekturze
- Bursztynowe dary polityczne w XVII i XVIII wieku
- Demokratyczna kultura polityczna a rynek pracy
- Moda w służbie propagandy w latach 1939-1945
- Ubiór jako manifest
- Kobieta na plakacie socrealistycznym  w latach 1950-1956
I tak dalej, od sasa do lasa, bez ładu i składu.
Po krótkich wystąpieniach przewidziana była dyskusja.
Praktycznie jej nie było, co najwyżej  wypowiadano jakieś  uprzejme  sądy  nie wnoszące nic ważnego. O tak, aby się pokazać. Bowiem jak można dyskutować skoro brakowało kandydatów do oceny wystąpień.  Na sali nie było nikogo poza samymi mówcami. Ci zajęci byli przede wszystkim sobą a nie innymi. Skupieni na sobie, reprezentujący zupełnie krańcowe tematy nie mogli siłą rzeczy dyskutować. A nawet gdyby mieli krytyczne zdanie – to po jakie licho narażać się komukolwiek?
Przecież dostanę cios w kontrataku i taki będzie efekt. Lepiej żyć w przyjaźni, chwalić wszystkich naokoło - to najlepsza filozofia przetrwania.
Kompromitacją tego sympozjum był brak studentów wśród słuchaczy. Uczelnia żyje przecież dla nich, dla edukacji  młodego pokolenia. Jak władza instytutu nie potrafiła  zmobilizować studentów, a nawet przymusić do udziału to po co to wszystko. Sztuka dla sztuki, mówcy przekonywali  samych siebie.
Tajemnica takich bezużytecznych  zgromadzeń  jest jasna – zdobywanie punktów za wystąpienia na przeróżnych sympozjach i konferencjach. Są one niezbędne do ubiegania się o kolejne stopnie naukowe. Każdy kandydat na doktora  czy doktora habilitowanego musi zdobyć  określoną ilość punktów za „aktywność”. Muszą dodatkowo pokrywać  koszty imprezy. Chętnych nie brakuje.
To swoiste współzawodnictwo pracy wróży dobrze uczestnikom. Dostaną upragnione punkty, recenzje będą na pewno pozytywne. Wszyscy wyszli zadowoleni - mówcy, ich promotorzy, władze uniwersyteckie w Bydgoszczy. Ba nawet w ministerstwie będą zadowoleni. Można czym się chwalić – sympozjum było ogólnopolskie, odkryto nowe nurty  w kulturze i sztuce, zapaliło się zielone światło przed twórcami. To był przełom.
Takimi bzdurami na pewno ktoś się chwali.
Efektem końcowym tej pogoni  za punktami i wyrabianiem „wysokich norm stachanowskich” będą tytuły naukowe. Pozycja doktora habilitowanego gwarantuje w praktyce nieusuwalność  z posady uczelnianej. I tu jest clou. Widmo bezrobocia wisi nad każdym młodym człowiekiem, trzeba się jakoś ratować. Po habilitacji będzie profesura i tak można dokulać się do emerytury.
Co nasi uczeni odkrywają w swych mądrych dywagacjach to nikogo nie obchodzi. Najczęściej nie odkrywają nic – są tylko pracownikami akademickimi. Nikogo nie martwi los absolwentów wydziałów humanistycznych. Ci najczęściej  lądują na bezrobociu, zmieniają zawód lub pracują na zmywaku. Po co komu w Bydgoszczy nauki polityczne skoro 50 km dalej, w Toruniu to samo jest? Jakie jest zapotrzebowanie na absolwentów tego wydziału? Żeby zostać posłem, radnym nie potrzeba studiować  nauk politycznych. Działalność polityczna to kwestia charakteru a nie teoretycznego wykształcenia. Można być katechetą i awansować na ministra. Należy być jednak znakomitym intrygantem i  posiadać niebywałe zdolności poruszania się na polu minowym, jaką  jest realna polityka. Tego nie wyuczy żadna szkoła, to po prostu dar natury.
Jeden Napieralski, absolwent politologii w Szczecinie nie czyni wiosny. Jego kariera to wielkie szczęście. Nosił  teczkę za wpływowym posłem  - Jackiem Piechotą i spod niego wypłynął. To żaden przykład dla młodzieży.
Fikcję naukową tolerują ba, nawet popierają wszyscy naokoło – profesorowie, władze uczelni, ministerstwo. Zwiększyć  ilość doktoratów, habilitacji – to poprawia wszelkie wskaźniki, daje zadowolenie decydentom. Współzawodnictwo  w biciu rekordów jest jak najbardziej mile widziane.
Poziomem tych  prac nikt się nie przejmuje, krytyka naukowa  nie istnieje.
Skoro uczelnia musi robić jakieś konferencje to należałoby ustalić węższy program, zamówić  kilka poważnych referatów (nie na 15 minut), przywołać  studentów i  zainicjować owocną dyskusję. Zlikwidować należy masowość wystąpień. Nauka to nie jarmark. To nie ruch stachanowski. Niepotrzebni są tzw. moderatorzy. Ci  młodzi  ludzie stoją nad głowami mówców i tylko przeszkadzają swą  obecnością. Nauka bez odbiorców  jest nic nie warta. To tak jak pisać do szuflady. Uczelnia mieniąca się poważną winna  bezzwłocznie zmienić  zasady  organizacji  takich konferencji. Resort nauki winien zaś dążyć do likwidacji systemu  zbierania punktów  niezbędnych  do awansów.
Młodzi ludzie, humaniści, miast za wszelką cenę zdobywać punkty, winni sami zająć się twórczą  pracą – pisać utwory literackie, traktaty filozoficzne, scenariusze filmowe etc. Tylko to daje pozycję.
Nie można całe życie podniecać się cudzymi dokonaniami. Trzeba mieć własne.