Janusz Orlikowski - Humor Pana Boga

Czy możemy cokolwiek na ten temat powiedzieć? Przecież nasze pojęcia dobra i zła nijak się mają do tego, czym jest Dobro, a czym Zło, w istocie. Mamimy się tylko złudnym przekonaniem o słuszności zachowań i czynów w nadziei, że to co robimy jest właściwe. A tak naprawdę nie mamy o tym zielonego pojęcia i tylko nasze ego domaga się wciąż tego rozróżniania, które, tak na dobrą sprawę, nam szkodzi. Gdy zamiast żyć udajemy Pana Boga i dokonujemy ciągłej selekcji na to co według nas dobre, a co złe. Mierzymy i odmierzamy co postawić po której stronie i w ten sposób chcemy zrozumieć samych siebie, jakby cokolwiek konieczne było tu do zrozumienia. Słuchamy podszeptów, według nas, duszy i „tylko" mamy problem z tym, czy to co zostało nam bezgłośnie podpowiedziane jest głosem diabła, czy anioła.

Egzystujemy jakby na granicy, którą sami sobie wyznaczyliśmy i teraz kombinujemy: dobro to, czy zło? Czy to miłe będzie Panu Bogu, czy też nie. Myślę tu o postawach, które o Bogu mają jakie takie pojęcie, to usankcjonowane chodzeniem do kościoła i nawet wsłuchujące się w słowa ewangelii sygnowane w pierwszej  części mszy. Ci, którzy są tego pozbawieni również w istocie zachowują się podobnie: zawsze mierzą w odniesieniu do własnego sumienia sposób swego postępowania. Tworzą własne granice dobra i zła, z tym że bez udziału (jak mniemają) Pana Boga. Tym nawet do głowy nie przyjdzie, że te dwa pojęcia nijak się mają do tego jak jest naprawdę. Że Dobro i Zło Bogu jest tylko znane. Nam chodzi o to, by to zauważyć. Myślę, że łatwiej (i trudniej jednocześnie), gdy Bóg jest w obrębie naszych zapatrywań.  Łatwiej, bowiem pierwszy krok, a nawet następne (anioł to czy diabeł?), zostały już zrobione. Trudniej, gdyż: jak to rozróżnić?
Otóż chodzi o to, aby nie rozróżniać, aby nie czynić podziałów na dobre i złe postępowania, bo wtedy wciąż mówi przez nas nasze ego. Ono się domaga tego czynu, aby utwierdzić się we własnym przekonaniu, że ma władzę nad nami. Że będzie rządzić tym jaką podejmiemy decyzję, choćbyśmy żadnej w gruncie rzeczy nie podjęli. Coś się jednak dalej zadziało, a więc jakaś decyzja (choć przez nas teraz nie uświadomiona) została przez nas podjęta. O jej słuszności opowie nam przyszłość, jeżeli już potrafimy wyciągać wnioski. Czy Bóg był łaskawy? Znów spoczęło wszystko na jego barkach.
Nie rozróżniać, to znaczy widzieć wszystko takim jakim dała nam natura: że duża ryba pożera mniejszą, to jest dobrze i to, że my jesteśmy tą mniejszą. Bowiem tylko wtedy jawi się w nas ten dylemat: co dobre, a co złe? Gdy jesteśmy mniejszą. Czy by się pojawił, gdyby my byśmy byli tą większa rybą? I nie wiedzieli o tym? Z pewnością nie. Gdy wiemy – tak, bo wtedy rodzą się w nas udawane uczucia o naszej małości. Nie dopuszczamy do siebie własnej pozycji myśląc, że to dzieje się w sprzeczności z istotą pokory. Nic bardziej mylnego. Pokorze przeczymy wtedy, gdy tego nie zauważamy. Nie chcemy przyjąć tego, co ofiarował nam Bóg. Udajemy, że godni nie jesteśmy. Bo to niby my mamy o tym sądzić. Wróciliśmy do punktu wyjścia. My chcemy decydować o tym, co dobre jest, a co złe. Nijakie nasze szanse.
Nie wiemy nic, bo myślimy tak, jak my myślimy. A na dobrą sprawę myśli za nas nasze „ja".  Wszystko musi się kojarzyć w kontekście pewnego zwycięstwa, bądź pewnej porażki. Musi mieć charakter pretensjonalny. Tak, bo tak. Tak, bo nie. Nie, bo tak. Nie, bo nie. Innych możliwości nie ma. Nasza „dorosłość" nam tak mówi. A są, i są one najistotniejsze. Te twoje „tak" i „nie" nie mają tam żadnego znaczenia. Są tylko, chyba śmieszną dla Boga szopką. Bo Bóg co innego, a człowiek co innego. Pierwszy ma władzę, drugi udaje, że ją ma. Oto powód dla którego, ten pierwszy ma poczucie humoru. Bo gdyby nie... Ale to i tak nasze, ludzkie domniemania. Bóg ma poczucie humoru, skoro pomimo swego uczłowieczenia i tak ludzkość nie zrozumiała jego przesłania obecności człowieka w świecie. Ale czy wszyscy. Czy wszyscy staja jemu okoniem? Czy jednak tli się nadzieja, że jednak Jego przesłanie ma możliwość dotarcia do człowieka? I poprzez to powiedzenie mu, jak bardzo się myli, gdy chce postępować inaczej?
Przypominają mi się słowa  Anthonego de Mello z Wezwania do miłości, gdy w zakończenie wypowiedzi Być dzieckiem pisze: „Jeśli naprawdę odczujesz te cierpienia prawdziwego piekła na ziemi, ostateczną pustkę, które one przynoszą, to być może zrodzi się w tobie bunt i niesmak tak potężny, że roztrzaska łańcuch zależności i fałszu, które zacisnęły się wokół twej duszy, i wyzwolisz się do królestwa niewinności, w której mieszkają mistycy i dzieci."  O jaki bunt tu chodzi? O ten, który spowoduje widzenie rzeczywistości taką jaka ona jest. Że wszystko na zewnątrz jest w porządku, a przeszkodę stanowisz ty, ze swoim ego. Bo wciąż chcesz być sędzią i ustanawiać co dobre,a co złe. I się tym  trudzisz, zamiast przyjąć, że to nie w twojej gestii. Chodzi o bunt, który tym procederom powie w końcu nie. Ale to bunt w tobie musi to powiedzieć, nie ty. Dziecko nie mówi sobie: teraz będę postępowało dobrze. Tym bardziej mistyk.
Bóg, myślę, ma wielkie  poczucie humoru widząc to, te nasze zabiegi i  się uśmiecha, gdy nas doświadcza, bo wie, że to jedyna droga, która ku Niemu wiedzie. Jego humor, jak każdego człowieka, opiera się na sprzeczności pomiędzy tym co jednostkowe lub osobiste, a tym co ogólne, czyli, by tak rzec, bezosobowe, albo lepiej – pochodzące z zewnątrz. Przy czym, o ile człowiek widzi sytuację komiczną w owej sprzeczności między wewnętrznym zapatrywaniem a zewnętrznością przyjmując niejako automatycznie to wnętrze za prawdę (czy własną, czy innego człowieka o którego wnętrze chodzi – i w tym obrębie może pojawić się sprzeczność i humor), to Pan Bóg „czyni" dokładnie odwrotnie. To zewnętrzność jest  Prawdą, natomiast wnętrze, to jednostkowe, osobiste sprzeczność powoduje. Komizm więc powstaje na bazie tych samych, by tak rzec biegunów, przy czym dziejące się relacje mają charakter przeciwny. Humor Pana Boga powoduje brak zgodności pomiędzy zewnętrznością a wnętrzem człowieka, czyli jego „ja". Gdy przygląda się temu ma z pewnością wiele powodów do śmiechu, czyli zaprzeczaniu takim sposobom postępowania, których autorem jest człowiek. Jeden, bez świadomości swego ego, cokolwiek robi, czyni tak aby było mu dobrze ( i dziwi się, gdy mu to nie wychodzi); drugi z tą świadomością, też tak czyni, bo udaje  Boga i chce jasnych rozróżnień, co dobre a co złe; trzeci udaje, że mu na tym nie zależy, bo w ten sposób uważa, że do tego dojdzie; czwarty czyni wszystkim tak, aby im było dobrze pomijając samego siebie, bo myśli: skoro ja im, to i pewnie w jakiś sposób i dla mnie. Tych „rozwiązań" jest całe mnóstwo. Ich kalejdoskop jest z pewnością dla Boga znakomitym polem humorystycznych obserwacji. A wszystko dlatego, że nie chcemy zauważy tych i podobnych im działań pretensjonalności. Że chcemy postrzec nagrodę, jakby ona była w jakiś sposób konieczna. Najwyższą zdaje się kontakt, chociaż pośredni, z Bogiem. Jakieś z Nim, chociaż dwa słowa. Czyż nie? Ta pokusa jest wielka. Ile by oszczędziła bólu, cierpienia, nieszczęścia,bo to znowu pretensjonalny sposób myślenia. A co mamy? Nic z tego. Przypomina mi się anegdota zawarta w Modlitwie żaby Anthonego de Mello: „Diabeł  przemieniony w anioła światła, pojawił się przed jednym ze świętych Ojców Pustyni i rzekł: - Jestem aniołem Gabrielem i zostałem przysłany przez Wszechmogącego. Mnich odparł: - Zastanów się. Na pewno zostałeś wysłany do kogoś innego. Nie uczyniłem nic, co mogłoby zasługiwać na wizytę anioła. To słysząc, diabeł znikł i nigdy więcej nie ośmielił się podejść do mnicha."
Wydaje się nam, że mnich przecież miał prawo pomyśleć, że Bóg zsyła mu swego anioła. Bo kto jak kto, ale przecież on jest Jego najbliżej. Najbliżej widzenia rzeczywistości taką, jaką ona jest, bądź wręcz, by tak rzec, w niej się znajduje. Gdyby tak pomyślał mógłby się czuć zaszczyconym wizytą anioła. Ale to nie przychodzi mu do głowy. Nie jest w obrębie jego, no właśnie – pragnień, ponieważ się ich wyzbył i jest świadomy tej świadomości. Stąd jego – zdziwienie? - nie, bo to by świadczyło o jakimś ukrytym pragnieniu – racjonalna odpowiedź. By można pomyśleć: a cóż też dobrego może poczynić mnich na pustyni? I stąd jego wniosek. Otóż zrobił tak wiele dla siebie, a tym samym jego relacje z innymi ludźmi, których może też przecież spotkać, mogą owocować. Nie będą się bowiem dziać na zasadzie dynamiki, akcja – reakcja, moje ego – twoje ego, a ukażą  poprzez niego zewnętrzność świata, tę prawdziwą rzeczywistość, w której dzieje się Prawda. To zmienia całkowicie, przynajmniej na tę chwilę współobecności, drugiego człowieka. Jedynie nie ma możliwości poczynić go podobnym sobie. Drogę do zewnętrzności każdy może odkryć jedynie sam. Zatem mnich, poprzez swą pokorę, w swym całkowitym wyzbyciu się pragnień, nie spodziewając się żadnej wizyty (tym bardziej anioła, bo przecież Bóg jest w nim) powoduje swą wypowiedzią, że „diabeł znikł i nigdy więcej nie ośmielił się podejść do mnicha." Dlaczego tak  czmychnął  i to na zawsze? Nic tam po nim skoro nie dostrzegł u mnicha żadnych pragnień i pożądań. Ta anegdota jest też świetnym przykładem humoru Pana Boga.


                                                                                                             
       

         

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora