Anna Kokot - Skubanie pierza

Pierwsze uderzenie bólu odczuwa się gdzieś w niezidentyfikowanym miejscu ciała. W oderwaniu od współrzędnych wszelkich organów wewnętrznych. Nawet główna kwatera sił dowódczych – Pan Mózg, nie jest w stanie przy pomocy swojego zaawansowanego odbiornika GPS podać namiarów na punkt bólu. Potem nastaje cisza, jakby napastnik robił krok w tył w filcowych kapciach. Siła drugiego uderzenia zaskakuje każdy neuron, który nagle kuli się jak żołnierz na polu walki, trafiony serią z karabinu w brzuch. I znowu wkracza cisza, ślizgając się po powierzchni ludzkiego ciała w swych mięciutkich laczkach, podobnych do tych zakładanych w muzeach podczas peregrynacji od obrazu do obrazu. Choć peryferia organizmu drgają jeszcze w konwulsyjnych drgawkach - z każdą minutą, nawlekaną na wskazówki czasu, lustro oceanu bólu wygładza się, by ostatecznie znieruchomieć. Trzecie uderzenie pozbawia tchu, powala na kolana i każe czołgać się w błocie, skomląc o łaskę rychłej śmierci. Uruchamia szok. Jednym ciosem zabija wszelkie myślenie, skazując na wegetację pośród pustej przestrzeni beznadziei nieskończoności. Teraz na pierwszym planie jest tylko ON, wszechmocny i wszechwładny oraz niemiłościwie panujący – Jego Ekscelencja Ból. Każdy jego frywolny ruch berłem to nowe ognisko cierpienia, każde jego nonszalanckie podrzucenie w górę złotego jabłka jurysdykcji – to wrażenie rozszarpywania żywych tkanek oraz wwiercania w mięśnie zardzewiałych, metalowych prętów o średnicy kilku centymetrów. 

Nagle wzrasta gorączka. Temperatura wyłazi z bezpiecznej niecki 36,6 stopni Celsjusza i jak oszalała małpa wdrapuje się po drabince termometru. W końcu przyczaja się na szczebelku przy 40 stopniach, balansując niebezpiecznie, jakby chciała wskoczyć jeszcze jeden szczebelek temperatury wyżej. Organizm, trącony ostrzegawczo przez Stwórcę, biernie przyglądającemu się katastrofie, rozpoczyna nierówną walkę z najeźdźcą. Pory skóry ruszają do nadprodukcji potu, przez co całe ciało otacza się ochronną warstewką wilgoci. Zupełnie jakby naraz zamieniło się w średniowieczny zamek obronny, chroniony mokrym rowem fortecznym. Usta leciutko się otwierają jak skrzynka na listy w dłoniach listonosza – resuscytatora, który zamierza wrzucić do ich wnętrza koperty powietrza. Język wysuwa się bezwładnie ku brodzie, ślina sączy się kącikiem warg. Oczy matowieją, jakby jakiś fotograf położył na nich szary filtr, a potem wywracają się, pozostawiając dla obserwatorów pandemonium choroby jedynie puste białka. Nogi wiotczeją, a ramiona sztywnieją. Palce dłoni rozczapierzają się drapieżnie jak wykoślawione grabie.

Wówczas na arenę tak przygotowanego na jego przyjęcie ciała - wkracza ból. Tym razem oficjalnie, zaopatrzony we wszelkie insygnia władzy. Już nie bawi się w okrutną ciuciubabkę, nie chowa się po kątach żył, organów czy kości. Spokojnym krokiem maszeruje w kierunku pleców, by rozstawić swój królewski tron na dołkach podłopatkowych. Rozsiada się w nim wygodnie, mości sobie miejsce, wije gniazdko rozkoszy wszelakich okrutnych. Wreszcie – rezyduje. Zanim zaatakuje z lądu, morza, powietrza – napawa się jeszcze chwilę tym stanem względnego spokoju tuż przed decydującą katastrofą. Czasem nawet spojrzy z ironicznym błyskiem w źrenicy na paznokcie - czy dobrze opiłowane podczas sesji manicure u królewskiej kosmetyczki, a potem niedbałym gestem naciśnie guziczek z napisem: „Totalna Zagłada”. Dwie bomby atomowe nieznanego dotąd człowiekowi cierpienia rozerwą łopatki na strzępy. Ból miażdżyć je będzie w żelaznym uścisku, w okrucieństwie tortur, wychodząc poza skalę ludzkiego wyobrażenia. Na tym etapie nawet Międzynarodowe Towarzystwo Badania Bólu byłoby bezradne i nie nazywałoby bólu suchą definicją - jako subiektywnie przykrego oraz negatywnego wrażenia zmysłowego i emocjonalnego. Po czym ze wstydu nad swą nieudolnością, musiałoby ulec natychmiastowemu samorozwiązaniu.

Ból maskujący się przyłbicą z zasłoną w kształcie „psiego pyska”, wciąż będzie w natarciu. Błyskawicznie rozkokosi się na plecach, pod wpływem nocyceptywnych bodźców uszkadzających tkankę. Cały świat będzie się wydawał skurczony tylko do histerycznego „tu i teraz”. Skóra zacznie w tym miejscu erozji gehenny pulsować, swędzieć i pękać. Na powierzchni naskórka komórki Langerhansa odpowiedzialne za reakcje immunologiczne oraz komórki Merkla, układu nerwowego – rozpoczną swój obłąkańczy taniec: „Hopsasa, hopsasa!”, „Hej, hej, hej sokoły!”, „Lewy do prawego, wypij kolego!”. Czyrak cierpienia wykluje się w mękach, a jego akuszerka bezradnie zaciśnie ręce na jego główce. Nie będzie miała narzędzi, zabraknie kleszczy chirurgicznych, więc tylko jedną dłonią pociągnie nieprzepisowo czaszkę pokrytą mazią płodową, a drugą naciśnie brutalnie brzuch ciężarnej.

Oho! Coś wychodzi z głębin jestestwa, rozszarpując sąsiednie tkanki, coś przebija się przez skórę, rośnie szybko ku górze, rozpościera się, rozwija szeroko. Wewnątrz okaleczonego ludzkiego ciała pękają kości, słychać nieprzyjemny odgłos rozrywanych mięśni.

- Ratuuuuuuuunkuuuuuuu! – krzyknął przejmująco młody mężczyzna, ale potwór obojętności wchłonął jego rozpacz, by po chwili wydalić z odbytu smrodliwe gazy. – Boli, bardzo boli! – podjął na nowo monolog z indyferencją otoczenia. – Aaaaaaaaaajjjjjjj!...Yyyyy!…… Ach, litości!

Przez długi czas nic się nie działo, minuty kapały leniwie jak krople wody z nieszczelnego kranu: nie usłyszał wewnątrz domu żadnych odgłosów nerwowej krzątaniny, drzwi do jego pokoju nie otworzyły się na oścież, nikt nie położył mu kojącej dłoni na głowie. Jego Ekscelencja Ból spoglądał więc na niego protekcjonalnie, uśmiechając się z wyraźną ironią, jakby chciał zapytać” „I co, marny człowieczku? Gdzie się podziali zaufani wybawiciele?”. Potem jednak coś w dali szczęknęło, zakotłowało się, zabulgotało i raptem do pokoju weszła jakaś postać. Wyraźnie nie spieszyła się – westchnęła głęboko, a potem powiodła wzrokiem po plakatach, gęsto przypiętych do ściany. Na każdym jacyś przedstawiciele tego „latającego cyrku”, jak lubiła ich nazywać: bracia Wright, Adela Dankowska – pilotka samolotowa i szybowcowa… W wieku 65 lat ustanowiła swój 15. rekord świata, a w 70. roku życia – 43. rekord Polski.  Na ścianie ma swoje miejsce także dwukrotny szybowcowy mistrz świata - Janusz Centka; pilot Franciszek Żwirko i konstruktor Stanisław Wigura; odważna Amelia Earhart, próbująca odbyć samotny lot dookoła świata; pilot Pirx z filmowej ekranizacji książki napisanej przez Stanisława Lema, jak również Stanisław Skalski – generał brygady, pilot wojskowy i as myśliwski z czasów II wojny światowej o największej liczbie zestrzeleń wśród pilotów krajowych. Nie brakuje też wizerunku Amerykanina Ralpha Charlesa, ponoć najstarszego pilota na świecie, pioniera lotnictwa. Zaczynał w latach dwudziestych XX wielu w fabryce braci Wright, stworzył własny samolot, latał na wielu nowatorskich maszynach i był tym samym jednym z najbardziej doświadczonych pilotów tamtych czasów. Jego karierę zakończyła pewna przebojowa dziewczyna, która postawiła przed nim wybór: ona albo latanie. Ralph wybrał miłość i rzeczywiście nie latał do śmierci żony w roku 1995. Obietnicy dotrzymał, bo to dla pilota rzecz święta. Gdy tylko jednak zamknęło się nad nią na dobre wieko trumny, dziarski staruszek – po 70 latach przerwy, siadł za sterami samolotu. Pilotował podniebną maszynę nawet później, w wieku 101 lat.  I kolejne plakaty, czarno-białe lub kolorowe twarze, głowy zakryte twardymi hełmami lotniczymi THL-5 NV, MN, R - czy kosmicznie wyglądającymi karbonowymi hełmami dla pilotów samolotów F-35, z wyświetlaczami HMDS.

Postać westchnęła ciężko i z wyraźnym ociąganiem zbliżyła się do łóżka z konwulsyjnie wykrzywionym ciałem. Zignorowała nagłą serię siarczystych przekleństw, które wyskoczyły wraz ze śliną ze zniekształconych ust, koncentrując się na podciąganiu wysoko w górę koszuli cierpiącego. Zdecydowanym ruchem dotknęła jego łopatek, lekceważąc nagły, nieludzki skowyt, który wypełnił szczelnie pokój i pewnie go jeszcze trochę przy tym rozepchnął na boki. Potem schyliła się po jednorazową golarkę, która tkwiła w kubku przy łożu boleści i przeciągnęła nią po powierzchni pleców.

- Proszę cię tato, zrób to dokładnie, miejsce przy miejscu! – młody człowiek cedził słowa spomiędzy zębów, przygryzając sobie przy tym język. Na brzegu warg pojawiły się pierwsze krople krwi.

Cały ceremoniał przedłużał się, ostrze golarki pracowało na skórze równomiernie, w usypiającej monotonii, niczym pędzel na ścianie w ręku malarza pokojowego. Hipnotyzowało ojca, uspokajało tętno syna.

- Jeszcze pinceta! – załkał mężczyzna, gdy golarka wskoczyła z pluskiem na główkę ponownie do kubka.

Wprawnym ruchem ojciec chwycił w dłonie miniaturowe szczypczyki i szukał na plecach syna czegokolwiek do wyrwania. Najmniejszych nawet włosków nie było tam bowiem już od wielu lat. Niestety, nie znalazł nawet śladu pieprzyka, który mógłby podręczyć. Postanowił więc znów tylko dla niepoznaki szczypać pincetą skórę syna, imitując wyrywanie. Jak wczoraj, jak przedwczoraj, jak nieprzerwanie od kilku lat. Nie chciał tego, coś dziwnego działo się z jego sercem, gdy spoglądał na posiniaczoną i naznaczoną krwiakami oraz skaleczeniami skórę własnego dziecka. A przecież powinna być gładka, skoro jej właściciel miał zaledwie trzydzieści lat.

- Mocniej, tato! Mocniej! – ponaglał go syn. – One tam są, tuż pod skórą, czuję je wyraźnie! Może znów się wykluwają!... Przechytrzyły cię, wychodząc na zewnątrz, gdy ty na chwilę odwróciłeś głowę, spojrzałeś za okno!

- No, już….Wszystko jest pod kontrolą. Odkładam pincetę – zarządził w końcu ojciec, a syn głośno zapłakał.

- Wciąż je mam, rozsadzają mnie od środka! Niszczą całe wnętrze i głodne okrutnie - zżerają kawałek po kawałku, jakbym był tortem urodzinowym! – jęczał zasmarkany, a ojciec ocierał mu twarz rękawem bawełnianej koszuli. – Uratuj mnie, tato! Uratuuuuuuj!

Ojciec bezradnie poklepywał głowę syna - myśląc w duchu, że to nie plecy są u jego syna pożerane, ale mózg. Może wydzielany ze stresu w nadmiarze kortyzol - uszkodził mu hipokamp i wywiódł na manowce normalnego istnienia?

- Nie wybijają się?! – nagle syn krzyknął pytająco, a ojciec wiedział, że teraz znowu musi powtórzyć rytualnie te same czynności: golenie, pinceta i sprawdzanie dłonią czy ich przypadkiem nie ma, czy się nie przebijają. Musi wziąć ponownie udział w tym obsesyjnym szaleństwie, kołowrocie paniki, ćwiczeniach na równoważni, gdzie każde potknięcie czy upadek znaczony będzie coraz silniejszą labilnością emocjonalną.

- Ciiiiii... Masz gładkie plecy, śpij już – wymruczał łagodnym głosem, przełamanym nutą sztucznie wypracowanego spokoju.

Dni upływają jak na huśtawce, w górze i na dole, a jeszcze dodatkowo można z niej spaść i dostać szaleńczo rozkołysanym krzesełkiem w łeb.

- Wykarczuj, wykarczuj je do korzeni, tato! – syn prosi jeszcze przez filtr snu, a jednocześnie wiotczeje mu w rękach. On zaś czuje, jakby zamiast niego trzymał w dłoniach sflaczały balonik, bez kości i tkanek. Przygląda mu się uważnie: syn zipie, a po pewnym czasie szybko rusza gałkami oczu pod aksamitnymi pokrywkami powiek. „Wleciał w fazę REM – myśli ojciec z nagłą czułością, która ściska go za gardło. – Na pewno w nią wleciał, a nie wszedł. Szybuje pewnie teraz ponad miastem w marzeniach sennych tym sterowcem – cygarem, z hrabią Ferdynandem von Zeppelinem. Luftschiff – Zeppelin 1 majestatycznie sunie po niebie z prędkością 27 kilometrów na godzinę, pozwalając mu na podziwianie widoku z lotu ptaka. A może właśnie bierze udział w „Locie nad kukułczym gniazdem” – nękamy szaleństwem, kompulsywnymi nawykami, parodią realnej egzystencji… Z drugiej jednak strony może on – niczym Erica Jong, odczuwa „Strach przed lataniem”? Tylko nie ten metafizyczny, funkcjonujący w przenośni u pisarki – tylko namacalny, wysysany przez korzenie jego ludzkiej istoty? W końcu ma prawo myśleć, że jest niczym pisklak wypchnięty przez matkę z gniazda, który miał nauczyć się latać. Jeszcze stojąc na brzegu ptasiej kołyski wierzył w swoje siły, ufał w moc malutkich skrzydełek. Czując pod gałązkami nóżek bezpieczny kojec dzieciństwa – był pewien, że pofrunie, hen, wysoko! Gdy tylko jednak stracił znajomy grunt pod nogami, opuściła go wiara i nadzieja, wypadł z gniazda jak kamień bez skrzydeł, a podczas szybkiego opadania w dół – opuściła go jeszcze miłość matki. Nim spadł i roztrzaskał się o kamienie – już był dla niej tylko niewyraźnym wspomnieniem, słabym nieudacznikiem, który musiał zginąć. Tak było lepiej dla niej, tak było zdrowiej dla całej przyrody, tak było smaczniej dla zwierzęcia, któremu już na ziemi udało się go martwego zjeść. Matka syna, a jego żona – nie zniosła codziennego cierpienia jedynaka. Uciekła z ich domu, zabierając ze sobą bezsensowną siatkę pełną jednorazowych rajstop, zakurzonych szpulek nici oraz kilka guzików. Tylko tyle zdołała chwycić w pędzie, wybiegając z histerycznym wrzaskiem z domu. Nigdy nie wróciła po resztę swoich rzeczy, nigdy nie wróciła po odseparowaną od niej po porodzie część ciała – syna. Zgubiła go w życiu gdzieś po drodze, między swoimi 37 a 38 urodzinami. Szybko zamknęła w szufladce z napisem Biuro Rzeczy Szczęśliwie i Bezpowrotnie Utraconych”.

Ojciec siada ciężko na fotelu obok łóżka syna. Ile to już godzin rozpoczął przy nim z nadzieją, a potem – zawiedziony, zamknął z trzaskiem; ile dni syjamsko ze sobą zrośniętych - wyrwał w postaci kartek z kalendarza; ile lat przyciętych równiutko sekatorem rutyny – niczym miniaturowe drzewka bonsai? Już prawie nie pamięta czasów, kiedy wierzył w szczęśliwą przyszłość swojego jedynego dziecka, kiedy zasypał wieczorem spokojny i budził się nad ranem wypoczęty nocnym optymizmem. Czasów, kiedy malutki synek całymi dniami bawił się sklejanymi wraz z nim modelami samolotów. Nawet podczas snów w swoim łóżeczku przytulał się do maskotki – niezwykłego, pluszowego samolotu, bohatera jego ulubionej bajki. Podczas tamtych pogodnych chwil, chłopczyk potrafił wiele godzin zabawy spędzić na udawaniu latającej maszyny. Wbiegał na wszelkie dostrzeżone przez sobie pagórki i zbiegał z nich w szalonym pędzie, z szeroko rozstawionymi rękami. Czuł się wówczas panem przestworzy:

- Tato, jestem Panem Powietrza! – krzyczał z dziką radością, obijając sobie podczas tych swoich pokazowych „lotów” kolana, łokcie, a nawet twarz. Krwawe zadrapania oraz wielokolorowe siniaki nie zniechęciły go jednak do podniebnych marzeń. Gdy nie było wokół niego żadnego wzniesienia, które mógłby wykorzystać jako pas startowy, mały pilot ze szczerbatym uśmiechem kręcił się długo dookoła własnej osi, jak bączek z serii perpetuum mobile. Wirował dłużej od bębna domowej pralki, aż do całkowitego zatracenia, odrealnienia i silnych mdłości. Gdy padał w końcu wykończony i zdezorientowany na ziemię, jego głos wciąż jeszcze wirował w przestrzeni: śmiał się drobinkami ekstazy, magii i urzeczenia chwilą. Ojciec zazdrościł mu tych momentów lotniczej nirwany. Tam, dokąd udawał się wówczas jego syn, on nie miał wstępu. Był zbyt przyziemmy, trzymał się rzeczywistości jak zalęknione dziecko trzyma się spódnicy matki. Jego rola w życiu syna ograniczała się zatem do aprobującej asysty. Towarzyszył mu podczas próbnych lotów z górki na pazurki i uczuł zasad budowy latawca: przygotowywał jego szkielet, a syn przyczepiał do ogona kokardki w kilku kolorach.

Pamięta jeszcze wspólne, ciepłe miesiące lata. I słoiki, dziesiątki słoików. Syn łapał do nich muchy, ważki, a czasami nawet motyle i komary, by obserwować jak w nich latają. Wywiercał w wieczkach małe dziurki, by owady mogły oddychać i godzinami przyglądał się ich technice lotu. Chciał wydrzeć im tajemnicę szybowania. Wbijał wzrok w ich miniaturowe skrzydełka i spoglądał na nie w skupieniu. Był niepocieszony, gdy owady - zestresowane przymusowym, szklanym więzieniem, nie chciały udzielić mu lekcji sztuki latania, siedząc ospałe na dnie słoika lub bezwładnie turlając się po jego dnie. Jeśli jakiś owad w czasie tych jego eksperymentów wyzionął ducha, był przerażony, przybiegał wówczas do niego z płaczem i smarkami znaczył mu rękaw koszuli. Bez sprzeciwu przyjmował ojcowskie słowa pociechy i czekał na zorganizowanie dla owada oficjalnej ceremonii pogrzebowej. Niósł go z namaszczeniem - ułożonego sztywno na dnie pudełka od zapałek, maszerował za ojcem do ogrodu i po wysłuchaniu krótkiej opowieści o dobrym i pełnym radości życiu danego stworzonka, zasuwał nad nim wieko od trumienki. Zakopywał ją w dwudziestocentymetrowej jamce w ziemi, a następnie usypywał kopczyk i budował na nim krzyż z patyków. W chwilę potem organizował sobie prywatny memoriał ku czci martwego owada: oblatywał jako pilot wyimaginowanego samolotu (z całą mocą w swych krótkich nóżkach) - każde drzewko oraz każdy krzew w ogrodzie.

Największe wrażenie robiły na synu ważki. Przypominały mu zwinne helikoptery -tak jak one potrafiły nieomal zawisnąć w bezruchu w powietrzu. „Tato, tatusiu! Czy wiesz, że to najszybsze owady na świecie? – pytał rozentuzjazmowany syn, a czerwone rumieńce podniecenia barwiły mu mięciutkie, dziecięce policzki. – Jak się dobrze sprężą, to potrafią wyciągnąć tymi swoimi ukradzionymi z helikoptera skrzydełkami - nawet sto kilometrów na godzinę!”. Gdzie on to wszystko wyczytał, od kogo się dowiedział, kto wprowadzał go podstępnie w ten świat wiadomości? Ojciec nie wiedział. Był zaskoczony elokwencją syna oraz zdolnościami zapamiętywania.

Gdy jedynak był starszy, zasypywał go ciekawostkami lotniczymi na każdym kroku: „Czy wiesz, że około 30 procent pasażerów linii lotniczych odczuwa silny starach przed lataniem w przestworzach?”. Nie, nie wiedział. Nie wiedział także, że najstarszym stewardem na świecie jest Ron Akana, pracujący na pokładach samolotów United Airlines. Przeszedł na emeryturę dopiero w wieku 83 lat. Ojciec nie zdawał sobie także sprawy, że w roku 1852 to niejaki Henri Jules Giffard wzniósł się z hipodromu w Paryżu na wysokość 1800 metrów i pokonał swoim nowatorskim wynalazkiem (balonem ze śmigłem napędzanym maszyną parową) - trasę około 27 kilometrów, z prędkością 8 kilometrów na godzinę. To usta jego syna powiedziały mu, że dla samolotu bezpieczny dystans od centrum burzy to około 40 kilometrów, na wysokości przelotowej woda wrze już w temperaturze 94 stopni Celsjusza i co 4 sekundy gdzieś na świecie startuje jakiś samolot.

Syn już nie zamykał owadów w szklanych słoikach i nie oglądał ich skrzydlatego tańca z Tanatosem: „Zrozumiałem, że one też chcą tego samego, co ja, tato – z powagą w głosie oznajmił ojcu pewnego dnia. – Chcą być wolne, nieograniczone przestrzenią i czasem. Chcą snuć się po niwie beztroskich westchnięć, a gdy przyjdzie ich koniec życia – odejść do wieczności pod swoim ulubionym załomem skalnym, w cieniu zielonego liścia, a może nawet upajając się narkotycznym zapachem, wydobywającym się z wnętrza kwiatowego kielicha”.  Wówczas po raz pierwszy w życiu ojciec usłyszał jak syn mówi o własnej śmierci. Czyżby już wtedy coś przeczuwał, był po szczerej rozmowie ze swoim aniołem stróżem, który uchylił mu rąbka tajemnic przyszłości?

To mniej więcej w tamtym okresie pojawiły się na ścianach jego pokoju pierwsze plakaty, które stopniowo pożarły każdą wolną przestrzeń. Centralne miejsce na ścianie zajmowało olbrzymie zdjęcie sokoła wędrownego, przy którym chłopak wykaligrafował starannie dodatkowe dane: „To najszybszy organizm żywy na Ziemi! W locie pikowym rozwija prędkość przekraczającą nawet 320 kilometrów na godzinę. Jest zatem zaledwie tylko trzy razy wolniejszy od pasażerskich boeingów!”. Obok sokoła przykleił wizerunek innego ptaka – jerzyka, z ogonkiem niczym odrzutowiec. Przy nim również nie zabrakło dodatkowych informacji: „W locie rozwija prędkość do 120 kilometrów na godzinę! Na ogół szybuje na wysokości około 2,5 tysiąca metrów, mogąc pozostać w nieprzerwanym locie przez dwa do trzech lat. W tym czasie zbiera owady, pije krople deszczu, kopuluje i śpi. Badacze zaobserwowali kiedyś jerzyka, który żył przez 18 lat i zdążył w tym czasie przelecieć 6,5 miliona kilometrów! Odpowiada to ośmiokrotnej odległości na Księżyc i z powrotem”.  Najpóźniej na ścianie pojawiła się fotka gołębia pocztowego, a przy niej dopisek: „Tego się po nim nie spodziewałem! Nie dość, że bystrzak lata nawet do stu kilometrów na godzinę, to na dodatek potrafi powrócić z odległości dochodzącej do 2 tysięcy kilometrów! I to jak szybko! Gdy tylko dopisuje mu pogoda, w jeden dzień może przelecieć nawet tysiąc kilometrów, skubany!” .

Syn pragnął latać, wzbić się ponad przeciętność. I w pewnym sensie to mu się udało: nie żyje zwyczajnie, spokojnie. Jego egzystencja to rozpaczliwy lot w dół, ku ostrym kamieniom i głazom. Ojciec - wraz z tą myślą, ucieka z własnych wspomnień. Niech dalej leżą już szczelnie zamknięte w walizce, schowanej gdzieś na strychu niepamięci. I oto jeszcze tylko przez chwilę słowa kołyszą go w bezpiecznym kokonie sentymentalizmu i nostalgii. Skrzypią drewniane bieguny tej prowizorycznej kołyski, kokon łagodnie huśta się w przód i w tył, w przód i w tył, w przód i w tył…

Z rozmyślań wyrwa go przejmujący wrzask syna:

- Rosną tato, rosną! Czuję je wyraźnie, właśnie się wybijają… Yyyyyyyyy!... Jak to boli, jak to cholernie boli!

- Spokojnie mały, spokojnie – głos ojca nie drży bezradnością, nie może sobie pozwolić na taki komfort jak przyznanie się do bezsilności. – Już chwytam w palce golarkę, o tak i golę je, dokładnie, co do jednego.

- Patrz uważnie!! – nakazuje syn, drżąc konwulsyjnie i pocąc się na całym ciele, przymusowo umieszczony przez los za kratami swego cierpienia. – Nie przeocz ani jednego! A potem pinceta, obowiązkowo!

Ojciec kiwa głową. Och, jakże dobrze zna rytuał codzienności ze swoim sparaliżowanym jedynakiem! Hipnotyzuje go kolejno wykonywanymi zabiegami, a ich rutyna działa na syna jak kojące dawki przeciwbólowej morfiny. Chłopak ponownie zasypia, wydepilowany z histerii.

Dedal i Ikar, stary - coraz słabszy ojciec i jego trzydziestoletni syn. Z jaką trwogą odtwarzał sobie często w pamięci ten poznany w szkolnej ławce mit. Trząsł się z przerażenia, bo pamiętał jego zakończenie: Dedal przeżył, a syn zginął. Choć był młodszy, szybciej płynęła w nim krew, a oko lepiej ostrzyło, przyglądając się niebezpieczeństwom. Paradoksalnie zabiła go młodość i entuzjazm, zbyt wiele wiary pokładał w moc swych skrzydeł, zrobionych z piór i wosku. Jak w tym wierszu Zbigniewa Herberta – „Dedal i Ikar”.

A przecież według wszelkich zasad prawdopodobieństwa – Ikar nie powinien zginąć. Nie on, nie tak. Czytał gdzieś, że ryzyko wypadku lotniczego wynosi 1:8 milionów. Oznacza to, że gdyby nawet Ikar codziennie wybierał jeden przypadkowy lot w dowolnym kierunku, zginąłby w jakiejkolwiek katastrofie lotniczej dopiero po upływie 21 tysięcy lat. O ironio losu! On jednak zginął podczas pierwszego lotu, lotu ku wyzwoleniu i stabilizacji. Co na to zasady prawdopodobieństwa? To tak, jakby wygrał śmierć w totolotka - kumulację nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Do kosza z tymi wszystkimi obliczeniami matematyków, stertami papierzysk zapisanych trudnymi do odszyfrowania cyferkami! Jego syn też był takim wątpliwym zwycięzcą w tej grze losowej z przeznaczeniem: uległ wypadkowi podczas swojego pierwszego skoku ze spadochronem. Leciał właśnie „Antkiem”, czyli kultowym samolotem An-2, już miał wstać z siedzenia, by po wcześniejszym przeszkoleniu, oddać swój pierwszy prawdziwy skok z wysokości 4000 metrów. Nagle jednak poczuł, że coś dziwnego dzieje się z jego nogami. Nie mógł wstać, jakby ktoś zamurował go od pasa w dół w zbrojonym betonie. Już nigdy nie skoczył ze spadochronem, skoczył raczej prosto na oddział szpitalny. Z „Antka”, gdy ten wkrótce przymusowo lądował, wyniesiono go już na noszach, prosto do wnętrza karetki na sygnale. A potem naświetlano i nakłuwano, cięto i rozpruwano, próbując dociec przyczyny niespodziewanego paraliżu. Kto szuka, ten znajdzie: zwinięta w kłębek, przykryta bezpiecznie kopułą czaszki – siedziała sobie w jego głowie śmiertelna choroba. Zabójczy tętniak. Od tego wyroku lekarze nie przewidzieli apelacji, nie widzieli sensu w operowaniu i podawaniu naczynia nadzieją. Zostali całkiem sami: ojciec, syn i choroba. Postępująca, wgryzająca się w miąższ synowskiego ciała i trawiąca je w ekstazie, aż do pierwszych mdłości z przejedzenia, aż do fazy bekania i wymiotów.

„Uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić” – chyba tylko chichot losu sprawił, że od tego czasu syn ciągle latał: w jego głowie bez ustanku obracały się śmigła diabolicznego helikoptera, pilotowanego przez demona choroby. „Fantasmagoria to tylko – czy realny byt, wykradający z klepsydry życia syna ostatnie ziarenka piasku?”- dumał ojciec.

- Tato, tato! Proszę, uratuj mnie! Znów rosną, znów je czuję! Już przebijają skórę, zaraz będą na powierzchni ciała! Broń mnie, weź golarkę, pincetę! Ta… to! Ta…to! Ta…

Helikopter w czaszce syna znów wiruje niebezpiecznie, kołysze się, przechyla na boki. Otępiałemu z przerażenia mężczyźnie wydaje się, że oszalałe śmigła choroby wyrywają kawałki jego mózgu i rozrzucają je bezwładnie wokół łóżka. Wysoka gorączka zaprószyła w głowie pożar, który wypala ostatnie myśli, stojące na posterunku świadomości. Czuje, że tym razem one wyrosną, lotki przebiły skórę pleców. Wyrastają pokrywy, sterówki, pióra pudrowe i puchowe. Wykształca się stosina, chorągiewka, przypiórko i dudka. Pióra wydobywają się z czeluści ciała - piękne i dumne, a on zaraz bezpowrotnie odleci. Przez kilka boleśnie szczęśliwych sekund unosić się będzie w przestworzach nieskończoności, ale ciężar sparaliżowanego ciała ściągnie go w dół. Niepełnosprawny Ikar zginie.

Ojciec uświadamia sobie, że tym razem się spóźnił. Nie ogolił, nie wydepilował, nie wyskubał pincetą. Czerwone, ropiejące pęknięcia szybko pojawiają się na łopatkach, bulgoczą gotującą się mazią - niczym gejzery śmierci. Z każdego z nich wysuwa się ostra forma, przypominająca szpikulec. Twory rosną ku górze, zmieniają kształt i rozrastają się w potężne pióra, by w końcowym rezultacie uformować się w gigantyczne skrzydła. Anioł śmierci, schizofreniczna osobowość mnoga - wykluwa się z kalekiego ciała, suszy przez moment wilgotne pióra, a potem zabiera duszę, która marzyła, by latać w egzosferze wolności.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież