Stanisław Chyczyński - APOKALIPTYCZNE DYGRESJE

Odkąd człowiek zszedł z drzewa i stał się Homo sapiens, stale doświadczał powtarzającego się zjawiska, że cokolwiek ma początek, musi mieć też koniec. Codzienne doświadczenia, od których nie było wyjątku, zgeneralizował w prostą zasadę powszechną: Wszystko ma swój początek i koniec. „Kto pierwszy był fakirem, kto pierwszy astrologiem?" – zastanawiał się Marek Grechuta w „Korowodzie". Kto pierwszy był filozofem, tego nigdy się nie dowiemy, ale myślowe pokonanie, przekroczenie, przeskoczenie stereotypu «początek – koniec» było krokiem milowym, iście filozoficznym osiągnięciem. Mam na uwadze ukucie elementarnego pojęcia metafizycznego – nieskończoności, które stoi w ewidentnej opozycji do wyżej wymienionej zasady. Pojęcie nieskończoności, aczkolwiek fundamentalne – jest trudne do przełożenia na konkrety, chociażby na gruncie teorii bytu. Inaczej mówiąc, nieskończoności niełatwo sobie wyobrazić, zwizualizować. Dlatego Sławomir Wróblewski podpowiada z przekąsem i z przymrużeniem oka: „Jeżeli nam trudno zrozumieć całą nieskończoność, starajmy się ją pojąć do połowy".


    Pierwsi myśliciele, dysponując już pojęciem nieskończoności, mieli jednak żywą skłonność do ekstrapolowania swoich trywialnych doświadczeń w obszary zupełnie niedostępne obserwacji i przewidywaniu. Pytania: Co było pierwszą przyczyną? Kto stworzył świat? Skąd wzięli się bogowie? Kiedy nastąpi koniec historii? – świadczą właśnie o mechanizmie rzutowania ze znanego w nieznane. Rezultatem analogicznego procesu myślowego są także wszelkie spekulacje apokaliptyczne. Pytanie o Apokalipsę jest pytaniem o koniec historii, czyli definitywny finał dziejów ludzkości. Od czasów tryumfu neopozytywizmu w postmodernistycznym paradygmacie, dla wszelkiej maści naukowców, agnostyków, racjonalistów, ekstrapolowane pytania są przykładami rażących błędów logicznych, pseudoproblemów, pozornie sensownych zagadek filozoficznych. Zatem dla entuzjastów racjonalizmu pytanie o termin Apokalipsy jest jakby automatycznie pozbawione podstaw logicznych. Oświecony przedstawiciel przyrodoznawstwa nie musi przejmować się apokalipsą – jak każdym zabobonem. Jednakże dla katolika, anulowany lekką ręką przez scjentystę, problem pozostaje. Wszak wizja końca świata i Sądu Ostatecznego nie jest wynikiem zwykłej ekstrapolacji wielowiekowej empirii w przyszłość, ale pochodzi od samego Boga, który nie może kłamać. Wiadomość zakodowana, zaszyfrowana w tekście prorockim pozostaje wprawdzie informacją zmediatyzowaną, wymagającą szczególnego rodzaju zaufania, ale nic nie traci na ostrzegawczym znaczeniu. Dlatego problemat Apokalipsy przez długie stulecia elektryzował imaginację mniej lub bardziej inteligentnych i złaknionych mądrości czytelników Biblii. Trudno byłoby traktować tę zrozumiałą fascynację wyłącznie w kategoriach czasu przeszłego. Apokalipsa według św. Jana nadal intryguje i inspiruje artystów, literatów, publicystów, futurologów.
    Jak wiadomo, termin „apokalipsa" jest słowem polisemantycznym. W naszej kulturze funkcjonują co najmniej cztery (względnie) odrębne znaczenia tego słowa. Przypomnijmy tedy: (1) szeroko pojęte objawienie (grec. apokálypsis = objawienie, odsłonięcie); (2) ostatnia z ksiąg NT przypisywana św. Janowi Apostołowi, który miał ją stworzyć na wyspie Patmos; (3) koniec dziejów powszechnych, wizja ogólnoświatowej katastrofy (stąd „apokaliptyczny" znaczy wizyjny, tajemniczy, złowieszczy, katastroficzny"); (4) potocznie: pełne grozy wyobrażenie nieszczęść czekających rodzaj ludzki, katastrofa lub seria nieszczęśliwych wypadków, przerażające zjawisko lub zdarzenie. We wszystkich tych znaczeniach apokalipsa jest obecna we współczesnej przestrzeni dyskursu, w dziełach literatury i sztuki, w publicystyce. Ba, niektóre książki, wydane stosunkowo niedawno a odwołujące się wprost do Janowej Apokalipsy, zrobiły na Zachodzie prawdziwą furorę, odnosząc wielki sukces komercyjny. Ograniczę się do trzech przykładów, choć zapewne znalazłoby się ich więcej. Oto one: Hal Lindsey „The Late Great Planet Earth" (1970), Michel Drosnin „The Bible Code" (1997), Lawrence E. Joseph „Apokalipsa 2012" (polskie wyd. 2009). Szczególnie książka Josepha, napisana potoczystym językiem, momentami kontrowersyjna i zahaczająca o sprawy polityczno-historyczne, cieszyła się u nas sporym zainteresowaniem, wywołując krótkotrwałe spory. (Dla katolików chyba najbardziej szokująco brzmiało zdanie: „Biblia mówi, że Bóg zniszczy Ziemię w 2012 roku", tamże).
    Współczesna apokaliptyka nieodłącznie skorelowana jest z katastrofizmem. Przykładami katastrofizmu filozoficznego są głośne przed laty dzieła: Oswalda Spenglera „Upadek Zachodu", Josego Ortegi y Gasseta „Bunt mas" czy Francisa Fukuyamy „Koniec Historii". Natomiast w literaturze za klasyczne przykłady katastrofizmu uchodzą sławne dramaty Samuela Becketta: „Czekając na Godota", „Końcówka", „Ostatnia taśma Krappa". Na gruncie piśmiennictwa polskiego niewątpliwie pierwszoplanowymi są tutaj, niegdyś kultowe, powieści Stanisława Ignacego Witkiewicza: „Pożegnanie jesieni", „Nienasycenie", „Jedyne wyjście", pochodzące z lat 30-tych ub. wieku. Wyraźne odniesienia do apokalipsy znajdujemy również w katastrofizmie poetyckim, choćby w takich utworach jak „Koniec świata" Konstantego I. Gałczyńskiego, „Widzenie" Tadeusza Borowskiego, „Piosenka o końcu świata" Czesława Miłosza, „Objawienie według świętego Jana" Stanisława Grochowiaka czy Zbigniewa Herberta „Praktyczne przepisy na wypadek katastrofy". Osobnym wzorem w rodzimej literaturze stała się słynna powieść Tadeusza Konwickiego pod znamiennym tytułem „Mała apokalipsa" (1979), ogłoszona w drugim obiegu. Jej akcja toczy się w Warszawie w l. 70-tych XX w., zaś głównym jej bohaterem jest typowy intelektualista, zaangażowany w działalność opozycyjną wobec socjalistycznego reżimu. Ostatnią misją polityczną dysydenta ma być dokonanie aktu samospalenia przed Pałacem Kultury. Dzieło Konwickiego plasuje się więc w nurcie powieści obnażających groteskowość rzeczywistości PRL-u, niosąc wyraźne przesłanie antytotalitarne. Realia przedstawione w tym utworze są artystyczną kreacją świata zapowiadającego tragiczny finał, zbliżającego się do tegoż finału. Zarazem ten świat jest mały, niemal karłowaty, przeto i apokalipsa jest mała; to nasza mała polska apokalipsa. Jednakże w tym transparentnym partykularyzmie można doszukać się ponadnarodowego i ponadczasowego wydźwięku.
W kolejnych dekadach różni nasi prozaicy nawiązywali do owej „Małej apokalipsy", nadając przewodniemu konceptowi własne uformowanie i utreściowienie. Wydaje się, że najnowszym odwołaniem do omawianego wzorca jest mikropowieść Piotra Bednarskiego „Z niedzieli na poniedziałek", z podtytułem „Apokalipsa w mieście Y" (Koszalin 2010). Autor przedstawia w niej lokalną, dość optymistyczną wizję „małej apokalipsy", w której tajemnicza siła doprowadza do wymarcia wszelkich kanalii i karierowiczów, wielkich oszustów i łajdaków, pozostawiając przy życiu zdrową moralnie część społeczności miejskiej: bezdomnych i bezrobotnych, biedaków i żebraków, pechowców i desperatów etc. Analogicznie – w utworach poetyckich ostatnich lat również nie brakuje motywów apokaliptycznych, które pojawiają się nie tylko w dorobku autorów znanych (np. Wojciech Kawiński, Andrzej K. Waśkiewicz, Tadeusz Wyrwa-Krzyżański), ale też wśród debiutantów. Egzemplifikacją tego ostatniego może być tomik Michała Wierzejewskiego „Adwent. Apokalipsa" (Poznań 2008).

*
    Abstrahując od wzmożonego ekscytowania się apokalipsą przez różnych artystów, literatów, publicystów czy prognostów, należałoby zauważyć, iż zainteresowanie tą tematyką wśród reszty populacji jest właściwie czymś dziwnym. Zgoła – czymś nielogicznym! Dlaczego? Jan Parandowski w „Alchemii słowa" skonstatował: „Tyle jest światów, ile jednostek myślących. Są to światy zadziwiające rozmaitością. Jedne są małe i ciasne, drugie nieobjęte" (s. 182). Z tej dość skromnej, aczkolwiek słusznej, uwagi można by wysnuć całą teorię pluralizmu światów subiektywnych, jednostkowych, indywidualnych. Ego – to absolutnie wyjątkowy punkt we wszechświecie. Każdy poszczególny człowiek może to powiedzieć o swoim Ja, gdyż tu panuje pełna demokracja. Ergo – jest tyle światów, ilu jest ludzi. Świat subiektywny to inaczej przestrzeń psychologiczna, wewnętrzne universum, niepowtarzalny obszar. (Nawiasem mówiąc, przyjęte tutaj założenia nie muszą prowadzić do solipsyzmu rodem z George’a Berkeleya ani też do teoretycznego egoizmu rodem z Maxa Stirnera). Z punktu widzenia «egocentryki» (czyli filozofii egocentrycznej) świat obiektywny, materialny, intersubiektywnie percypowalny przypomina ocean, w którym zanurzone są wszystkie indywidualne światy wewnętrzne. Jest to rozciągłość, w której potencjalnie spotykają się wektory oddziaływań wszystkich żyjących (tudzież już zmarłych) jednostek ludzkich. W psychologiczny, mentalny, ale też intelektualny, kulturowy sposób każdy człowiek jest istotnie powiązany z resztą gatunku. „Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością; przeto nie pytaj, komu bije dzwon – bije on tobie". Myśl Ernesta Hemingwaya zdaje się uwzględniać te korelacje. Mało tego – ze względu na biologiczną determinację ontogenezy – obejmuje przede wszystkim i tę fundamentalną zależność. Z chwilą śmierci każdego człowieka, nieodwołalnie kończy się dla niego kontakt ze światem zewnętrznym. Ale nie tylko – jego świat wewnętrzny, podmiotowy świat przeżyć (więc jądro indywidualnego kosmosu) także ulega bezzwłocznej zagładzie. Śmierć człowieka jest spełnieniem jego „małej apokalipsy". Zaraz po czyimś pogrzebie kolokwialnie mówimy: „on już (jest) na sądzie Boskim", „on już ogląda oblicze Pana" lub „jest już aniołem". Tego typu wyrażenia naiwnie i metaforycznie próbują ogarnąć doraźny wymiar apokalipsy. W świetle katolickiej eschatologii pośmiertne losy pojedynczego człowieka jawią się nam w trochę bardziej skomplikowanych i problematycznych wyobrażeniach. A skoro zejście śmiertelne to całkowite pożegnanie ze światem, w jakim przyszło nam żyć i umierać, to dlaczego tak bardzo absorbuje nas termin końca świata? Skoro każdorazowy zgon jest „przedwczesną" apokalipsą (subiektywnie biorąc), to po cóż jeszcze znać dzień właściwej Apokalipsy? Czyż może mieć to jakiekolwiek znaczenie dla delikwenta, który już w chwili narodzin został napiętnowany przez pocałunek Thanatosa?
    Realistyczny punkt widzenia na tajemnicę ostatniego akordu doskonale ujął Stefan Napierski w niezwykle lapidarnym aforyzmie „Śmierć: świat minus jednostka". Nic ująć, ale wiele dodać można. Tylko pozornie zwykła, jednostkowa, „bieżąca" śmierć nie różni się – pod względem egzystencjalnym – od śmierci podczas rozgrywającej się Apokalipsy. Człowiek, który umiera nagle i tragicznie albo – wręcz przeciwnie – odchodzi powoli jako terminalnie chory (czyli naturalnie i normalnie) spełnia swoje gatunkowe przeznaczenie w zupełnie innym kontekście mentalnym, psychologicznym i socjologicznym. Pozostawia swoją życiową schedę rodzinie, dzieciom lub wnukom, względnie innym szczęśliwym spadkobiercom. I wie, że jego pasje, że jego dokonania, dla których „zmarnował" swoje siły życiowe, nie przepadną, ale nadal będą służyły kolejnym generacjom. Mogą to być wypracowane dobra materialne, dzieła intelektualne, wyznaczone ideały etc. Taki człowiek umiera ze świadomością relatywnie szczęśliwego życia, mającego wymiar ponadindywidualny, a w pewnym sensie – ponadczasowy. Fakt przekazania owego dorobku następcom lub przyszłym pokoleniom może stanowić dla umierającego niebagatelne pocieszenie w obliczu straty ostatecznej. Agonia w takich zewnętrznych okolicznościach może być złagodzona (rzecz jasna tylko do pewnego stopnia) dzięki klarownej i pozytywnej pespektywie jutra. Gdyby ten biedak wiedział, że za parę miesięcy lub lat jego życiowe dzieło zostanie spopielone przez ogień apokaliptyczny, zapewne umierałby cokolwiek zgaszony. Nawet gdyby był chrześcijaninem. Żyjący w I w. przed Chr., Horacy pocieszał się: „Non omnis moriar (…) exegi monumentum aere perennius" („Carmina"). Umarł sobie w wieku 57 lat, a potem przez 5 – 10 – 15 wieków czytelnicy delektowali się jego odami czy satyrami. Pogańska nadzieja nie zawiodła Horacego. Czy jakikolwiek wielki poeta XXI-wieczny, który oddał życie sztuce słowa, może pocieszać się podobną nadzieją?

* *
Od strony psychologicznej podejście do Apokalipsy (w znaczeniu końca historii) może być trojakie. Primo – pozytywne. Takie nastawienie reprezentują głównie mistycy, anachoreci, gorliwi chrześcijanie oraz skądinąd desperaci, cierpiętnicy i nieudacznicy. Ci ostatni – zgodnie z myślą Bohdana Suchodolskiego: „Nie samo życie jest cenne, cenne jest wartościowe życie". Secundo – negatywne. Przedstawicielami tego stanowiska będą tzw. przeciętni chrześcijanie, ludzie sukcesu, wielkie figury, które osiągnęły coś znaczącego w globalnej kulturze; ponadto – nietuzinkowi grzesznicy i zbrodniarze. Ci mają wiele do stracenia w aspekcie doczesnym, dlatego nie będą z utęsknieniem wypatrywali opóźniającego się Armagedonu. Tertio – indyferentne, neutralne, obojętne. Tę opcję ucieleśniają wszelkiego rodzaju sceptycy, ateiści, racjonaliści, innowiercy. Dla nich problem Apokalipsy jest kwestią z innej bajki, dlatego nie jest realnym problemem. Jak widać, prywatny dystans, lub jego brak, do Paruzji wynika nie tylko ze światopoglądu czy przekonań religijnych, ale w pierwszej kolejności – z określonego i osobistego interesu, ściśle związanego z sytuacyjnym kontekstem.
    I tutaj dotykamy wątku „straszliwej zwłoki", o której pisze Rafał Tichy w interesującym szkicu „Apokalipsa historii" („Czterdzieści i cztery", nr 3/2011-2012). Przy czym powołuje się on na poglądy Sergia Quinzia, zaprezentowane w książce „Przegrana Boga" (polskie wyd. 2008). Oto Tichy ubolewa wprost: „Trudno patrzeć na historię dwóch tysiącleci i nie tracić wiary w zwycięstwo Mesjasza z Nazaretu" (tamże). Autor ma świadomość tego, że zarówno Mistrz, jak i Jego uczniowie, spodziewali się rychłego końca dziejów i ultymatywnego tryumfu Dobra nad Złem. Rzeczywiście, wystarczy przypomnieć sobie choćby następujące zapewnienia Salvatora Mundi: „Zaprawdę, powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż ujrzą Syna Człowieczego przychodzącego w królestwie swoim" (Mt 16, 28). Albo: „Zaprawdę, powiadam wam: nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie" (Mt 24, 34). Zaś w Liście do Hebrajczyków przytoczone zostało jakże znamienne proroctwo: „Jeszcze bowiem krótka, bardzo krótka chwila, i przyjdzie Ten, który ma nadejść, i nie spóźni się" (vide ibid. 10, 37). Tichy doskonale wie, że nastąpiło zadziwiająco długie, niewytłumaczalne odroczenie realizacji eschatologicznej obietnicy. Być może pierwszy miał odwagę o tym bezpardonowo napisać ów Sergio Quinzio, który „tajemnicę zwłoki" tłumaczy nie złą wolą Boga, lecz Jego bezsilnością wobec ogromu zła panoszącego się w ludzkiej historii. (Na marginesie warto może nadmienić, iż ta wizja bezradnego i bezsilnego Stwórcy w zaskakujący sposób trochę przypomina postać Płaczyboga z poematu Bolesława Leśmiana „Dwaj Macieje", gdzie w groteskowym obrazku uwypuklona została Boża niemoc wobec beznadziejności losu cierpiących stworzeń).
    Rafał Tichy nie bez racji wypomina współczesnym chrześcijanom pewną gnuśność i opieszałość, z jaką podchodzą do tejże „straszliwej zwłoki". Tłumaczy to po części zachowawczą, konserwatywną i kompromisową polityką samego Kościoła rzymskiego. Pisze: „Kościół zamiast tchnąć duchem apokaliptycznym zaczął być coraz bardziej przeniknięty duchem katechonicznym" (tamże). Przypomnijmy, że „katechon" to rodzaj świadomej i celowej ugody, pomiędzy „tym, co boskie, a tym co cesarskie". W praktyce katechonem było metodyczne dążenie instytucji kościelnych do opóźnienia przyjścia Antychrysta, aby jak najdłużej zachować tak bujnie rozwijającą się Civitas Christiana. Na pewno katechoniczne podejście Kościoła do ideowej schedy po Chrystusie spowodowane było w jakiejś mierze rozczarowaniem hierarchów i szeregowych wiernych z powodu niespełnienia się eschatologicznej zapowiedzi: „Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie". Tichy słusznie stwierdza, że „apokaliptyczna wizja historii wywołuje mesjańską gorączkę" (tamże). Et vice versa.
    Przyjmijmy, że pohańbienie Jerozolimy w 70 r. przez Tytusa i rzymską armię było dla żydów i pierwszych chrześcijan spektakularnym potwierdzeniem złowróżbnych słów Jezusa z Nazaretu. Przyjmijmy, że swoistym postawieniem kropki nad „i" było zdobycie w 73 r. ważnej twierdzy Masada, przez nowego gubernatora Judei – Flaviusa Silvę. Dla dumnego i wojowniczego narodu izraelskiego musiały to być ciosy przeokropne. Ale to nie był jeszcze przepowiadany koniec świata! Wręcz przeciwnie – powoli, ale sukcesywnie przychodziło uspokojenie, nastał błogosławiony pokój Boży, spełniła się wiktoria chrystianizmu nad butnym pogaństwem. Katakumbowe celebracje odeszły w przeszłość. Cesarz Konstantyn okazał wielką łaskę, a przypieczętowała ją (trochę niebezpieczna) decyzja Teodozjusza Wielkiego. Mam tu na myśli rok 380, który zapewne był początkiem owego katechonicznego okresu w historii Kościoła. Zaczęto wznosić wspaniałe świątynie, aby chwała Pańska miała widoczną i wyraźną przewagę nad tym, co niskie i płaskie. Prolongowanie Apokalipsy na czas odległy i nieokreślony stało się niemal obowiązkiem. Przez okres półtora tysiąca lat z okładem zdążyła się rozwinąć (nadmiernie?) sztuka sakralna, zarówno w dziedzinie malarstwa, rzeźbiarstwa, architektury, literatury i muzyki. Powstały tysiące, setki tysięcy zachwycających kościołów, które są nie tylko świadectwem ludzkiego geniuszu, ale też – przemożnej potrzeby uwielbienia P. Boga. Jest to wspólnym dorobkiem milionów – nierzadko anonimowych – artystów i rzemieślników,  których wigor, pot i krew, a może zdrowie i życie – przekute zostały na niebotyczne dzieła wielu pokoleń. Apokalipsa, jako superkataklizm naturalny lub nadprzyrodzony, byłaby jawną, jaskrawą, jak największą negacją tego niewyobrażalnego ogromu mrówczej pracy, tych piramidalnych przejawów człowieczej miłości do Stwórcy. Dlatego spełniony artysta, co to zatracił się w swoich dziełach, zawsze będzie inaczej postrzegał Apokalipsę niż szeregowy wyznawca lub gorliwy apostoł. Kto nigdy nie zmagał się z bezdusznym oporem materii, ten nie ma bladego pojęcia o trudach ambitnego twórcy. Kto przez ćwierć życia borykał się z artystycznymi problemami, ten ma jeszcze blade pojęcie, czym jest twórcze powołanie. Jeżeli ktoś tworzy wiersz w 5 minut (np. Jerzy Wąsik), a inny cyzeluje swój poemat przez 5 tygodni (np. Wojciech Wencel), to autorzy ci będą mieli diametralnie różne nastawienie do swych książek. Jeżeli ludkowie wznoszą katedrę na chwałę Bożą przez 150 lat, to, zaiste, trochę będzie szkoda, gdy zastęp aniołów powali budowlę w 150 sekund…

* * *
Architektura jest tą dziedziną ludzkiej aktywności, która w omawianym kontekście najsilniej przemawia do wyobraźni. Zatem pozwolę sobie pozostać na jej gruncie, aby lepiej przedstawić specyficzne racje tych, którzy po kryjomu modlą się o kolejną prolongatę Apokalipsy. Sławny hiszpański architekt, Antonio Gaudi (1852-1926) znany był ze swojej żarliwej wiary, więc trudno go posądzać o lekceważenie woli Boga. Podobno, zapytany o koniec świata, odparł: „Mam nadzieję, że apokaliptyczne uderzenie nie zrówna z ziemią naszej katedry, byłoby żal…". Chodzi o symbol Katalonii i wizytówkę Barcelony, czyli Kościół Pokutny Świętej Rodziny – La Sagrada Familia. Świątynię zaczęto budować w 1882 r., a jej zakończenie planuje się na setną rocznicę śmierci Gaudiego (więc rok 2026). Budowniczym tego imponującego arcydzieła stał się Gaudi nieprzypadkowo (w istotnych sprawach dla katolika nie ma przypadków), kiedy to pierwszy architekt Francisco de Paula del Villar y Lozano popadł w konflikt z inwestorem strategicznym. Gaudi zmienił całkowicie pierwotny projekt, nadając mu wybitnie oryginalny kształt – szalony i porywający zarazem. Później in statu nascendi wielokrotnie modyfikował własne plany, nie opuszczając placu budowy. Złośliwi twierdzili, że mistrz nawet tam sypia. Aż pewnego upalnego czerwcowego dnia zginął pod kołami miejskiego omnibusu (inne źródła podają, że był to trolejbus). Jego ciało pochowano w krypcie powstającego kościoła, gdy ukończona była dopiero jedna wieża fasady Narodzenia. Po śmierci mistrza prace stanęły na 2 dekady, ponieważ nikt nie potrafił dokończyć dzieła. Podczas wojny domowej właściwe plany, przygotowane przez Gaudiego, zostały spalone przez katalońskich anarchistów. Prace, finansowane ze składek publicznych, wznowiono tuż po II wojnie światowej i trwają do dziś.
    Wedle zamysłu samego artysty, kościół miał mieć 3 monumentalne fasady, przedstawiające narodziny Chrystusa, Mękę Pańską oraz Zmartwychwstanie. Każdą z nich miały wieńczyć 4 strzeliste wieże, symbolizujące 12 apostołów. Kolejnych 6 wież miało reprezentować Mesjasza, Maryję Dziewicę i 4 ewangelistów. Obecnie najwyższa z nich wznosi się na 120 metrów. W albumie „Słynne budowle świata" (red. Philip Bagenal, Jonathan Meades) czytamy m.in.: „La Sagrada Familia jest chyba najbardziej interesującym budynkiem, jaki powstał w ciągu ostatnich stu lat". Autorzy poszczególnych rozdziałów nie szafują komplementami, więc to zdanie jest wystarczająco wymownym komentarzem. Niewątpliwie barceloński gigant jest jednym z najoryginalniejszych kościołów na świecie. I jednym z najbogatszych w zewnętrzne i wewnętrzne motywy dekoracyjne. Łączy w sobie strukturę gotyckiej katedry z secesyjną dziwacznością i kapryśnością. Przeróżne formy geomorficzne, zoomorficzne i antropomorficzne zostały tutaj zintegrowane w jedną, niemal eklektyczną, całość jakoby ze świata snu. Bogactwo form organicznych ponoć wprawia w osłupienie. Są tam liście, muszle, skorupiaki,  płazy i gady, ptaki i ssaki, fantastyczne owady i nieziemskie stwory, ludzie i anioły. Być może Antonio Gaudi chciał uczcić Stwórcę, pokazując niewyczerpaną urodę wielości kształtów. Właśnie detal jest w tym przybytku aspektem najbardziej zniewalającym, budzącym rozmaite fascynacje. Kiedy siądziemy w nawie lewej lub prawej, oddając się kontemplacji ukończonych fragmentów, dostrzeżemy wielkość geniuszu, który ten „barokowy" przepych wydobył z niebytu. Odczujemy oniryczną mistykę miejsca, coś w rodzaju genius loci. Ogarnie nas wręcz kosmiczna poezja, zaklęta w materialnych fenomenach przez odważnego wizjonera. Jeśli będziemy odpowiednio wrażliwi na przytłaczające piękno cudów natury lub fajerwerków sztuki, to zrodzi się w nas myśl iście „katechoniczna", że po prostu byłoby żal, gdyby to wszystko legło w gruzach pod wpływem apokaliptycznego huraganu. A Sagrada Familia nie jest tu żadnym wyjątkiem. Oto 7 innych, dość arbitralnie wybranych budowli, godnych ocalenia: 1) bazylika św. Piotra w Watykanie; 2) gotycka katedra Santa Maria de la Sede w Sevilli (z największym i najbogatszym retabulum na świecie); 3) bazylika św. Jakuba w Santiago de Compostela (jako wybitny przykład churrigueryzmu); 4) klasztor Megálou Meteóru w Grecji; 5) gotycka katedra w Ulm (z najwyższą wieżą na świecie = 161 m); 6) cerkiew Wasyla błogosławionego w Moskwie; 7) gotycka katedra św. Piotra i NMP w Kolonii (jako największy niemiecki kościół). Celowo ograniczyłem wybór do 7 obiektów architektonicznych, abstrahując od innych dziedzin sztuki. Świadomie uwzględniłem tylko świątynie chrześcijańskie (z pominięciem innych religii), albowiem ich siła „perswazyjna" jest ex definitione większa. Nie znaczy to, że lekce sobie ważę zabytkowe walory architektury świeckiej oraz niechrześcijańskiej, niemniej w przedstawianiu własnych racji trzeba używać argumentów najsilniejszych.

* * * *
    Nietrudno suponować, iż przebieg biblijnej Apokalipsy (vel Armagedonu) nie będzie procesem obojętnym dla wszelkich przejawów kultury materialnej. Sądząc po zapowiedziach nowotestamentowych, raczej będzie to monstrualny i spektakularny superkataklizm, który powali do stóp wielką architekturę czy zrówna góry z dolinami. Oto co czytamy na łamach Księgi nad Księgami: „Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec huku morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte" (Łk 21, 25-26). Albo – „I ujrzałem: gdy otworzył pieczęć szóstą, nastąpiło wielkie trzęsienie ziemi, i słońce stało się czarne jak włosienny wór, a cały księżyc stał się jak krew. I gwiazdy spadły z nieba na ziemię, podobnie jak figowiec wstrząsany silnym wiatrem zrzuca na ziemię niedojrzałe owoce. Niebo zostało usunięte jak księga, którą się zwija, a wszelka góra i wyspa z miejsc swych poruszone" (Ap 6, 12-14). Z tego wynika, że karząca i niszczycielska działalność mocy niebieskich nie będzie „wyrozumiała" dla tzw. rzeczy martwych, niczym jakaś super inteligentna megabomba neutronowa, której zadaniem może być uśmiercenie samego rodzaju ludzkiego. (Rośliny i zwierzęta przecież nie podlegają odpowiedzialności moralnej, dlatego powinny być uchronione przed ubocznymi skutkami Apokalipsy).
    W swojej naiwności niekiedy snuję sobie apokaliptyczny sen na jawie. Można powiedzieć, że jest to rodzaj chrześcijańskiego, eschatologicznego marzenia. Oto bowiem przychodzi nieodwołalnie dzień Armagedonu. Dobro tryumfuje nad Złem. Legiony złoczyńców i grzeszników, ladacznic i nierządnic leżą (nie)równo skoszone i powalone. Jednak wszystkie wartościowe i wyjątkowe dzieła literatury, muzyki i plastyki przetrwały. Wznoszenie tysiącletniego Królestwa Chrystusowego na Ziemi odbywa się w oparciu o ocalały z Pożogi dorobek cywilizacyjny ludzkości. Przynajmniej – ocalały wybiórczo, częściowo, fragmentarycznie, zgodnie z wolą Pana zastępów. Wysiłek najtęższych umysłów i największych wyobraźni, będąc odzwierciedleniem Boskiego arcygeniuszu, nie poszedł na marne, przetrwał…
    Doskonale wiem, że nakreślona wizja grzeszy infantylizmem czy też letniością wiary. Wojciech Wencel, Rafał Tichy, Tomasz Terlikowski et consortes mogliby mi zarzucić, że swoje refleksje lokuję zaledwie na poziomie estetycznym – w ujęciu Sřrena Kierkegaarda. Inaczej mówiąc, że mącę maluczkim w umysłach albo „że słabych zatrzymuję w drodze" (Grochowiak). No, cóż… Człowiekiem jestem, dlatego jest mi bliski ludzki punkt widzenia. Jakby z uporem maniaka powtarzam sobie słowa Antonio Gaudiego „byłoby żal"… Bo pośród kotłujących się pod czaszką myśli (vel domysłów) rodzą się choćby takie pytania: Czy wspaniałe arcydzieła sztuki, wznoszone przez wieki całe ad maiorem Dei gloriam (sic!), są w jakimś sensie ucieleśnieniem zła? Czy będą musiały zostać poddane apokaliptycznej anihilacji? Czy sztuka sakralna jest za słabo święta? Czy nie jest wystarczająco zbożna? Czyż nie jest doskonała w dostępnej ziemskiej skali? Dlaczego nie mogłaby zyskać dyspensy, ułaskawienia, wielkodusznej misericordia?
Chcę wyraźnie podkreślić, że – wczytując się w wersety Księgi – niejednokrotnie deliberowałem nad ową „straszliwą zwłoką". Przyglądając się wołającym o pomstę do nieba okropnościom, jakie ludzie ludziom zgotowali w historii cywilizowanej Europy (vel świata), myślałem sobie nieraz: „Dzieje Powszechne – bestseller szatana"! I poważnie zastanawiałem się, dlaczego Stwórca zwleka z osądzeniem i ukaraniem rozbestwionych stworzeń. W skrytości ducha nigdy nie modliłem się o powstrzymanie lub prolongowanie Apokalipsy, ale z drugiej strony zawsze z autentycznym żalem myślałem o dorobku kulturowym, jaki w ów Dies Irae na pewno w pył się obróci. Mówiąc potocznie, potępianie w czambuł jakoś się nie komponuje z Bożą sprawiedliwością. Wszak przypomina się opowieść o 10 sprawiedliwych, wytargowanych przez dobrotliwego Abrahama, którzy mogli byli uratować Sodomę i Gomorę. Czyż w globalnym dorobku ludzkości nie znalazłoby się jakieś 1000 zabytków, które w oczach P. Boga będą „sprawiedliwe"? A może imiona ich twórców w niebiańskich annałach zostały zapisane złotymi głoskami? Rzecz jasna, rozczulanie się nad dziełami sztuki, podczas gdy ważą się pośmiertne losy ludzkości, wydaje się postawą niepoważną. Jednak wbrew pozorom nie chodzi tutaj wyłącznie o przetrwanie ziemskiego piękna, ale bardziej o egzystencjalny kontekst umierania, o czym już wcześniej była mowa. Dlatego, gdyby stereotypowa wizja Apokalipsy znalazła in futuro potwierdzenie w faktach – byłbym niepocieszony. Albo – zgodnie ze wskazaniem Eliasa Canettiego – musiałbym pocieszyć się tą czułością, „która przychodzi do człowieka od wszystkiego, co daremne"…

(Zebrzydowska, koniec 2012).

Również tego autora

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org