Rafał Jaworski - Stare gazety na strychu pod stuletnimi gontami (1)

Wspinam się po stromych, drewnianych schodkach, kichając zawzięcie (uczulenie na wiekowy kurz i plewy zbóż) i niebawem czytam w oprawionym w płótno, steranym palcami czytelników „Tygodniku Ilustrowanym" z dnia 3 kwietnia roku 1909: -  „…słuchałem Pergolese?a, a jedyną treścią tej przeczystej żałoby jest oto ta wilgoć na powiece. Lecz łza wysycha rychło, a Pergolesi trwa wiecznie. Zdumiewająca, nieprawdaż kontrowersja treści a formy?" (…) i nieco dalej: „I tak zawsze: kto umie czuć i czucia swe pamięta, ten przypomni, ile to treści przeróżnych  niosły mu te same ukochane formy – lub jak ta sama treść wiekuista błyskała mu promienną twarzą coraz to innej formy."[i] Dla takich przeszłych  konstatacji warto na strych się wspinać i odbyć tam solenną sesję efektu alergii. Winno się pisać dla treści poprzez formę – przytakiwałem wielokrotnie tej tezie. I znajduję sprzymierzeńca wśród poetów z górnej półki kontrowersji. Ezra Pound uważał, w najważniejszym okresie swej twórczości, treść za nadrzędną rzecz. Znaczy, że ważniejsze jest „co", niż „jak". Są i inne przesłania autorytetów. Tadeusz Różewicz (niewątpliwie nihilista) usilnie optował za tezą, że zagadnienie formy jest centralne dla sztuki poetyckiej. Niech mu „ziemia Wang" lekką będzie.



To jest naprawdę stary dom (oklejony sprytne styropianem), w leciwej mieścinie   o miejskich ambicjach i braku możności tychże ambicji realizacji. Podlega nadzorowi Śląskiego Konserwatora Zabytków, ale to przypadek spowodowany wolą ludzi, którzy chcieli lepszej opieki zdrowotnej i do tejże terytorialnej przynależności skwapliwie się zapisali. Tu kończy się, na przysiółku Dębowa Góra, szeroki tor, którym pociągi woziły na Hutę Katowice rudę z  Sowieckiego Sojuza, ale dynamicznego rozwoju ten fakt nie generuje. „Szeroki tor" to lokalne hasełko wyborcze. Miasteczko jest małopolskie z genezy i wyglądu (owalnicowy układ uliczek wokół rynku), a króluje tu ideowe zamieszanie: -  tradycjonalizm rodem z  miasta biskupów krakowskich, które wiele zawdzięcza Księciu Ignacemu Kajetanowi Sołtykowi (pierwszemu Sybirakowi) i zaprzedanie praktyczne ideom Czerwonego Zagłębia.

Ciasnymi schodkami obok pieca chlebowego, którego smak wypieku jeszcze plącze się na moim podniebieniu, wchodzi się potykając o tajemniczość, na pułap ponad powałami parteru. Poręcz schodów jest drągiem sosnowym tak wypolerowanym przez dłonie pokoleń, że jest jak szlifowany marmur nagrzany ponad ciepło ludzkiego ciała. Aktualnie „mój" strych jest ograbiony z zabytkowych mebli, naftowych lamp, nawet z podków dla perszeronów, z patefonów i z większej części przedmiotowych gazet, które za czasów niemieckiej okupacji służyły do palenia w kaflowych piecach. Natomiast w starych pudłach po telewizorach odnalazłem relikwie: - błogosławionej Anieli Salawy (fragment prześcieradła, który posłużył do ekshumacji Jej szczątków w 1949 r.) i cząstkę welonu, którym otarto, w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, twarz ikony Matki Boskiej Częstochowskiej. Te relikwie przemierzają ze mną przełomy naszych dróg. I ani drgną. W przeciwieństwie do elementów zawieszenia samochodu.

Babcia zmarła w 1966,  24 kwietnia – pamiętam, wtedy był to jakiś dzień szczególnego sojuszu PRL-u z  Sojuzem, czy Układem W-wskim. Dziadek, zasnął dla wieczności jako emerytowany intendent wiedeńskiej kolei 6 grudnia 1943 r. To jego pasjom zawdzięczam te przetrzebione zbiory. Jeszcze w roku 1914 był robotnikiem kolejowym, zaliczył spory awans społeczny.

Mam wielką estymę dla tych gazet oprószonych i zetlałych strukturalnie od mrozu i upału, poddanych obróbce termicznej i temporalnej. Tam spotykam się z ludźmi, z ich myślami, fascynacjami, uprzedzeniami. A byli inni niż ja i ich inność zmienia moje wyobcowanie. Wyrażał te stany Janusz Kotański: - „i będziesz dziwił się / bez końca/ stykając się z nimi/ dopóki nie zrozumiesz/ że inni są inni"[ii]. Poeta odnosił te słowa do osób mu współczesnych, a więc jak się to ma przeszłych? Na pewno uczucia przemieniającej obcości i zarazem wspólnotowości są silniejszej natury. Mój strych pod gontami i ta papa, które je aktualnie przykrywa, tworzą pewien inkubator myślenia wbrew promowanym anty-wartościom. Stare gazety uczą pokory i uczą, że należy ćwiczyć pamięć. Ich percepcja daje moment zastanowienia, wręcz  jego długie przystanki w procesie wysokogórskiej wspinaczki i jednocześnie dystans do tego przystanku, do zostawianej za plecami doliny, do  pożądanego szczytu.  Muszę też powiedzieć, że wiele jest tam „makulatury" mojego nabytku i wstrętu do anihilacji drukowanych zapisów. I że one też zadziwiają zmianą perspektywy patrzenia, stają się ponownie źródłem stosunku do świata w okresie życia jednego człowieka.

I tam wśród smaczków pozytywnych, budujących lub zmuszających do bólu refleksji, znalazłem smaczek inny: -  „Literatura Radziecka" maj 1977 5(335) Moskwa. To zwykły przedruk sowieckiego pisma. Otwieram: chybił, trafił… i chyba trafił… Bo chyba w tym piśmie „nie trafić" to trudne zadanie. Pole do trafienia jest ogromne jak CCCP  i bezbrzeżne jak cierpienie jego niewolników.  W dziale „wspomnienia" czytam: „Już w latach dwudziestych, rozmyślając o nowym człowieku, pionier literatury radzieckiej Maksym Gorki z dumą i radością mówił, że w łonie ludu,  „z jego krwi i ciała wyrosła, ukształtowała się armia ludzi absolutnie niezwykłych, którzy zajmują każde u nas odpowiedzialne stanowiska bojowe obok starych bojowników klasy robotniczej…" Znamy wartość ich działań dla społeczeństwa  polskiego, najpierw Kon, Dzierżyński, Marchlewski w Wyszkowie; środowisko KPP, czyli protoplaści mentalności braci Michników; potem Bierut, Światło, Piotrowski, Kiszczak; nieznani mordercy księży Suchowolca i Niedzielaka na otwarcie „w ciemno" obrad okrągłego stołu. „Ciemno" to było dla tzw. strony społecznej z dwoma biskupami włącznie. „Ciemno", czyli naiwnie, albo i nie do końca. Zauważmy: jak mocne musiało być parcie strony „solidarnościowej", że przełknęła przed obradami dwa morderstwa księży z pierwszej linii obrony wiary!?

Nie tylko gazety są na strychu intrygujące. Snem zimowym zalegają też  książki    i broszury. Np. pyszne poligraficznie „Zagadnienia leninizmu" autorstwa Józefa Stalina z roku 1949, czyli z tego samego kiedy ekshumowano Bł. Anielę Salawę. Równoległe rzeczywistości, które nie zetkną się nawet w nieskończoności. A na „Zagadnieniach …" dedykacja: - „Za pierwsza lokatę na kursie kasjerów towarowych ofiarowuje Jaworskiej… Zarząd Okręgowy ZZK we Wrocławiu".  Dalej okrągła pieczęć zarządu i stosownie opatrzone pieczątkami podpisy.  Jeszcze wtedy na pieczęci okrągłej  widniało miano „Rzeczpospolitej Polskiej", a nie PRL-u. Nazwa późniejsza jest zasługą „Językoznawcy" Generalissimusa, który Polsce powojennej  napisał konstytucję. Oczywiście najbardziej znanym tekstem z tego wyboru jest „O odchyleniu Prawicowym w WKP (b)" z roku 1929. Teoretycznie tego nie da się czytać. Czuje się zakłamanie totalne, krew współbraci i ich los w Łagrach, na Łubiankach. A jednak coś przymusza, prowokuje, żeby zacytować jakiś fragment: „Przypomnijcie sobie hasła, które partia wysunęła w ostatnich czasach w związku z nowymi przesunięciami klasowymi. Mówię o takich hasłach, jak hasło samokrytyki, hasło zaostrzenia walki z biurokratyzmem i oczyszczenia aparatu sowieckiego, hasło organizowania nowych kadr gospodarczych i kadr czerwonych specjalistów, hasło wzmocnienia ruchu kołchozowego i sowchozowego, hasło ofensywy na kułaka… Niektórym towarzyszom te hasła wydały się karkołomne i oszałamiające." I tu zapach krwi i śmierci był realny; w biurokratycznej hiper-obłudzie ziścił się szybko.

Obok tego monstrum spoczywają numery „Bluszczu",  feministycznego pisma z  okresu międzywojennego.  I znowu stosuję metodę chybił-trafił. I trafiłem na zagadnienie nierządu z roku 1926. Pani H. Ceysingerówna (z  pisowni nazwiska wynika, że Panienka) wyłuszcza: „Raz po raz czyta się w różnych pomniejszych, świeżo zrodzonych tzw. organach prasy energiczne wezwania lub pytania pod adresem policji: dlaczego nie uprząta się prostytutek z pryncypalniejszych ulic miasta… A co ciekawsze, zaczynają kursować wersje, że w sferach policyjnych przeważą obecnie pogląd, iż celem ukrócenia rozzuchwalonego świata nierządnic i ich przyjaciół należy… no, ni mniej ni więcej…  tylko wskrzesić instytucje domów publicznych!... (…) Wiemy, że policja w Polsce bardzo  źle przyjęła rozporządzenie o zniesieniu domów publicznych, domów schadzek itp. Policja lwowska przeciw zarządzeniu wniosła nawet protest w r. 1922. Tak się to wydawało niemożliwe, niepojęte i niewykonalne. Policja warszawska ma pośród siebie dotąd bardzo dużo elementów, wyhodowanych w tradycjach rosyjskiego reżimu. Nie dziw, że w głębi duszy zachowała przeświadczenie, iż system dawny regulowania nierządu, był jednak lepszy, łatwiejszy do wykonania. Nie bierze się pod uwagę jednej drobnej rzeczy, a mianowicie, że rządy rosyjskie w Polsce popierały szerzenie się nierządu; rozpusta młodzieży była im na rękę, bo odciągała tę młodzież od polityki, bo wysuszała w duszach jej źródła idealizmu i ideowości, bo fizycznie  degenerowała pokolenie za pokoleniem. Dlatego pod rządem rosyjskim domy publiczne miały państwową rację bytu, i dlatego dla młodzieży akademickiej z rozporządzenia policji zniżono tam opłaty…"[iii]

No i teraz wnioski dla współczesności: - kwestia słowna. Zmieniono nazwę „dom publiczny" na „Agencję towarzyską", co brzmi dumnie i biznesowo, choć „Agencja" jak „dom" jest brudnym interesem. Czyli i tu polityczna poprawność zakłamuje rzeczywistość w kierunku permisywizmu i absolutnej względności wszystkiego wobec wszystkich. „Dom" brzmi ciepło, a kiedy przyklei mu się określenie „publiczny" traci walor. Dlatego „Agencja".  Z przeszłego cytatu wynika, że w policji nie przeprowadzono sanacji, lustracji i nie odcięto instytucji od wpływów azjatyckich. Jak i teraz, po stoliku     z Magdalenki, nieco okrągłym, a zbudowanym na szeregu kantów.  Oczywiście i obecnie artykułowane są żądania zwinięcia z poboczy dróg tzw. tirówek. Do tego jednak policja się nie garnie. Przeszła autorka z przekąsem pisze o organach prasy, które chcą kreować rzeczywistość i nie widomo kto stoi kapitałowo za ich sugestiami. Nic dodać, nic ująć – tak jak obecnie, te same mechanizmy, choć mniejsze ich natężenie. Epatowanie prawdą    z jednej strony, a kiedy staje się  niewygodną następuje inspirowany proces jej rozcieńczania dezinformacją.

„Bluszcz", który cytuję, we wspomnianym wyżej roku 1926 miał lat LIX, był pismem wartościowym i rozważnym w swej nutce feministycznej. Nie chciał jak gender wykoślawiać świata rodziny i roli społecznych, a jedynie promował mądre prawa i zwyczaje (nie tylko ustami kobiet pod pseudonimem). Dobrze by było, aby te numery miesięcznika przeczytały panie Środa, Szczuka, koło Krytyki Politycznej, Palikoty, czy  inne zwariowane nowatorki i rewelatorzy. Żeby poczytali członkowie Koła naukowego Studiens Gender Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Gender nie jest nauką, a realizacją założenia ideologicznego. I tu rola Rektora winna być stanowcza (ale nie przeprowadzono lustracji akademickiej wierchuszki, jak i sędziów, prokuratorów…).  Ośmieszanie Jagiellonki winno być karalne z mocy prawa. Począwszy od Stanisława ze Skarbmierza, Mateusza z Krakowa, poprzez Pawła Włodkowic wszyscy rektorzy zapewne przewracają się w grobach… Franciszkowi Ziejce może być to obojętne.

Na marginesie spraw feministycznych przytoczę  rekapitulacje z roku 1994: „W prasie feministycznej na zachodzie są z dużą częstotliwością publikowane artykuły z bijącymi w oczy tytułami: Rosjanki chcą wolności! czy Kobiety rosyjskie bijcie pięściami w drzwi życia publicznego!"[iv] Nie jestem rusofilem. Uważam ten naród za wiernopoddańczy, pełen niewolników rodem ze spuścizny Bizancjum, dla których car jest Bogiem, choćby był pułkownikiem zbrodniczej KGB. Nie widzę w duchu tego narodu szerokości stepów i tajg, otwartej duszy i jakiejś szczerej otwartości na drugiego człowieka. Tylko samobójcze przyzwolenie na wszelkie zbrodnie i pychę maluczkich z rozmiarów tych zbrodni. Nawet Dostojewski siał prymitywny antypolonizm. Ale tu odczytuję jednak pozytyw. Ofensywa feministycznych bzdur jest w Rosji hamowana. Jak udowodniły mityngi w Soczi feministki „nie mają nic konstruktywnego do zaproponowania  rosyjskim kobietom. Tym bardziej w sytuacji, kiedy bezsporną wartością dla Rosjanek jest swobodny dostęp do dóbr konsumpcyjnych, a mężczyzna nie jest ich ciemiężycielem. Chcą chodzić w powłóczystych sukniach, stąpać w pantofelkach z giemzowej skórki.  Chcą pić likiery, szampany…"  32-letnia działaczka Nency Gibson wyjeżdża z Soczi z przekonaniem: „Teraz się nie udało, ale za jakoś czas się uda. Te miliony rosyjskich kobiet, to wielki kapitał dla naszego ruchu. A na razie same będziemy walczyć o ich równouprawnienie." Dwie dekady lat upłynęły. Efekty mniej niż mizerne. Pantofle z giemzowej skóry, złote deski sedesowe, smak likierów zwyciężają w krainie rabów. Euforia po aneksji Krymu zaświadcza o rzetelności moich przekonań.

Dla kontrastu przytoczę dwa listy mojego przodka z 1899, które przetrwały pod przeciekającymi w ulewach gontami. Naprzód pierwszy chronologicznie list do narzeczonej z dnia 18 kwietnia, pełen czystego oddania i zauroczenia:

 

Sercem Najukochańsza Panno Anielo!

Spowiadając się z uczuć, jakich doznawałem, tęskniąc za wieścią, a otrzymawszy te parę słów, składam za nie szczere dzięki. Brakujących słów w treści trudno mi się domyśleć, gdy serce posłusznym zawsze mi nie jest: potrzebny balsam pociechy, choć skromny i mam nadzieję, że wkrótce do olbrzymich rozmiarów wzrośnie, jeżeli zechcesz choć jeden tajnik serca Twego w liście oczekiwanym dorzucić. Godziny od chwili ostatniego widzenia do obecnej chwili policzyłem, a do naszego przyszłego widzenia liczyć z niecierpliwością będę, w przekonaniu, że Bóg Najwyższy pozwoli szczęśliwie przy zdrowiu Ciebie Najukochańsza powitać wraz z Czcigodną Rodziną czule uściskać i ucałować Was. Jednakże czekać będę wieści o wszystkim, co u Was się dziej, gdyż dzisiaj przywłaszczyłem sobie to prawo być myślą i sercem z Tobą i Rodziną Twą: daj Boże nazawsze.

Całuje Twe rączki szczerze kochający Cię nazawsze

Twój

Jan

 

Niewiele ponad miesiąc później Jan napisał list to rodziców,  przyszłych teściów w tonie poruszającym (oczywiście rozumiem konwencje wtedy obowiązujące, może i sztywne, ale nie opresyjne i lekceważące autorytet rodziców):

 

Czcigodni, Najdrożsi Rodzice!

Za szczere, okazane waszej dobroci słowa, należy się ode mnie najwyższe podziękowani; upojony szczęściem, nie znajduję w mej wyobraźni doboru słów, aby godnie, co duch mój odczuwa, wylać przed Wami, co jest najślachetniejszego. Przyjmijcie choć skromne lecz szczere podziękowanie za tak wzniosłe życzenia, któremi dusza ma pieści się tak, jak ideałem, o którym do tej pory nie miałem pojęcia. Odczuwam dziś, że znalazłem szczerych przyjaciół – drogich Rodziców, dla których pozwoli mi Stwórca Najwyższy ubłagać o chojne łaski, za okazaną dobroć dla mnie. Wdzięcznością przejęty, pragnę być zawsze godnym Wasze miłości i życzliwości.(…)

Można wybrzydzać, że to były inne czasy i że taki patos nie przystoi współczesnemu człowiekowi, który zrozumiał, że prawdziwa czystość uczuć jest nieosiągalna i jej emisja trąci hipokryzją do sześcianu. Ten ton przynależy jeszcze do epoki fe de siecleu. Można jednak zachwycić się dosłownością uczuć i prostotą ich wyrażania. Skany tych tekstów wskażą też na sztukę kaligrafii, a poprzez nią pośrednio na równowagę duchową piszącego.

W połowie XX-ego wieku Czesław Miłosz pisał:

„Wolno nam było odzywać się skrzekiem karłów i demonów

Ale czyste i dostojne słowa były zakazane

Pod tak surową karą, że kto jedno z nich śmiał wymówić

Już sam uważał się za zgubionego."

Trudno to w ogóle komentować, rozwijać wątek, w kontekście listów Jana. Rozdźwięk miedzy tzw. światem opiniotwórczym, a ludzkim życiem jest kawonaławiczny.

Wróćmy do prasy bieżącej okresu międzywojennego. Napotykam numer krakowskiego „Ilustrowanego Kuryera Codziennego" z dnia 26 października 1924 r.

Numer otwiera tekst „Gdy wraca na Ojczyzny łono…". Chodzi o sprowadzenie szczątków zwłok H. Sienkiewicza, które to wzbudziło narodowe uniesienie. W korespondencji z Vevey (miejsca pierwotnego spoczynku pisarza) z dnia 19 października reporter „Kuryera" pisze: „Na czystym  niebie lejące powódź światła słońce blaskiem swym przenika wody Lemanu, nadając im tę nieprawdopodobną przeźroczystość i koloryt. Ciche i pozbawione w tym sezonie turystów Vevey przybrało się w całą krasę uroku krajobrazu Szwarcaryi. (…) Widzę w oczach życzliwość…"   Nieco wyżej czytam w zakończeniu innego  artykułu: „Powieści, choćby tak doskonałe jak Quo Vadis", cieszą się przez pewien czas olbrzymią poczytnością; potem moda przechodzi i wędrują na póki bibliotek. Epopeje, jak „Iliada", „Odyseja", „Jerozolima wyzwolona", „Pan Tadeusz", stają się własnością całego narodu, stają się winem duchowym, którem wszyscy się posilają po trudach codziennych, by nie stracić wiary, że nie samym chlebem człowiek żyje." A teraz, po dziewięćdziesięciu latach od tej refleksji, w sposób także administracyjny, chce się odciąć nas, czyli naród od tego „duchowego wina", stawiając na prowokatorów i prześmiewców, także lobby LGTB. Akurat te słowa dopisuję do tekstu w dzień kanonizacji Jana Pawła II. Ta postać – Jej myśl i czyn - jeśli nie niweczy, to w dużym stopniu amortyzuje zamysły antynarodowych pseudo-globalistów na terenie Polski. Tylko czy na dłuższym dystansie ten wpływ nie stanie się coraz bardziej iluzoryczny, pozbawiony smaku konkretu, jak choćby oddziaływanie św. Andrzeja Boboli, a nawet św. Maksymiliana Marii?

Dziennikarze tamtych czasów byli trzeźwi politycznie, zdrowo patriotyczni. Zauroczenie odzyskaniem niepodległości i jej cudowna obrona nie usypiała Redaktorów prasy jak to jest obecnie. Po całej sekwencji artykułów o twórczości i peregrynacji autora „Latarnika" widnieje tekst otrzeźwiający, faktograficzny o sojuszu niemiecko-sowieckim na długie lata przez paktem czwartego rozbioru. Przytoczę fragment niewielkiego, ale dobitnego tekstu: „Rewelacje o wspólnych ćwiczeniach floty sowieckiej i niemieckiej": „Przebieg ich miał miejsce 12 mil od linii Hel – Rozewie. Dnia 5 września przybyła tam flota sowiecka w składzie 9 okrętów wojennych. Nazajutrz dnia 6 września pojawiła się flota niemiecka w składzie 3 okrętów liniowych, 4 krążowników oraz 18 torpedowców;  razem 25 okrętów wojennych." (…) Urządzenie tych ćwiczeń dla nikogo nie może uchodzić za przypadkowe". Tak to już wtedy ościenne mocarstwa zaborców, które poniosły klęskę w I wojnie szykowały się do odbudowy swej „wielkości" poprzez wspólne zawłaszczenie terytorium Polski. Na początku XXI wieku ich stosunki są sojusznicze, mimo pozornych kontrowersji dyplomatycznych w sprawie rozbioru Ukrainy, której gwarantowano integralność za rezygnację z broni atomowej. Nie jestem fanem OUN-UPA, ale to jest świadectwo nic nie wartych gwarancji układowych. Liczy się siła i interes.

Poza tym w „Kuryerze" z roku 1924 pospolita reklama to 45% pisma –  jak   w „Wyborczej", ale bez ogłoszeń rządowych i samorządowych, tzn. łapówki „władzy" dla redagujących pismo. Reklamy z tamtego okresu brzmią dziś częstokroć egzotycznie, np.: „Poszukujemy 1 wagon MAKU niebieskiego".

Na początku XX-ego wieku nastąpił gwałtowny wzrost zainteresowania zjawiskami nad-przyrodzonymi, często jednak w dość sztucznej ekspozycji. Była to naturalna reakcja na zmurszały pozytywizm,  zachowawczy wobec możliwości indywidualnego rozwoju człowieka, anty-metafizyczny z zasady, konsekwentny praktycznie, o woni nieco pruskiej. Człowiek pragnie być także „aniołem", a w każdym razie może uczestniczyć w tym, co jest ponad nim w sensie duchowym. Spirytyzm i pokrewne formy tych trendów typu metapsychiki czy teozofii były na topie. Nawet na Sorbonie, w racjonalistycznym do cna Paryżu,  prowadzono doświadczenia w sferze fenomenu ektoplazmy, czyli materializacji nieznanego, które w formie ciała płynnie-stałego wydobywa się z medium (ludzkiej istoty). Oszczędzę sobie i czytelnikom okoliczności i przytoczenia wyników tych badań, bo uwłaczają rozumowi, który jest w stanie przyjąć mistyczne konotacje z Boskimi Energiami bez rozterek poznawczych, ale czystego szalbierstwa już nie. A „Uczony dominikanin O. Maince pisze: „…są stoły, które się ruszają i mówią. Pismo automatyczne nie jest imaginacyą. Ukazujące się zjawy nie zawsze są rezultatami halucynacji, a materializacje nie są tylko chimerami."[v] Cytowany wyżej EFPE (mieszkaniec mojego strychu), czyli Franciszek Salezy Potocki herbu Pilawa, był znawcą trendów spirytyzmu i jednocześnie, co może dziwić, legionistą od Piłsudskiego, żarliwym rzymskim-katolikiem, funkcjonariuszem przedwojennego BBWR; człowiekiem o szerokich perspektywach myślenia i wielowątkowych kontaktów osobowych.

Okultyzm był szeroko komentowany i przedstawiany w cytowanym już wcześniej „Tygodniku Ilustrowanym".  Bolesław Mikulski w roku 1910 pisał (w cyklu artykułów): „(…) ruch spirytystyczny, będący zbawienną  i nieuchronną reakcją przeciwko wszechwładnie panującemu materyalizmowi, zatacza coraz szersze kręgi nie tylko we Francji, ale i na całym Zachodzie. (…) Polska jak zwykle spóźniona, została zdystansowana i w tym kierunku już nie tylko przez Rosyę, ale nawet przez małe Czechy…"  Panie Boże! jednak nad moją Ojczyzną trzymasz prawie nieustannie palec Opatrzności. Intelektualista-klerk  tamtych czasów też był wpatrzony tępo, wierno-idiotycznie w trendy płynące z Zachodu. I na klęczkach. Na klęczkach podwójnych, jak wynika z cytatu, wobec zachodu i wschodu. Jak dzisiaj różne prezydenty, płemiery, naczelne gazet z naszej strefy.

Z ducha okultyzmu i pewnej rewizji naszych odniesień do łączności ze światem duchowym, na gruncie uwikłania człowieka w kontrowersję duch-ciało, wyrasta też „Kuszenie szatana" Jerzego Żuławskiego: „ A oto szatan, idąc ku ludnemu miastu, utrudzon był wielce, bo wieczór zachodził, a droga usłana była żwirem i ostrymi głazami. I spotkał człowieka cichego, co poselstwo niósł od Boga, Ojca wszystkiego porówno stworzenia; a ten go kusił mówiąc: Spocznij. I tobie pokój się należy…(…) Ale nie usłuchał Zły głosu słodkiego, jak cichy śpiew dzwonów o zmroku wieczornym, i poszedł… dalej, jak ów Wieczny Tułacz, od Boga przeklęty…"[vi]

Ten cytat-prezentację przytaczam ze względu na dobrą komunikację kulturową w tamtym czasie. Nie było elektronicznych listów, a recenzja z tomiku opowiadań wydanych nakładem Gebethnera i Wolffa w roku uprzednim w Krakowie jest komentowana prawie niebawem w Warszawie.

Te spirytyzmy, ezoteryzmy, kontra duch chrześcijaństwa wróciły w  tezach wyznawców New Age. Może już w trzecim millenium po Chrystusie ogół zapomniał jak wiele płonnych , a wręcz debilnych nadziei szerzył ten front ideologiczny,  nie mający nic wspólnego z racją i rozsądkiem. Świat ery Wodnika nie naszedł: ziemia nie zmieniła swoich osi, a wyznawcy New Age nie zostali uratowani przez kosmiczne statki. Muszą żyć dalej w stanie bydlęcego zniewolenia cywilizacją judeo-chrześcijańską modyfikowaną cyber-projektem i mediokracją. „W ezoterycznej tradycji znak zodiaku Ryby charakteryzuje się  czasem niepokojów, wojen, konfliktów, brakiem jedności, natomiast znak Wodnika zawiera pokój, pełną harmonię, jedność wszystkich elementów w kosmosie. Wodnik będzie złotą epoką. Wraz z upadkiem chrześcijaństwa nastąpi gwałtowny rozwój wielu dziedzin życia i działalności ludzkiej, (…) jak np. seksualizm, feminizm, ekologia, astrologia, praktyki magiczne z czarownictwem i wiedźmowstwem na czele."[vii] Po upływie czternastu lat nowej Ery nie widać jakichkolwiek przemian  pozytywnych, czy choćby euforycznego oderwania mas od rzeczywistości.

 

[i] Antoni Potocki „Przesąd treści i formy"; Tygodnik Ilustrowany" nr 14, 1909 r.

[ii] Janusz Kotański „wiersze", Wydawnictwo Przedświt 1991 str.55

[iii]H. Ceysingerówna „Wbrew opinii całego kobiecego świata", „Bluszcz" W-wa 20 listopada 1926 roku

[iv] Barbara Dohnalik „Dlaczego nie będzie w Rosji feminizmu": w „najwyższy czas nr 30; 1994 r.

[v] Cyt za: EFPE „W wirze ezoteryzmu" Kraków 1923

[vi] „Kuszenie szatana" GAMMA: w „Tygodnik ilustrowany" Nr 3 1911 r. nr 3 str. 57

[vii] Ks. Ryszard Tomczak „Bezdroża New Age", Zielona Góra 1994 str. 36

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora