Józef Herold - Przypadki Borysa Kupkina (10)

Rozdział XX

O tym, jak Boria ucieka milicyjnym samochodem i taranuje bazar

 

Tak jak rozkazał komendant milicji, tak też i stało się. Zanim jednak Boria trafił do milicyjnej izby dziecka, porwał służbowy samochód i wjechał nim do rzeźni.
A było to tak. W drodze do tej dziecięcej przechowalni dla zabicia czasu jeden z milicjantów zapytał Borię:
– Jak masz na imię?
– Konstanty – odrzekł Boria.
– O, to wielkie imię, a ile masz lat?
– Jedenaście – odrzekł malec.
– Ile? – milicjant aż przyhamował.
– Jedenaście skończę jesienią.
– A co ty Kostek jesteś taki mały? – zapytał drugi milicjant.
– To przez ojca – odpowiedział Boria.
– A ojciec też taki mały?
– Nie, tylko mi taki specjalny tran dawał, żebym nie urósł.
– Złożyłeś na niego skargę w szkole?
– Nie, bo ja do szkoły nie chodzę.
– A dlaczego?
– Bo ojciec mnie nie puszcza. Mówi, że tam są sami wariaci i zboczeńcy.
– No, Konstanty, ty coś wymyślasz. U nas nie można nie chodzić do szkoły.
– Można, można – odpowiedział Boria.
– Co ty gadasz. Przyjadą, zabiorą i siłą do ławki posadzą. Do tego jeszcze rodzice karę zapłacą za trzymanie dziecka w ciemnocie.
– Można, można – powtórzył Boria.
– Konstanty, ty wzrostu jesteś podłego, ale rozumowanie masz na piętnaście. a nie na jedenaście lat. Powiedz. jak ty to robisz, że nie chodzisz do szkoły.
– Mam żółte papiery.
– To pokaż te papiery.
– Nie mam, na targu sprzedałem, bo nie miałem co jeść.
– A za co dostałeś te żółte papiery?
– Za manię prześladowczą.
Kierowca zjechał na pobocze, stanął i zapalił papierosa:
– A co to za menda ta mania, pierwszy raz słyszę o takiej zarazie. Jakoś wyprysków na tobie nie widzę ani żółtych plam.
– Bo tego nie widać, to siedzi w głowie – odpowiedział Konstanty, czyli Boria.
– A kogo ty Konstanty prześladowałeś? – zapytał drugi milicjant.
– Głównie koty.
– A to ci heca. I nie ma na to lekarstwa?
– Pewnie jest, ale bardzo drogie.
– I co ty z tymi kotami robiłeś?
– Sprzedawałem.
– Komu?
– Rzeźnikom.
– Co? – milicjant aż się zakrztusił od dymu z papierosa.
– Rubelek za sztukę i na kotleciki – objaśnił Boria.
– No i kto to kupował?
– A to już tajemnica handlowa.
– Ty Konstanty mów po dobroci. kto zwierzęta mielił na kotlety, bo może i my jedliśmy te twoje koty.
W tym momencie drugi z milicjantów szybko wyskoczył z gazika i za chwilę słychać było jak długą serią wymiotuje.
– Tylko nie na koła Witia, świeżo umyte. Boże ty mój, aż strach słuchać, a co dopiero chorować na tę manię przestępczą. Czy są jeszcze jakieś inne objawy tej epidemii?
– Częste oddawanie moczu – odpowiedział Boria.
– Ale tam, głupoty pleciesz, co drugi mężczyzna musi raz na jakiś czas wyskoczyć, żeby się wypryskać.
– No tak – zasępił się Boria. – Ale z reguły robią to w ustępie albo pod drzewem.
– Ruszaj Stiopa – krzyknął Witia. – Bo my tego Konstantego do nocy nie deportujemy. Zjeby takie dostaniemy, że i mocz częściej będziemy oddawać.
Stiopa ruszył, ale dręczył go dalej problem choroby Konstantego, czyli Borii:
– A gdzie ty za przeproszeniem mocz oddawałeś?
– Dziadkowi do butli.
– A co o w tej butli miał?
– Bimber –odrzekł Boria.
– Stiopa stań prędko, bo mnie znów monity biorą – krzyczał Witia.
Stiopa zatrzymał się prosto na samym środku jezdni, ale i tak nie zdążył, bo Witia puścił pawia do wewnątrz samochodu. Trochę na deskę rozdzielczą, a trochę sobie na spodnie służbowe.
– Witia, co ty taki mało wytrzymały na bimber – zaśmiał się Stiopa.
– Ze szczynami to jeszcze nie piłem – odburknął Witia.
– Nie wiadomo – odrzekł Boria.
Kiedy wjechali do dzielnicy Rybaki, Boria zgłosił problem, że musi natychmiast zrobić siku i żąda zatrzymania samochodu.
– Tylko nie narób dziadkowi do bimbru – żartował Stiopa.
Kiedy Boria wyskoczył z samochodu,. milicjanci zaczęli zastanawiać się:
– Niezły ten liliput, jeszcze takiego agregata nie widziałem.
– Może przez tę manię łże jak pies.
– Kto go tam wie, trzeba uważać, żeby nam do baku nie naszczał, bo silnik zatrze i do raportu staniemy.
– Nie ma mowy, nie sięgnie.
– Taki z żółtymi papierami wszędzie sięgnie.
– Ja ci Stiopa mówię, pilnujmy go, mam przeczucie, że on nam coś wywinie, a wtedy i dwadzieścia lat służby nam nie pomoże.
– No właśnie, a gdzie on jest? Widzisz go?
– Stał tu pod drzewem przed chwilą.
– Gdzie tu? Tu nikt nie stoi.
Obaj wyskoczyli z samochodu i rozbiegli się na dwie różne strony.
– Masz go?
– Nie, a ty?
– Też nie. Dał nogę.
– No to mamy przerąbane, po premii, bez urlopu i kto tam jeszcze wie co innego.
– Nie panikuj, przecież się nie rozpłynął.
– Nie rozpłynął, ale może poszedł na kotlety.
– Ty sobie nie żartuj, bo zaraz nie będzie nam śmieszno.
Konstanty, czyli Boria, tylko na to czekał. Gdy obaj biegali po krzakach jak koty z pęcherzem, on wykaraskał się spod gazika, siadł za kierownicą i ruszył. Od dawna marzył, żeby pojeździć samochodem. Apetyt do motoryzacji rozbudził u niego stary Rozłumow, który miał przedwojennego ziła i dawał chłopakom na podwórku zrobić dwie rundy wokół brzozy. Za to dostawał jednego papierosa. Układ był prosty. Dzieciarnia podprowadzała rodzicom papierosy z paczki, Rozłumow miał co palić , a oni kręcili kierownicą naokoło drzewa, aż im żyły na czole wychodziły.
Boria robił największe postępy i dlatego stary Rozłumow pozwalał mu objeżdżać pomnik kołchoźnicy na placu przed cerkwią. I byłoby całkiem fajnie, gdyby Boria nie przeszarżował z prędkością. Nie wyrobił zakrętu i ził uderzył w wiadro, które od wielu lat trzymała kołchoźnica. Wiadro odpadło, a Boria uciekł z miejsca profanacji radzieckiej przodownicy. Zrobiła się niezła zadyma. Rozłumowa przesłuchiwano trzy dni bez wody chleba i światła, żeby się przyznał do amerykańskich inspiracji i wydał wspólników niecnej prowokacji antyradzieckiej. Skończyło się na konfiskacie ziła i roku ciężkich robót. Od tamtego czasu Boria nie siedział za kierownicą.
Teraz pędził samym środkiem Krymskiej, nie zważając na pieszych i obecność innych pojazdów na drodze. Najpierw potrącił rowerzystę w tylne koło, tak, że ten wyskoczył przez kierownicę i wpadł głową prosto w stragan z zieleniną. Potem skosił kilka skrzynek z kartoflami i rozjechał koszyki z czarnymi porzeczkami.
Przechodnie widząc, co się święci, uciekali do bram, a Boria z szelmowskim uśmiechem na twarzy przewracał kolejne skrzynki, bańki i wiadra. Zatrzymał się dopiero na drzwiach rzeźni. Na szczęście, nikogo nie było w środku. Bo i po co mieli tam stać, skoro na hakach wisiała od tygodnia ta sama zjełczała słonina. Sprzedawczyni, która na chwilę wyszła za potrzebą, myślała, że towar przywieźli. Kiedy zauważyła, że przód milicyjnego samochodu stoi niemal przy ladzie, trzy razy się przeżegnała zamaszyście i zemdlała.
Zanim Boria zdążył wyskoczyć z samochodu, zobaczył kilku milicjantów z kałachami gotowymi do strzału. Za dziesięć minut stał naprzeciw rejonowego komendanta milicji. Byli tam też Witia i Stiopa. Stali bladzi, bez butów, pasów i czapek. Znaczy się aresztowani.
– Ach to tego wielkoluda żeście eskortowali? To ten wyrosły bandzior uciekł wam i zdewastował nasz pojazd służbowy, że o straganach nie wspomnę.
Milicjanci nic nie odpowiedzieli.
– Poznajesz ich? – zapytał Borię komendant.
Boria pokiwał głową.
– Jak się nazywasz?
– Cezary Romanow.
– On się tak nie nazywa – próbował sprostować Witia.
– Stul pysk – skwitował krótko komendan.
– Cezary – pytał dalej. – Jak to się stało, że sam odjechałeś bez tych dwóch?
– Oni – tu Boria pokazał palcem na milicjantów – powiedzieli, żebym sobie posiedział chwilę, bo oni muszą skoczyć na jednego. Nie było ich długo, więc postanowiłem sam dojechać.
– Łże jak pies – krzyczał Stiopa.
Zamilkł jednak, kiedy komendant podszedł do nich.
– Nie dość sukinsyny, że na czas nie potrafiliście doprowadzić aresztowanego, to jeszcze w czasie służby spożywaliście alkohol – i podchodząc do Stiopy na pół kroku trzasnął go na odlew w pysk.

 

 

Rozdział XXI

O tym, jak Natasza ratuje życie Iwana Grockiego

 

Natasza od płaczu zasnęła przy stole z głową położoną na dłoniach. Zbudziło ją walenie do drzwi.
– Chryste Panie – wyszeptała. – Jeszcze i mnie wezmą.
Wyraźnie ucieszyła się, kiedy w drzwiach zobaczyła Afonię.

– A co to się stało, ktoś umarł? – zapytała Afonia.
– A czemu miał umrzeć – odparła Natasza.
– Oczy macie takie podkrążone jakby dwa dni temu był pogrzeb. Co się stało?
– Nieszczęście – załamała ręce Natasza. – Wszyscy aresztowani.
– Kto wszyscy!? – krzyknęła Afonia.
– Nie widzieliście? Mały Borys, średni Borys i stary Borys.
– A co oni zrobili?
– A żebym to ja wiedziała – Natasza zanosiła się od płaczu.
– Chodźcie sąsiadko do mnie – zaproponowała Afonia. – Co będziecie sami płakali.
W mieszkaniu Afonii było ciemno i oczy piekły od żrącego dymu.
– Coś się wam przypaliło? – zapytała Natasza.
– Nic się nie przypaliło, to mój Iwan cygara amerykańskie pali. Co mu będę żałowała, chociaż prawdę mówiąc i mnie żre w gałki. Wolę już to, niżby chłop miał gdzieś po babach chodzić.
– Iwanie, pozwólcie, że was poznam z moją sąsiadką – Nataszą. Ona przychodzi do Borysa, wiecie tego z dołu.
Iwan, który siedział na krześle i moczył nogi w misce, uśmiechnął się szeroko, pokazując trzy złote zęby na przedzie.
– Z Bogiem – przywitała go Natasza.
– Z jakim Bogiem – odparował Iwan. – Boga nawet w Ameryce nie widziałem, a co dopiero w tym zafajdanym kraju.
– Na litość Boga – wyjęczała Afonia. – Nie gadajcie tak głośno. Jeszcze kto usłyszy i was też aresztują.
– A kogo aresztowali? – zapytał Iwan.
– No właśnie tych z dołu: Borysa, jego syna i wnuka – odpowiedziała Afonia.
– To musi być jakaś bandycka rodzina – podsumował Iwan.
– Tylko nie bandycka – zastrzegła Natasza. – To jest pomyłka, oni są niewinni.
– Wiadomo, wszyscy są niewinni – ironizował Iwan.
– Oni są naprawdę niewinni. Mały Boria siedział pod murem i żebrał, ot i całe przestępstwo. Na to nadbiegli ojciec i dziadek. Chcieli go z tej pozycji odtransportować do domu, ale podłość ludzka nie zna granic i ktoś zawołał milicję.
– Adwokata macie? – zapytał Iwan.
– Uchowaj Boże, a do czego on potrzebny? – zdziwiła się Natasza.
–Jak to do czego, żeby ich z tej opresji wyciągnąć. W Ameryce nikt bez adwokata się nie rusza.
– Ale oni niczego nie zrobili, po co iść w koszty? Jeszcze sobie w komisariacie pomyślą, że oni rzeczywiście coś przeskrobali.
– Oj durny ten naród, durny – zamruczał pod nosem Iwan.
– Co tam mruczycie Iwanie? – zapytała grzecznie Afonia.
– Nic, mówię, że żyjecie tu dwadzieścia lat za Murzynami. O przepraszam, nie za Murzynami, bo tak w Ameryce gadać nie wolno. Zaraz by was za rasizm zamknęli.
– A widzicie, tam też za głupoty zamykają – odszczeknęła Natasza.
Afonia nie chcąc doprowadzić do eskalacji poglądów politycznych swojego narzeczonego i sąsiadki, podniosła nagle spódnicę i rzekła:
– Zobaczcie no Nataszko, jakie mi stilony mój Iwan przywiózł – okręciła się w kółko pokazując świeżo włożone cienkie pończochy.
– Tylko te gumki od weków zdejmijcie – zauważył Iwan.
– Nie zdejmę, bo mi spadną. Gumek od słoików przecież nikt nie zauważy, dupy obcym nie pokazuję – zarechotała Afonia.
– Podobają się wam? – Iwan zwrócił się do Nataszy.
– W życiu takich nie widziałam.
– A chcielibyście takie mieć? – zapytał.
Natasza spojrzała na Afonię, która dalej trzymając podniesioną spódnicę, stała jak wryta i nawet okiem nie mrugnęła.
– Nie wiem, czy wypada – jeszcze ciszej powiedziała Natasza.
– A co ma wypadać, każda baba lubi cienkie pończochy. Afonia daj sąsiadce jedną pończochę – rozkazał Iwan.
Ale Afonia dalej stała nieruchomo jak mumia egipska.
–Jak to jedną? – zdziwiła się Natasza.
– Bo drugą muszę podarować mojej siostrze, też jej się coś należy.
–To może ja swoje oddam – ze złością rzekła Afonia.
Wtedy Iwan podniósł się, wyszedł z wody omal miski nie wywróciwszy, pochylił się nad wielką walizą i rzucił jedną pończochę Nataszce:
– Włóżcie, zobaczymy jak leży.
Nataszy nie starczyło odwagi, żeby spojrzeć na Afonię, jednak powoli zaczęła wciągać na gołą nogę pończochę.
– Na dobrą wciągacie? – dopytywał się Iwan.
– To wszystko jedno czy lewa czy prawa – powiedziała Natasza, dalej bojąc się spojrzeć na Afonię.
Kiedy wciągała na prawą nogę pończochę, Afonia powoli zaczęła ściągać pończochę z lewej nogi.
– No, okręćcie się Nataszo – polecił Iwan.
Natasza okręciła się.
A teraz podnieście spódnicę, zobaczymy jak leży.
I znowu Natasza wykonała polecenie Iwana.
– Ładne nogi macie, to tak od maleńkości? – zapytał.
Natasza nic nie odpowiedziała, tylko przytaknęła kiwnięciem głowy.
Wtedy Iwan rzucił drugą pończochę:
– Tę też załóżcie.,
– A co będzie dla waszej siostry? – nieśmiało zapytała Natasza.
– Afonia się z nią podzieli, nieprawdaż? – zwrócił się do oniemiałej Afonii.
Wtedy Afonia trzymając obie pończochy w dłoni powoli podeszła do Iwana i szybkim ruchem wepchnęła je do ust swojego narzeczonego:
– Udław się chamie zbuntowany, zboczeńcu amerykański – i popchnęła pończochy jeszcze głębiej w usta Iwana.
Iwan czerwony na twarzy jak burak, przewrócił miskę z wodą i nieskutecznie próbował wypluć pończochy. Gdyby nie Natasza, pewnie by zginął od uduszenia.
– Przestańcie – wrzeszczała do Afonii Natasza. – Takie piękne pończochy poniszczycie.
– A tobie suko co do moich pończoch. Nie dość, że świeżo poznanym chłopom dupę bez krępacji pokazujesz, to jeszcze chcesz rozporządzać moimi stilonami. Paszła won – i pokazała jej palcem drzwi.
Wtedy Nataszka zwinnym ruchem odepchnęła rękę Afonii od twarzy Iwana, który umęczony zatrzymaniem oddechu upadł na podłogę siadając prosto w miskę z wodą.
Natasza podniosła go z tej nikczemnej pozycji i poprowadziła do wyjścia.
– A gdzie to? – zapytała zdziwiona Afonia.
– Do mnie – odrzekła Natasza.
– A po co? – Iwan robił się jeszcze bardziej czerwony. – Na gwałt potrzebuję adwokata – i Natasza tak trzasnęła drzwiami, że aż światło zgasło na korytarzu.

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież