Anna Kokot - Bydgoska kwoka wysiaduje

Przysłowiowa szuflada biurka literata może w końcu eksplodować. Karmiona regularnie kolejnymi porcjami nowych, chrupiących tekstów, tuczona kaloriami tysięcy znaków – pewnego dnia może nie wytrzymać i odmówić dalszego uczestnictwa w hodowli utworów w systemie zamkniętym. Tkwią one bowiem poutykane w ciemnej, zakurzonej przestrzeni i świata na oczy nie widzą. A przecież wiersze, opowiadania, eseje, reportaże czy felietony - nie są kurami z chowu klatkowego. Nawet jeśli ściśnięte w ciasnej szufladzie – nie depczą sobie nogami po głowach, nie wyłamują pazurów, nie zadziobują się na śmierć. Jakoś tam przecież koegzystują, a z szuflady nie dochodzą bitewne okrzyki bojowe, do naszych uszu nie dociera odważnie śpiewana „Bogurodzica”. Czyli – krew się nie leje, trup nie pada, a jeśli nawet pada, to całkiem cichutko. Czy ten pokój trwać może długo?

Jednak jeśli nasze teksty będziemy magazynować wyłącznie w zamknięciu, rzeczywiście gotowe będą tylko do zarznięcia. Niestety, w przeciwieństwie do drobiu – nie będzie z nich żadnego pożytku. Nie tylko nie nadadzą się na pożywny rosół, ale nawet nikt nie skosztuje ich choćby pod postacią udka z ziemniakami i kapustą. Niektóre zestarzeją się i będą zwyczajnie niesmaczne, względem innych to my stracimy zainteresowanie, pozostałe możemy zaś spokojnie przerobić na orgiami lub podpałkę w czasie ciężkiej zimy. Nie będzie zmiłuj, nawet jeśli błagalnie łypną oczkiem w jakiejś szczelinie pomiędzy bokami szuflady – czy też poświęcą się i pozwolą sobie przyskrzynić brzeżek kartki w trakcie próby zamykania owego grobowca literatury.

Co innego, gdybyśmy zdecydowali się hodować je w systemie wybiegowym. Szuflada – odciążona z kilogramów makulatury, głęboko westchnęłaby z wielkiej ulgi. Czy wiecie jak nostalgicznie brzmią rozkosznie wzdychające szuflady? To nosowe, przeciągłe „aaaach!”, to gardłowe „ooooch!”. A i teksty miałyby wówczas szansę rozprostować kości, odżywić ruchem zwiotczałe mięśnie wersów. Część z nich z pewnością od razu by od nas uciekła, a przecież o to nam wszystkim chodzi. Byle tylko uciekinierskie tytuły biegły w kierunku siedziby redakcji pism literackich. Ot, chociażby „Akantu” w Bydgoszczy. Miesięcznik ten pełni względem szuflady literata funkcję pomocniczą, pozwalając jej odetchnąć od nadmiaru autorskich emocji, odczuć, opinii czy doznań. Jak troskliwa kwoka - przygarnia wszystkie swoje pisklęta. Czasami latami wysiaduje szczególnie oporne, niesforne jajo, które nie chce się wykluć. Dogląda je, chroni, zachęca do rozwoju, pozwala ogrzewać się w cieple swego ciała i autorytetu, by uparciuch w końcu wystawił ze skorupki swój dziób. Nie zawsze liczy na wdzięczność malucha – niektóre, gdy dorosną – odseparowują się od stada i rozpoczynają samodzielne życie w innym kurniku, pod opieką innej redakcji – kwoki. Bywają i takie, które – podobnie jak słynny bezgłowy kurczak Mike, stracą nawet łepetynę dla innego pisma. Żyją potem - podobnie jak on, jeszcze przez jakiś, by w końcu zejść z tego świata w zapomnieniu.

Troskliwa kwoka literatów z Bydgoszczy musi z czegoś żyć, by prawidłowo wysiedzieć swoje pisklęta, wyhodować z nich samodzielnych twórców. Ktoś musi sypać jej pod dziób wartościowe ziarno, by nie padła z głodu i nadal mogła spełniać swoje zadania. Tak więc autor, który chciałby zobaczyć w druku swoje nazwisko, ma moralny obowiązek zabezpieczania bytu finansowego wydawnictw papierowych. Warto wspierać inicjatywy literackie, angażować się w pomoc pismom, które muszą walczyć na ringu prasy wydawniczej, a brak zewnętrznych, państwowych źródeł finansowania powoduje, że często bolesny nokaut powala je na łopatki. Kwoka na plecach? Nie jest to przyjemny widok. Co najwyżej nieco karykaturalny. Bez wsparcia - czuła kwoka redakcyjna nie przeżyje, w naszym kraju cmentarzysko z grobami pism nieistniejących jest już olbrzymie i niestety wciąż się rozrasta. Wiekowe, odchowane już kury, wywodzące się ze środowiska „Akantu”, jego pisklęta, a także jeszcze dotąd nie wyklute jaja – wszyscy winni pomóc oddanej kwoce. Dzięki niej mają szansę poznawać dorobek literacki twórców z różnych rejonów Polski, style obowiązujące we współczesnej literaturze, różne rodzaje poetyk. Pomimo różnic w światopoglądzie, odmienności charakterów i oczekiwań od życia – każdy z twórców, który publikował w „Akancie”, może powiedzieć, że jest to jego pismo. Każdy jest na jego łamach „u siebie”. Może niczym niesforny kurczak – dziobać złośliwie innego twórcę, krytykując jego pracę, ale są to tylko takie zabawy piszących pisklaków, które mają je przygotować i zahartować względem srogich osądów krytyków literackich oraz zwyczajnych, anonimowych „hejterów” z Internetu. Kwoka matka na to pozwala, gdyż zdaje sobie sprawę, że twórcy bywają silnymi indywidualistami, z rzadka tylko decydującymi się na mimikrę kulturową. Polemika piszących kurcząt pod ochronnymi skrzydłami „Akantu” - to dla nich znakomita szkoła życia, cenna potyczka na argumenty, przygotowanie do egzystencji na odległych wyspach literatury.

My, wszyscy publikujący w „Akancie”, jesteśmy na zawsze jego dłużnikami. Dzięki redakcji nasze teksty trafiają pod strzechy wielu osób w kraju i poza jego granicami. Wydostają się z mrocznych szuflad, by trafić w ręce czytelników, których rzeczywiście interesuje literatura, a nie plotki z przedruków niemieckich bulwarówek. Czytelników, którzy uważnie zagłębiają się w kolejne numery pisma i aktywnie dzielą się spostrzeżeniami z redakcją. Ich stopień wrzenia i oburzenia jest często tak wielki, iż muszą podzielić się wrażeniami w liście czy e-mailu z redakcją, by nie wybuchnąć w sposób niekontrolowany. „Akant” jest więc dla nich rodzajem bezpiecznego poligonu, na którym mogą zdetonować swoje uczucia żalu, wściekłości czy złości, nie raniąc przy tym zbyt wielu osób. No, może poza autorem kontrowersyjnego tekstu, który tak bardzo podnosi im ciśnienie, że gotowi są przeobrazić się w samobójczych rebeliantów literatury.

Dlaczego prenumeruję „Akant”? Zawsze rozbrajają mnie te małe, rozczulające karteczki, przesyłane z nowymi numerami miesięcznika. Redakcja przy ich pomocy tak nieśmiało, taktownie prosi o wsparcie pisma, że nie sposób odmówić. Jeśli nie byłabym gotowa na prenumeratę pisma na kolejny rok, karteczka mogłaby się na mnie obrazić. Jeśli zwlekam zbyt długo z opłatą - przygląda mi się – paradoksalnie, swoją powierzchnią bez oczu, z wyrzutem. Takie przynajmniej mam wrażenie. Ach, dodatkowo jeszcze ta zazdrość ze strony moich sąsiadów. Podczas gdy oni otrzymują do swoich skrzynek pocztowych wyłącznie rachunki do zapłacenia, listonosz z trudem wpycha do mojej olbrzymią kopertę, obiekt zazdrości wszystkich dokoła. Idę po nią potem lekkim, dumnym krokiem, czując na sobie zawistne spojrzenia pozostałych mieszkańców dzielnicy. Widok jawnej chciwości w ich oczach – bezcenny. Mam jednak pomysł, jak obniżyć ten poziom zazdrości: na przyszłość wrzucę do ich skrzynek puste blankiety do prenumeraty „Akantu”. Jeśli zdecydują się ją opłacić, też będą mieli na co czekać co miesiąc. A może spośród nich wykluje się jakiś nowy, utalentowany literacko pisklak kwoki z Bydgoszczy? Także dla niego znajdzie się miejsce pod jej nastroszonymi piórami, na gościnnych łamach, będących rodzajem wybiegu dla piśmienniczego drobiu. A, jeszcze jedno, tak gwoli wyjaśnienia: „Akant” (choć to rodzaj męski), naprawdę jest troskliwą mamą kwoką. W końcu jesteśmy pod panowaniem jaśnie oświeconego słówka „gender” i nie musimy wierzyć w to, co powie nam sekser.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież