Sobiesław Odrowąż - BÓG MI ODMÓWIŁ

Ze Stanisławem Chyczyńskim rozmawia Sobiesław Odrowąż

SO: W 2012 miałeś na koncie 8 wydanych książek, 2 nagrody literackie i jedną nominację, publikowałeś w prestiżowych periodykach. Dlaczego tak naprawdę ogłosiłeś „Byłem pomyłką”?

Stanisław Chyczyński: Wielu uważa to za prowokację, a ja po prostu rozczarowałem się do ludzi, do pewnych relacji interpersonalnych, do powiązań koleżeńskich, do sytuacji. Przyuważyłem dokładnie, że moich książek nikt nie czyta, nie komentuje, nie czeka na nie, więc z tą pisaniną było tak jak u Stachury: „wagony słów, węglarki słów, a wszystko – w próżnię, w próżnię, w próżnię”… A poza tym przyznajmy szczerze, że te nagrody miały czysto symboliczny wymiar, natomiast nominacja nie jest żadnym sukcesem.

SO: Ale przecież niektórzy ci zazdrościli…

 

SCh: Zawsze tak jest, że ktoś mnie zazdrości, a ja zaś zazdroszczę komuś innemu, ale to świadczy tylko o wirach psychologicznych, a nie o walorach estetycznych czy wartościach merytorycznych. Ja do tej zazdrości niekiedy jawnie się przyznaję i jakby ją neutralizuję, ale inni hołdują resentymentom, pokątnie intrygują i kombinują jedni przeciwko drugim, to jest chore… Bardzo rozczarowałem się do środowiska literackiego, bo to jedno wielkie bagno, w którym fermentują intrygi, egotyzm pomieszany z narcyzmem, kolesiostwo, podejrzane ideologie. Wszystko to zalatuje niezłym odorkiem.

SO: Ale czy jednak ogłoszenie „Byłem pomyłką” to nie forma zdrady wobec tych, którzy kupowali twoje zbiorki i oczekiwali twego wielkiego sukcesu?

SCh: Nigdy nie doczekałem się żadnego grona wiernych czytelników, a moje książki na ogół sprzedawały się marnie. Dość powiedzieć, że kiedy ogłosiłem „Sonety kalwaryjskie”, w miejscowej księgarni 10 egzemplarzy przeleżało się ponad pół roku. Paweł Kuszczyński sugerował, abym sam je wykupił i rozdał ubogim. To chyba o czymś świadczy…

SO: Naiwnie liczyłeś, że zarobisz? Przecież sprzedaż to kwestia odpowiedniej reklamy, zorganizowanej promocji, szumu medialnego…

SCh: O taką naiwność chyba mnie nie posądzasz, noszę na barkach półwiecze, ale śmiem twierdzić, że miałem prawo liczyć na garstkę zainteresowanych i to w rodzinnym miasteczku. Jak widać, nadal obowiązuje stara prawda, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Wiem, że ludzie w Kalwarii bardzo się mną rozczarowali, bo liczyli na spektakularny sukces, huczne fajerwerki, a tutaj taki niewypał – zaczynałem jako cudowne dziecko, a skończyłem jako zdziecinniały cudak.

SO: Faktycznie, nie zrobiłeś kariery poetyckiej, ale przecież zapowiadałeś się jako znakomity krytyk literacki, niektórzy dostrzegali w tobie wybitność…

SCh: Krytyka literacka nigdy nie była moją pasją, traktowałem ją poważnie, ale marginalnie, ponieważ zawsze chciałem czynnie zajmować się literaturą, a nie pisać o literaturze. Po prostu zamierzałem zostać pisarzem, a nie komentatorem poczynań innych pisarzy. Otwarcie nazywam siebie grafomanem, gdyż twórczość pisarska, układanie ciągów słownych sprawia mi autentyczną przyjemność: psychiczną i fizyczną. Uwielbiam pisać długie listy, np. ostatnio „wypasione” epistoły wymieniam z Arianą Nagórską, której rękopisy-popisy osiągają nierzadko po 5-6 stron. To prawdziwa rzadkość. Dawniej w analogiczny sposób korespondowałem ze Zdzisławem Beksińskim, tyle że jego odpowiedzi nigdy nie przekraczały 2 stron maszynopisu.

SO: Wymienialiście z Beksińskim listy przez kilkanaście lat – jak w ogóle do tego doszło? Jak go poznałeś?

SCh: Jak twierdzi Magdalena Grzebałkowska, autorka dzieła: „Beksińscy. Portret podwójny”, Mistrz ze Sanoka uwielbiał pisać listy, miał powiększające się grono stałych korespondentów, ale ja wtedy o tym nie wiedziałem. Byłem na etapie zahaczania per poczta różnych sławnych ludzi (np. T. Nowaka, J. Dudę-Gracza, W. Cejrowskiego), padło też na Beksińskiego, a ten raptem połknął haczyk, wikłając się ze mną w długie polemiki. Było to dla mnie ewenementem, ale – powtarzam – nie wiedziałem o jego odnośnych inklinacjach. Przez kilkanaście lat wymieniliśmy ponad 200 listów, zażarcie dyskutując na tematy istotne – filozoficzne, artystyczne, religijne. Świetnie się z nim korespondowało, ponieważ odpisywał natychmiast i traktował adresata po partnersku – bez jakiegokolwiek poczucia wyższości. Dla niego liczyła się siła argumentów, a nie gałąź na której ktoś siedzi…

SO: Czy znajomość z Beksińskim wpłynęła znacząco na twoje życie? Czy byłeś pod jego wpływem?

SCh: Z Beksińskim wiele mnie łączyło (np. typ osobowości), ale też wiele mnie różniło. Np. ja zdecydowanie deklarowałem przynależność do chrześcijaństwa, on zaś otwarcie przyznawał się do ateizmu. Twierdził, że jakakolwiek idea Boga jest mu całkowicie obca, a raczej – niezrozumiała. Jednak myślę, że pewne jego postawy, z którymi się obnosił (np. wobec środowiska artystycznego), wzmocniły mój dystans, czyli jakoś wpłynęły na moją postawę. Wszelako różnice światopoglądowe były między nami tak duże, że patrzyliśmy na siebie niemal z antypodów.

SO: A propos chrześcijaństwa, wróćmy na chwilę do tomiku „Byłem pomyłką”, w którym znajduję niemało wręcz diabelskich podszeptów. Oto w jednym z wierszy podkreślasz, że „z martwych nie powstaniesz”. Czy tu aby nie sygnalizujesz utraty wiary w Chrystusa?

SCh: Ten werset można różnie odczytywać, np. jako jawne zaprzeczenie tezy Horacego „non omnis moriar”. Jak to gdzieś zauważył Tadeusz Lira-Śliwa, Chyczyński nie podziela nadziei Norwida, że kiedyś po latach odkryje go dla potomnych jakiś „późny wnuk”. Wręcz przeciwnie, uważam, że ze względów stricte językowych moja poezja będzie kompletnie nieczytelna i niezrozumiała dla przyszłych pokoleń. Tu nie ma – zmiłuj się…

SO: Skądinąd twój krytyczny stosunek do chrześcijaństwa jest dobrze znany, więc czy taka odpowiedź nie jest zbyt pokrętna? Czy de facto nie czujesz żalu do Boga? Pozornie masz przecież twarde powody…

SCh: Rzeczywiście uważam, że współczesne chrześcijaństwo jest coraz bardziej rażącym odstępstwem od pierwotnego, a zawdzięczamy to pomysłom niektórych papieży. Już ponad 150 lat temu krzyczał o tym Kierkegaard i w dużej mierze miał rację. Nie jestem aż tak radykalny, jak twórca „Albo-albo”, chociaż podzielam jego troskę o czystość nauki Jezusa z Nazaretu. Twierdzę wprost, że Kościół po Vaticanum II dokonał jednego imponującego cudu: wino chrystianizmu przemienił w wodę neochrześcijaństwa. Sumienie nie pozwala mi na akceptację tego status quo.

SO: Aż tak? A co z tym osobistym żalem do Stwórcy?

SCh: Ma się dobrze (śmiech)… Poważnie mówiąc, mógłbym za naszym wieszczem powtórzyć: „Bóg mi odmówił”… Nieraz sobie myślę, że ilekroć mi na czymś bardzo zależało, tylekroć zostało mi to odmówione. I chociaż ta zasada obowiązuje w moim życiu od dziecka, nie umiem się z nią pogodzić, może przeszkadza mi w tym dusza buntownika? Albo pyszałkowata osobowość?

SO: Nie wiedziałem, że jesteś pyszałkiem.

SCh: Ponoć to wyziera z moich tekstów, szczególnie z tych krytycznoliterackich. Zresztą, każdy twórca o silnej, wyrazistej osobowości jest pyszałkiem podszyty.

SO: Absolwent filozofii, który nie napisał nic filozoficznego, to niemal paradoks. Nigdy nie kusiło?

SCh: Filozofem jest ten, kto czynnie uprawia filozofię, dlatego nie uważam się za filozofa. Nie popełniłem żadnego traktatu filozoficznego, więc sprawa jest oczywista. Ale jeszcze na studiach napisałem powieść eksperymentalną „Skazani na Boga”, w której posiałem także zmienne, funktory i kwantyfikatory logiczne (śmiech)… Pisałem to w transie, przez półtora miesiąca, zielonym atramentem… Do dzisiaj rzecz pozostaje w szufladzie. Osobliwość.

SO: Jeden z wierszy kończysz ostrym motywem biało-czerwonej flagi, która znów kiedyś będzie gniła w ziemi. Czy to próba proroctwa?

SCh: Jestem pesymistą. Uważam, że nasz naród karleje i traci tożsamość w Unii Europejskiej. Za parę dekad nasze państwo rozpłynie się w Eurokołchozie, Niemcy zaś – bez jednego wystrzału – osiągną swoje strategiczne cele, których nie potrafili zrealizować w 1939. Nastały bardzo ciężkie czasy dla patriotyzmu; jeżeli nasi rodacy nie obudzą się w porę, to skończą jak ich przodkowie – sarmaci w XVIII w. Truizm: historia lubi się powtarzać.

SO: To już nie jest eurosceptycyzm, to zakrawa na eurofobię…

SCh: Nie przeczę; głosowałem przeciwko wejściu Polski do UE. Jestem zwolennikiem spiskowej teorii dziejów; moim zdaniem z tej teorii mogą wyśmiewać się tylko ci, którzy słabo znają historię. Albo inni, którzy sami nie stronią od spiskowej metody działania. Taka zasłona dymna.

SO: Zmiana tematu. Co dalej z twoim pisarstwem. Co z wydawaniem „Nihil Novi”? Co z poczuciem sensu?

SCh: Nie ma żadnego – dalej. W literaturze funkcjonuję jako martwa dusza, o której nikt nie pamięta. Może za wyjątkiem garstki znajomych. I nie ma żadnego poczucia sensu. Powoli zamieniam się w kamień – bez drzwi, bez okien, bez duszy…

 

(lipiec 2014)