Ariana Nagórska - Powrót do „Czasu sprzed wieży Babel”

Karnawał z wieżą Babel skojarzyć się może łatwo. Huk, hałas, pomieszanie z poplątaniem. Szaleńcze tańcowanie mas nieraz przywodziło mi na myśl powiedzonko „Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach”. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by zafundować sobie w karnawale to, co się lubi. A ja akurat szczególnie lubię klimaty listopadowe (choć przecież urokom zimy też nieraz oddawałam sprawiedliwość). W listopadzie ze szczególną ochotą poszukuję w wierszach różnych autorów treści metafizycznych, filozoficznych, aluzji do spraw ostatecznych, odniesień do osób zmarłych itp. Poetę, który o takich sprawach potrafił powiedzieć choć kilka słów inaczej niż większość, staram się trwale zapamiętać. I wtedy mam prawdziwy karnawał czytelniczy.

Takim inspirującym bodźcem okazał się dla mnie już sam tytuł jednego z wierszy zamieszczonych w listopadowym numerze „Akantu” (s.6) „Czas sprzed wieży Babel”. Było to sformułowanie tak  mnie intrygujące, że nawet gdyby nie widniał pod nim żaden wiersz, zastanawiałabym się, o jaki czas tu chodzi. Oczywiście omówienie znanego motywu biblijnego lub proste przeciwstawienie dawnych, dobrych czasów chaotycznym czasom dzisiejszym niczym odkrywczym by nie było, a tego właśnie (stosując zasadę ograniczonego zaufania do poetów współczesnych) spodziewałam się w wierszu zupełnie nieznanej mi autorki. Dla tej autorki jednak czas „przed wieżą Babel” trwał wtedy, gdy można było jeszcze rozmawiać z osobami, których dziś już wśród nas nie ma. Po ich odejściu język przestał być narzędziem komunikacji. Do zmarłych należał tamten, żywy język (w przeciwieństwie do tego bezsilnego, który nam pozostał). Wiersz kończy wiele mówiąca puenta: „Kiedy poplątano słowa/ rozmawiam już tylko ze sobą/ w tamtym języku”. A jednak nie tylko „ze sobą”, bo niektórzy z  minionych „wołają z mgły (…) w języku czasu sprzed wieży Babel”. Autorka znalazła więc niezwykłą metaforę na określenie tajemniczego języka, którym przemawia do nas świat duchowy.

Kto COŚ TAKIEGO sobie wyobraził (i wyraził w słowach!), nie może dłużej pozostawać poetą, którego wierszy nie znam! Zaczęłam więc szukać informacji, kim jest Aleksandra Brzozowska. Nota informacyjna przyniosła kolejne zaskoczenie. To o dwa lata młodsza ode mnie, całkiem niedawna debiutantka (debiut prasowy 2011, debiut książkowy 2012). Z zawodu jest nauczycielką biologii, mieszka w Bydgoszczy. Późny debiut, ale jakże ciekawy. Od tamtej pory widać też znaczący postęp, wskutek wytrwałej pracy nad swym talentem.

W chwili obecnej znam już tomik tej poetki, ale właśnie dlatego piszę o nim w felietonie, by moja wypowiedź nie kojarzyła się z recenzją, która powinna mówić o całej książce. Mnie natomiast nie interesuje cała książka, mimo że jest udanym debiutem i prezentuje autorkę poetycko zdolną, tylko te   wiersze, które wskazują na poetkę bardzo utalentowaną. Na przykład tytuł książki Kropelka perfum Chanel na pewno nie skłoniłby mnie do lektury, gdybym wcześniej nie dostrzegła, JAK ta autorka umie napisać o spawach ważniejszych niż perfumy. Jej akurat szczególny talent ujawnia się w tym, co większości poetów idzie opornie: motywy religijne, refleksje metafizyczne, filozoficzne itp., przy czym ma dar niezwykle plastycznego i obrazowego przedstawiania treści z natury rzeczy abstrakcyjnych. Krótkie posłowie Stefana Pastuszewskiego  przeczytałam (tak jak z posłowiem być powinno) dopiero po lekturze całej książki, gdy opinię miałam już ugruntowaną. Zauważyłam wtedy pewne podobieństwo ocen. O typowo damskich tematach tej poezji autor posłowia pisze tak, jakby w przyszłości jednak liczył (słusznie!)  na coś więcej: „Zwraca uwagę silne, jakby podskórne napięcie emocjonalne i sygnały czegoś większego, głębszego, silniejszego. Zapowiedź? Póki co mamy do czynienia z harmonijnym splotem kobiecych refleksji i emocji (…)”. Jako walor podkreślona zostaje różnorodność tematów… i nagle kwintesencja celnej obserwacji: „Stawiają w pozycji wyprostowanej raporty z kontaktów z Bogiem (…)”, czyli właśnie to, co moją uwagę na poezję tej autorki zwróciło. „Pozycja wyprostowana” oznacza zaskoczenie, zainteresowanie, uwagę, szacunek!

Wszędzie, gdzie trzeba przekraczać jakieś bariery (poznawcze, imaginacyjne, zmysłowe), poetka ta jest w swoim żywiole. „Przekroczyć kredowe koło/ Na grzbiecie jednorożca” – pisze wprost w jednym z wierszy, a tomik dedykuje córkom z życzeniem, „aby jak najczęściej przekraczały <kredowe koło>”. W najlepszym wierszu przeszłość i przyszłość zostały przedstawione  zupełnie unikatowo: jako dwa mijające się pociągi jadące w przeciwne strony. W jednym nieśmiała dziewczynka, w drugim kobieta z tomikiem na kolanach. Z kolei dusza z innego wiersza to błękitnowłose dziecko, które Pan z ram obrazu gładzi „światłem dłoni”. O tym, że temat religijny ujęty z lekkością, wręcz odlotowo, więcej może nas nauczyć, niż patos, sztywność i prawienie kazań, najlepiej świadczy wiersz Trzy anioły. Jeden z nich  „Jest całkiem zwariowany/ Modli się do Pana/ Skacząc z szafki kuchennej”. Drugi łagodnie przygląda się jego wariactwom, a trzeci wygłupami gardzi i „Z wyższością przesuwa paciorki różańca”. Gdy odwiedził ich Pan, mrugnął porozumiewawczo do zwariowanego i zaproponował: „Może poskaczemy z kuchennej szafki?!”  Czyli jednak karnawał, a do postu w tej błyskotliwej poezji daleko, daleko…

 

Również tego autora