Danuta Sułkowska - Senne wędrówki po meandrach bytu

Powszechnie znane przekonanie, iż poezja bliska jest filozofii, znów towarzyszy mi podczas lektury wierszy. Nic dziwnego, bowiem mam w rękach najnowszą książkę Ignacego Stanisława Fiuta – tom poetycki zatytułowany „MOJE SNY i inne wiersze”. Prezentuje on czytelnikom zbiór bardzo interesujących, charakterystycznych dla tego utalentowanego krakowskiego poety – filozofa, wierszy. Można by dodać: „jak zwykle”. Zaryzykowałabym też prywatne stwierdzenie, iż nie pomyliłabym tej poezji z utworami innych autorów. Mimo że autor „Czasu na egzorcystę” – jak każdy wytrawny pisarz – wciąż poszukuje nowych środków wyrazu i tematów dla swojej twórczości, ukazując w niej coraz to nowe problemy otaczającego świata, a także własne przemyślenia na ich temat oraz swój, często bardzo emocjonalny stosunek do rzeczywistości.

 

Tytuł omawianej publikacji sugeruje czytelnikowi, iż na jej kartach znajdzie poetyckie opisy snów, każe mu też poszukiwać różnych znaczeń pojęcia „sny”, bo wszak poeta często bywa niedosłowny…

 

Pierwszym krokiem w naszej wędrówce po „świecie snów” Ignacego S. Fiuta niech będzie lektura otwierającego tomik wiersza zatytułowanego „Moje sny”:

 

 

przychodzą i odchodzą

 

kuszą i straszą

 

pieszczą i pieką

 

w oczy

 

 

 

przyspieszają bicie serca

 

usypiają antynomie rozumu

 

wodząc na pokuszenie

 

po kwiecistej łące

 

bytu

 

 

 

ślepo odsyłają

 

do podglebia codzienności

 

gdzie gromobicie nicości

 

każdego dnia

 

stawia mnie

 

na nogi

 

 

 

Cóż za ogrom znaczeń dosłownych i metaforycznych! Całe spektrum spraw, zagadnień, problemów, zjawisk dotyczących w sposób istotny ludzkiej egzystencji. Tytułowe sny mogą tu być przeżyciami z przeszłości, wracającymi we wspomnieniach, mogą być marzeniami i pragnieniami, mogą też być przywoływaniem do „twardego stąpania po ziemi”. Znajdujemy je w ostatnich wersach, gdzie szczególną uwagę zwraca wyrażenie „gromobicie nicości”. To bardzo mocne przypomnienie o naszej śmiertelności jest czynnikiem mobilizującym bohatera lirycznego do działania. Nakazuje mu, a pośrednio też czytelnikowi, aby nie tracić czasu, który jest nam dany.

 

Cytowany wiersz traktuje o ważnych dla człowieka sprawach, w sposób ogólny. Ale już następne ukazują cały wachlarz bardzo szczegółowych „obrazów sennych”. Na początku tej części tomu znajdujemy Kraków i inne miasta. W „Zwidach porannych” jawi nam się „Monument Wawelu i Kurza Stopka / cień Jadwigi odciśnięty / na ceglanym murze (…), na Plantach spotykamy „poetycką brać” i widzimy, „(…) że się tej nocy urżnęli / z ich oczu wyziera / skatowana dusza / Krwawej Mery”. Gdy „Ludzie jeszcze śnią…” obserwujemy jak „pokrzewka w czarnym / berecie na głowie / na wierzchołku / nagiego modrzewia / zaciekle oznajmia / swoją obecność // po śniegu stąpają / ociężałe gawrony / wydłubują spod / białej waty / zielone oczy / wiosny (…)”.

 

Spośród wierszy z lirycznymi obrazami ukochanego miasta autora „Prawa Natury”, na dłużej zatrzymał mnie „Krakowski sen”, w którego ostatnich strofach czytamy metafory dotyczące utraty złudzeń i przemijania:

 

(…)

 

innym razem budzę się spocony

 

kroplami nocy na ciele

 

a spod korony Wawelu

 

odpływają wianki

 

mojej naiwności

 

 

 

wiem, że jutro rano brunatne fale

 

zmarszczek na fali Wisły

 

o poranku utopią mój

 

sen i marzenie

 

o wieczności

 

 

 

jego mara zawieruszy się pewnie

 

w okolicach Barbakanu

 

(…)

 

 

 

Dobrze, że widok odwiecznych, nie poddających się czasowi murów Barbakanu, odsuwa na dalszy plan (przynajmniej na jakiś czas), Heraklitowe „panta rhei”, o którym przypomniał poecie nurt rzeki. Ale myśli o zmienności, nietrwałości i odchodzeniu wszystkiego w przeszłość, powracają jeszcze wielokrotnie na kartach omawianej publikacji. Nie zawsze są one pesymistyczne, jak choćby w „Kosmicznym śnie”, w którym bohater liryczny zagląda na „drugą stronę”, odkrywając „tajemnicę przyziemnego istnienia”. Po czym stwierdza: „(…) już wiem, że ma drugie dno / w świecie alternatywnym / w którym już jestem / choćby moimi / nieprzyzwoitymi / marzeniami o życiu / w wieczności”.

 

Bezpośrednio ze snu o włóczędze po wszechświecie, trafiamy do II części tomu, gdzie znajdujemy „Tryptyk rzymski i inne wiersze”. Ciekawe i w pewnym stopniu zagadkowe, bo różnie można je interpretować, jest to rozdzielenie grup utworów nazwanych przez poetę snami (część ostatnia książki zatytułowana jest tak samo, jak pierwsza – „Moje sny”).

 

W środkowej części poetyckie obrazy nie są bardziej realistyczne niż „śnione”, a towarzyszące im refleksje ani bardziej, ani mniej istotne od tych, które pojawiają się w „marzeniach sennych”. Może tylko są w większości mniej osobiste… Początkowo towarzyszymy poecie w zwiedzaniu Wiecznego Miasta; zatrzymujemy się obok Koloseum, gdzie rozmyślamy o zagadkach przeszłości Rzymu, potem przystajemy przy grobie Gajusza Juliusza Cezara i szepczemy: Ave Caesar, morituri te salutant. Tak…, każdy przecież nieustannie zmierza ku śmierci… A jednak, mimo tej przygnębiającej prawdy, w pełni zasadne jest zamykające utwór pytanie: Quo vadis, homini? To rozdarcie między poszukiwaniem sensu istnienia, a zwątpieniem w niego, pojawia się w tym tomie nie po raz pierwszy i nie ostatni. Cytowane pytanie można również odnieść do wielu poczynań człowieka, które mogą być dla niego zgubne.

 

Po opuszczeniu Rzymu, myśli bohatera lirycznego nadal krążą wokół różnych, często niepokojących zjawisk współczesności, takich jak narkomania, upadek najwyższych wartości, skrajny egoizm, brak poszanowania dla przyrody. Wśród pełnych goryczy słów o niepokojących i zasmucających poetę sprawach, mocnym akcentem zaznacza się jeden z wierszy bez tytułu:

 

w moim kraju słowo: człowiek

 

przestaje brzmieć dumnie –

 

zredukowano cię

 

do rzeczowników i przymiotników:

 

petent, podatnik

 

darmozjad, zwolennik

 

patriota, bohater,

 

ateista, katolik,

 

a może wieczny sceptyk

 

emigrant wewnętrzny

 

lub

 

mięso wyborcze

 

 

 

jednak zawsze jest jakiś

 

wyjątek od reguły: kiedy

 

jesteś Amerykaninem

 

lub jego sojusznikiem

 

– słyszysz wtedy słowo:

 

Człowiek!

 

 

 

– ale dopóki jesteś!

 

 

 

Chyba jednak lepiej uciec od takiej rzeczywistości w sny… Ale i tam bywa niewesoło. Można wpaść w Trójkąt Bermudzki i przeżyć koszmarny lęk przed śmiercią, można spotkać morderców wolności, którzy „dławią pętlami wiatru / kapłana niezależności”. Dlatego nie ma swobody. Takie przekonanie wyraża autor w drugim „Śnie o wolności”, gdzie czytamy: „Jest: / władza dla władzy (…) wolność dla niewolników / – kiedy myślą, że są wolni /są już od dawna / zniewoleni / wolność śnią”.

 

Snami są też inne wartości. Poeta zdaje się być przekonany, iż wszystko, co najcenniejsze i najbardziej pożądane, nie istnieje naprawdę. Można to posiadać, lub tego doświadczyć, tylko we śnie. Tak i tylko tak można zakosztować wieczności, która bardzo ostatnio zaprząta myśli autora „Logiki serca”, tak można zbliżyć się do prawdy, której poszukiwanie zawsze bardzo go absorbowało. Jakże gorzko brzmią ostatnie wersy „Snu o prawdzie”: „(…) zabijamy zawsze tych / którzy ją mówią / wybieramy strach / przed nią / nie miłość / do niej / – najczęściej / ją śnimy”. 

 

Dlaczego tak wiele śnienia w najnowszych wierszach Ignacego S. Fiuta? Według powszechnej opinii, to co dla człowieka szczególnie ważne, co najbardziej zaprząta jego myśli i tkwi w świadomości oraz w podświadomości, najczęściej mu się śni. Poetyckie opowieści o „snach” to rodzaj deklaracji: „Oto, co dla mnie najważniejsze, to co cenię najwyżej”. Poeta pragnie jak najdobitniej wyrazić, ba – jak najgłośniej wykrzyczeć, to co tak głęboko go nurtuje, mimo iż zdaje sobie sprawę, że poezja nie jest powszechnie czytana, zatem do niewielu dotrze, mimo iż wie, że na tych, którzy ją czytają, niewiele ona wpłynie, a może nawet wcale… 

 

Czy poezja trafia w próżnię? Może jednak nie całkiem… A jeśli nie cała znika w pustce, to należy zadbać, by przemówiła przekonująco, by zawarte w niej przesłanie nie zostało odrzucone. Może zatem lepiej nie rzucać światu trudnych prawd wprost w twarz, może skuteczniejsze będą senne obrazy? Poeta ma chyba taką nadzieję. Przeczytajmy zamykający tomik wiersz „Nie lękajcie się słów…”:

 

moje słowa

 

to żywe kamienie

 

– rzucam je w Was

 

i proszę –

 

podnieście je!

 

– wtedy zrozumiecie

 

że Wasz duch potrzebuje

 

ukamienowania, by żył

 

wiecznie i nie lękajcie się

 

słów poety

 

– on przecież tylko

 

śni

 

 

 

Świat poetycki autora „Polisemii piękna” istnieje tu, w tym tomie, poprzez sny, to sposób na jego uporządkowanie i na porozumiewanie się podmiotu mówiącego ze światem. Jest to, moim zdaniem, doskonała metoda na zakomunikowanie czytelnikowi ważnych prawd. Znakomicie w każdym razie sprawdziła się w omawianej publikacji. Konkluzje, przekonania, emocje „śniącego” bohatera lirycznego brzmią tu mocno i dobitnie.

 

 

 

 

 

 

 

………………………………………………………………………….

 

Ignacy Stanisław Fiut, MOJE SNY i inne wiersze, Wydawnictwo Aureus, Kraków 2014, ss. 48