Jerzy Grupiński - W azylu Edenu i korcu maku

Jolanta i Stanisław Szwarcowie – twórcy, osoby nie związane ze Stowarzyszeniem Pisarzy Polskich i Związkiem Literatów Polskich, od lat idą własną drogą. Członkowie Klubu Literackiego w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, potem w jego kontynuacji – Klubie Literackim „Dąbrówka". Prowadzą własną literacką agendę – autorski stolik w Poema Cafe, spełniającym w Poznaniu funkcję klubu środowisk twórczych, a prowadzonym przez dwie natchnione osobowości – Agatę i Teresę Wawrzyniak. To tutaj w każdy poniedziałek spotykają się adepci pióra, próbujący wejść na wąską ścieżkę literatury. Przysiadają się do stolika Szwarców – i pisarze znani, jak Andrzej Sikorski, Tadeusz Żukowski i Jerzy Beniamin Zimny.

To tutaj, w Poema Cafe 13 listopada 2014 roku odbyła się promocja nowych, niżej omówionych książek Jolanty i Stanisława Szwarców, połączona z koncertem i wernisażem obrazów Jolanty. Małżonkowie obok wierszy piszą prozę, recenzje. Od lat na łamach „Latarni Morskiej", redagowanej przez Lecha M. Jakóba, czytamy głębokie, rozbudowane do kształtów eseju – recenzje pióra Jolanty Szwarc. Odnotujmy i prace redakcyjne małżonków, współredaktorów „Protokołu Kulturalnego", prowadzone wraz z niżej podpisanym. Wspomniany kwartalnik jest jedynym przecież od lat, pismem literackim w Poznaniu, od upadku „Arkusza", redagowanego przez Bogusławę Latawiec.
Swoją książkę „Obrazki z Edenu" podzielił Stanisław Szwarc na siedem części: „Azyl", Podejrzane", „Zabawa w chowanego", „Gra w zbijanego", „Zabawa w sklep", „Ale cyrk", „Arkadia". Kluczową rolę wydają się spełniać teksty „skrajne", zaczynające i kończące tomik, także i wyróżniony umieszczeniem na stronie 4 okładki „Eden", nad biogramem poety. Rozpoczynający książkę „Azyl" zamyka nas w „krainę snu z państwem pieczonych gołąbków", w sterylnych przestrzeniach konsumpcji, w skłamanym świecie symbolicznego supermarketu. A zamykający tomik „Widoczek" pyta o prawdę świata przedstawionego piórem poety, pędzlem malarza. Do odpowiedzi wyznacza autor „dzieło" niezwykłe – jarmarczną makatkę: „gdzie niemożliwie malinowe chmury / zapowiadają tym tandetnym rymem / wiatr (…)". Oba teksty, uchylają się od odpowiedzi na pytania o tzw. wartości, pierwszy - odnośnie problematyki społecznej, drugi – uchyla się wobec pytań podstawowych o istotę sztuki, jej prawdę, fałsz, prawo do zmyślenia. Dlaczego właśnie tak? Bo prawdziwe sarny, które w poincie tekstu wychodzą z prawdziwego lasu – nie odpowiadają na pytania, które dręczą autora i jego czytelnika.
Cykl „Podejrzane", zgodnie z tytułem książki prezentuje z miasta: „umieranie domu", „bloki bloki", „wieczny odpoczynek zieleni z plastiku": „Kwartały cmentarnych zieleńców. / Nagrobki bloków równymi rzędami. / Katedra ledwo wystaje z wielkopłytowej trumny. / W Rosengarten parkują samochody". Oglądamy dziewczynę zagubioną pod słupem ogłoszeniowym i kobiety pasjonujące się promocją, żyjące rytmem marketu („Piknik"). Wiersz „Niektórzy lubią" dopisuje nowe treści do znanych utworów Wisławy Szymborskiej. Są więc tu pytania: „A jaki pożytek / w napisanym lesie z napisanej sarny, / kiedy są  w Internecie całymi stadami / i te z lasu, jak żywe i inne… sarenki". Narrator – bohater wiersza przekornie opowiada o swych czytelniczych pasjach. Razi i przyciąga nas jego prostactwo, naiwność – i zarazem wrażliwość. Zaskakuje, gdy w poincie nagle czytam: „Się zdarzy, że włączę kompa, / żeby czytać te książki, diabli wiedzą czemu. / Nie rozumiem połowy. Odkładam. Znów biorę. / To chyba ta noblista Wisłocka pisała, / że niektórzy lubią… / To ja chyba lubię".
„Zabawa w chowanego" – ten cykl zapisuje przeszłość nie tylko autora, także ulicy dzieciństwa, podwórka, kamienicy. Ale nic się nie zgadza w nowym, obecnym obrazie. „To zaś ale była ulica. / Kiedy ją poznałem, / niedawno zaszkliła się oknami / i wróble zagospodarowały dziury po pociskach" - zaciąga Stanisław Szwarc poznańskim slangiem. Nowe jest tandetne, parszywe, obce. Czasem sterylne jak muzeum, narrator zakłada kapcie filcowe, by nie zranić gładkich posadzek. Obcy tu i niepotrzebny. „Coś tu nie gra…", konstatuje. Przewodnikiem po utraconej krainie dzieciństwa jest ojciec. Pozostawiony przez niego scyzoryk staje się talizmanem. Ojciec jest gwarantem, zwornikiem między wczoraj i dziś. Także w sensie dosłownym: „Tak, / skleić to na ojca, jak na cement, / ojcem podmalować, wyrównać odcienie. / Znać nie będzie spoin".
Na końcu cyklu „Gra w zbijanego" czytamy: „Ojciec & Syn / (Duch wyjechał. Nie wiemy, czy wróci.)". Zakończenie wiersza pt. „Ikea" – „Ty tu rządzisz", mogłoby być mottem cyklu „Zabawa w sklep". Słowa Stwórcy skierowane do wypędzonego Adama brzmią jak rajska obietnica, a są przecież przekleństwem naszej antropocentrycznej, współczesnej cywilizacji. Clown, magik i niedźwiedź tresowany to bohaterowie zestawu „Ale cyrk". Aż kusi, by (nawet wbrew intencjom autora) odnieś wspomnianego zwierza, do ukraińskiej wojny. Upoważniają nas do takiej supozycji obrazy przemocy, krwi w cyklu „Zabawa w sklep".             
Okładkowy, ważny wiersz Stanisława Szwarca pt. „Eden" rodzi refleksję (nie wiem, czy intencją autora, została ona zapisana w tekście): być może są potrzebni ludzie, którzy „chcą być" i ci, którzy „chcą mieć". Życie duchowe, sztuka – wypowiadają się przecież przez materię i ją kształtują.
Jednak charakterystyczne dla twórczości Stanisława Szwarca jest wyraziste przesłanie moralne, zacięcie dydaktyczne, swoiste pouczenie. Wartości rzadkie, niezwykłe we współczesnej literaturze. Jej bohater to przecież najczęściej człowiek zdezorientowany, poszukujący nie wiadomo czego w ambiwalentnym, rozchwianym świecie bez wartości. Ciekawy jest też antyurbanizm, jak pogłos z wierszy pierwszych futurystów, którzy nie mogli się zdecydować na wybór między rustykalnym sentymentalizmem a pochwałą 3M (miasto, masa, maszyna). Stanisław Szwarc szuka, wspomina. Gdy świat go nie chce słuchać – gniewa się, pełen sarkazmu protestuje, odwraca się z niesmakiem. Na szczęście – nie od czytelnika.
Agnieszka Kołwzan omawiając w „Latarni Morskiej" (internetowe wydanie 14 listopada 2014) książkę Jolanty Szwarc przywołuje barokową stylistykę Daniela Naborowskiego i księcia Józefa Baki. Sądzę jednak, że językowi poetki daleko do papieru, do zastanych tradycji literackich. Bliżej pewno do języka potocznego, jego urody, dynamiki. Jolanta Szwarc nie kryje tych fascynacji. Już w tytule „Tik – tak drobny mak", mamy słowa dziecięcej odliczanki – wyliczanki. Poetka chętnie sięga do „gotowych" sformułowań z mowy potocznej i kulturowej tradycji. Mamy więc tureckie kazanie, gonić w piętkę, bombowe życie, krąg przeklęty, ktoś – jak pies za ogonem, widoki na przyszłość, nagą prawdę, wiesza się na kimś psy, stawia się uszy na sztorc itd. Ale owe znane, powszechnie przyjęte powiedzonka czytamy w kontekście niespodzianek, pełnią inną rolę, kłócą się z przypisanym im znaczeniem w mowie potocznej. Jaka dynamiczna stąd semantyka… Chce się powiedzieć – tak, wiemy, znamy to, już słyszeliśmy nie raz, gdzieś czytaliśmy te słowa… Ale kontekst, wreszcie i cały tekst wiersza daje nową poetycką rzeczywistość, obrazy wiarygodne, soczyste, prawdy nieoczywiste, zaskakujące.
Książkę zaczynają motywy z ikarowym lotem: „Jak Ikar zawieszona / pod niebem / chciałabym nieposłuszna / wszelkim prawom / objąć promień słońca, / ślizgać się po chmurach (…)". Ale te, umocowane w tradycji, motywy zaraz zostają jakby skreślone (jak koturnowe, niewiarygodne?) w tekstach „Cień", „Drewniany ptak". Refleksje nad tymi, którzy latali: mucha w bursztynie sprzed 40 milionów lat, motyl… Bohaterem kolejnych wierszy jest czas (vide i okładkę książki z zegarową tarczą) – „Niesłyszalne", „Wyroki", „Las". Tytułowy wiersz „Siała baba mak" można dziś czytać jako ironiczną interpretację współczesnych trendów gender. Niedopisana pointa „a dziad wiedział nie powiedział…". Albo inaczej – przekornie, wobec autora książki „Pocztówki z Edenu", który wie…  Jolanta Szwarc nie chce naprawiać, zmieniać świata, ani człowieka. Chce, by czytelnikowi wystarczył moralny osąd, karykaturalny opis akcji, obrazu. Tak jest w utworze pt. „Alternatywy", podobnie i w tekście „Zmaganie", „Zimowy obrazek". Czytelnik zapamięta na pewno wiersz „Cud". Cóż za słowiarski opis… Tekst przewrotny, przekora, widzenie siebie i innych z zaskakującej perspektywy. Agnostycyzm i samoświadomość, dwoje w jednym: „Innych mogę obejść w koło, / zobaczyć od stóp do głów. / Czytać z ich oczu / i pić z ust. / Sobie spojrzeć nie potrafię w oczy. / I bardzo dobrze. To jest cud". 
Obok lingwistycznych sztuczek, którymi bawi nas poetka (przykładem „Bez": „Bez pachnie bardziej / bez zapoconych słów poetów  / bez wstydu nagi zimą / bez strojny w maju / bez niego / bez"), płynie w wierszach przede wszystkim jędrny, dynamiczny nurt potocznej, naszej polszczyzny, w której „tombak chała", „golono strzyżono", słowa „Tkwią bezsilnie w burdelu / uległego języka". Jolanta Szwarc posługuje się językiem dosadnym, celnym, bywa, że i zbrutalizowanym – z „grubej rury", nie omija wulgaryzmów, bywa – że blisko graniczą obscena. Mówi się i pisze (bo tu pisze się tak, jak się mówi) – krótko, zwięźle, dobitnie – „A w gnieździe szaro i ponuro. / Bez jaj, proszę miłości, bez jaj".
W omawianej książce jest też kilka rozrzuconych wierszy, układających się według klucza małego realizmu, scen domowych, pisanych między „ty i ja". Cytowany już tekst  „Na trzeciego"", „Poniosły go skrzydła" i inne. To jakby krótkie filmiki, gotowe mini - scenariusze na kabaretową scenę, na skecz. Takim obrazkiem jest „Bal", a przede wszystkim „Mąż, żona i wąż", w którym „Siedzą przy stole vis a vis, / ona spogląda spod ciemnych brwi, / on na talerzu wzrok skupia. / Pewnie chce coś ode mnie… głupia".  W poincie czytamy: „Tu płyta jej się zacięła, / a jego cholera wzięła. / Małżeńska prostytucja?!". Gotowy scenariusz z dialogiem, akcją i brawami, które się tu słyszy i wołaniem o bis. W wierszu „Pod powieką" autorka nieufna wobec „wysokich" motywów wyjętych ze świata liter, sztuki – wraca do krajobrazów, ludzi dzieciństwa: „Kiedy zamknę oczy, wyraźnie widzę dom. / Nie ma już matki plotącej warkocze. / Ojciec wziął wędkę i poszedł na ryby. / Tylko smuga dymu z jego papierosa (…)". Instynktownie wyczuwa, że tu bije źródło jej inspiracji, tu jeszcze język, którym mówią prawdę, sprawdzają świat, porozumiewają się. Zwraca uwagę wiersz „Matka", napisany niby prostymi środkami poetyckimi, powtarzającymi się frazami, obrazami. Zadziwiająca tu zgodność języka z treściami utworu: „Piorę sprzątam, gotuję jak przykładna żona. / Czemu muszę tak robić, jak robiła ona. / Mówią, że odeszła już na drugą stronę. / Gdzie odeszła, nieprawda, uwierzyć nie mogę. / Moja Matka, to ja, trochę odmieniona. / Mam imię na J, tak samo jak ona". Tekst obdarzający nas ciepłem i mądrością, godzien znaleźć się w reprezentacyjnych antologiach matczynego tematu.
„Z boku właśnie" pisze do nas Jolanta Szwarc (w „Myślę tak sobie nieskromnie"), chociaż „mówią mi – daj głos". Ostatni z wierszy, zamykający książkę skupia w sobie rozliczne walory tej poezji: nagłe wzloty („zawroty"?) narracji, skłonność do groteski, karykatury, ciągłe poczucie dystansu, zmienność planu i widzenia. I ten język, któremu trudno się oprzeć: celny, dowcipny, „obrotny" w nurcie codziennej naszej polszczyzny dosadny - a jeszcze na dodatek – samemu sobie niedowierzający.


Jolanta Szwarc, „Tik – tak drobny mak", Wydawnictwo Kontekst, Poznań 2014.
Stanisław Szwarc, „Obrazki"

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież