Marek Kośmider - KAWAŁEK CZŁOWIEKA(3)

Poprowadzili na 3 piętro. Prosiłem do ubikacji. Spłukałem kilka petycji. Milczałem. Powtarzałem od czasu do czasu: „Mam rozpoznać zwłoki Leona C.” A jakiś starszy: „Rozumiecie, musieliśmy was tak zabrać, bo byście jeszcze większych głupot narobili”. Pytali kogo znałem z tłumu. Wymieniałem nazwiska działaczy ZSP i tych, co wiedziałem, że są w partii. A ten: „Co ty mi będziesz srać na towarzyszy?” Pytali, czy mój profesor Żyd? „Dlaczego w brodzie masz taki trójkąt?” „A bo mi włosy nie rosną?” „Co to za wasze syjonistyczne stowarzyszenie? Co cię łączyło z Rutą?” „Chciałem sprawdzić, czy Żydówki mają wszerz?” Kto mi kazał pisać o Herbercie? Prosiłem: „Proszę mnie wypuścić do stołówki. Jestem głodny. Odmawiam zeznań.” Zrobili zrzutkę, zrobili herbatę, kanapki. „Wiemy, coś mówił w klubie „Ubab” i na Zjeździe Młodych. Wasza matka pracowała na KULu”. Dodałem: „Przed wojną”. Pytali, kto przeszedł po plakacie. Mówiłem, ten co przyniósł buty. Uśmiechali się. Po wyjściu z ciupy dowiedziałem się, że to był syn I sekretarza. (Prowokacja, czy przypadek?) Wszedł jakiś inny facet: „Jestem doktorem W. z uczelni. Mi możecie powiedzieć, kto wami kierował?” Wymieniłem nazwisko szefa ZSP. Obok w pokojach głosy kolegów, studentek. Padały nazwiska, co mnie łączyło? Wymyślałem różne układy seksu, co ja z nimi robiłem i jak. Pisali skrzętnie. Gdyby to odnaleźli w jakiejś teczce, byłaby to nieziemska pornografia. Przed dziesiąta wywieźli na Marcinkowswkiego. W areszcie spotkałem swoich i nie swoich. Rosjanina, asystenta, też przydupnęli. Rozpaczał, nie wiedział za co. Gdy jechaliśmy w czwartek na rozprawę dolatywały krzyki: „Gestapo! Gestapo!”, piekły armatki wodne i bili studentów. Dowieźli do jednostki MO na Taborowej. Jakiś ormowiec szepnął: „Wszyscy po dwa miechy”. Jeden chłopak szalał, mieszka na wsi, przywieźli nie wiadomo za co. Spojrzałem, golony trójkąt w brodzie, nie rosły mu włosy. Jeden milicjant zdjął marynarę, zeznawał, że na niego robotnika rzucił się student. Do mnie podszedł jakiś milicjant: „Co wam za dobrze smarkacze. Władza ludowa wszystko za darmo wam daje, studia, akademiki. A wy przeciwko władzy! Ja jak bym mógł, to bym takiemu jak wy chuja obciął w plasterki i dał jego matce na pożarcie, co takiego chuja wychowała.” Ktoś mi podał gazetę: „KIM SĄ WICHRZYCIELE?”. Podano, że jestem studentem czwartego roku, a nie piątego. Przytoczono fragment opinii z praktyki: „Ob. Adam Ziomek jest dobrze przygotowany do zawodu nauczycielskiego: „W świetle wtorkowego zachowania ob. Adama Z. opinia ta została przez niego przekreślona. Jakim nauczycielem wychowawcą młodzieży mógł by być ten, kto bierze udział w organizowaniu, prowokacyjnej antyrządowej hecy”. W zakończeniu: „Oto fotokopia ślubowania z jednego z zatrzymanych Adama Ziomka. Nie powinniśmy dopuszczać, aby dochodziło do takich kolizji w obowiązkach studenta i jego obywatelskiej postawie w życiu codziennym”. W tej samej gazecie tytuły: „ŚLĄSK I ZAGŁĘBIE ZAWSZE WIERNE PARTII”. „ZAŁOGI POZNAŃSKICH ZAKŁADÓW PRACY ŻĄDAJĄ ZAPEWNIENIA SPOKOJU I KAR DLA WINNYCH I INSPIRATORÓW ZAJŚĆ”. Zanim mnie wywołano słychać było chichy. Widocznie czytali moje porno dla nich, nie uświadomionych. „Macie czas - powiedzieli - dwa miesiące w areszcie. Możecie coś nowego wymyślić.” W kiciu, w Śremie, jak w pierdlu. Myślałem, czy jak się chodzi po celi, to też się siedzi? Lekarz dawał cynka, co mówią w „Wolnej Europie”. Nie kazał się odwoływać, by nie było sądu. A było nas 40 i 4. Włodek z II roku (później profesor na KUL-u) milczał, patrzył na mnie jak na wilka, jakbym ja go sypnął. Wyjąłem z pod skarpety pierw opis naszego projektu rezolucji: „My studenci poznańscy popieramy wysunięte wnioski literatów i studentów Warszawy oraz domagamy się poszanowania przez czynniki państwowe konstytucji PRL a w szczególności artykuł 71 mówiący o wolności słowa, manifestacji i zgromadzeń i artykuł 72 (wolność zrzeszania się)... Protestujemy przeciwko aresztowaniu studentów w Warszawie i zdjęciu Mickiewiczowskich „Dziadów.” Protestujemy przeciwko skłócaniu klasy robotniczej z inteligencją. Aprobujemy zmiany zachodzące w bratniej Czechosłowacji...” Przyjechała matka bolesna jak Maria pod krzyżem Chrystusa. Mówiła, jak mnie szukała po komisariatach, że jej mówili, że jestem zabity. Przywiozła list od Mirki. Nie wiedziała co zrobić. Mirka z medycyny, ale usunęła. O Boże. więc mogłem być ojcem... Życie zawsze dożywotnim grzechem. Cóż, ja w kratach, wilk w pudla zmieniony. Przyjeżdżał filozof N.N., rzecznik uczelni, męczył nas bardziej niźli ci z bezpieki. Pisała Nina: „Wolałabym cię w objęciach innej kobiety, niż to, że jesteś i za co jesteś w więzieniu.” Czy trzeba być w więzieniu, by się przekonać o czyjejś miłości? Pierwszego maja śpiewałem na spacerniaku: „Jeszcze Polska nie zginęła” i „Boże coś Polskę”. Dostałem kabarynę. Na „Świadectwie zwolnienia” z 13 maja, było napisane: „skazany orzecz. P.Dz. R. Nar. za przestępstwo z art. 28. p. ow. z dn. 11 07. 1932 r.” Uśmiechnąłem się patrząc na tę datę. Pisałem: „Daliśmy się przymknąć milczeniem Ziemi za szczerość głupią wiarę w dobro i w prawdę. Palec boży nadzoru leczył nas od Wolności. Nie mógł uzdrowić siebie od jej niedowładu. Rażeni przestrzenią nie pojęliśmy więzienia duszy i ciała. Nasze więzienie: Poezja i Proza jest Wyborem: świadomą niewolną WOLNOŚCIĄ.”

 

NAUCZYCIEL

Bardziej niż uwięziony z wolnością, czułem się skazany w więzieniu wolności. Od Annasza do Kajfasza. Łaziłem, żeby ktoś pomógł i chociaż zrozumiał. „Po coście byli gdzie drzewa ścinają -pytał sekretarz z KW. „Popracujecie w kopalni - wrócicie na studia”. „Skoro daliście się złapać, a i siedzieliście - musimy was skazać.” Najwięcej Piłatów umywających ręce. Wywalili z uczelni „z uwagi na prewencję ogólną.” Udało się zameldować u byłej hrabiny. U niej ulotki studentów z Wrocławia. Po spotkaniu z Babińskim u Dominikanów (dostaliśmy po 150), zgłosił się jakiś dziennikarz z Francji. Chciał mnie prześlizgnąć na Zachód. Wiedziałem, muszę być blisko klatki lwa i swym bytem go drażnić. Z dwa miesiące byłem ambulansjerem. Czasami pociąg wyjeżdżał ze stacji, a jeszcze wyrzucaliśmy paczki. Gdzie jeździłem chwytałem ucha. Jedni za, jedni przeciw studentom. Nie mogli uwierzyć, że nas nie bili, ani na przesłuchaniach, ani w kiciu. Robole wystraszeni. Część się cieszyła, że Żydów wyćpano (Ruta nawiała do Szwecji). Chwyciło zapalenie oskrzeli. Szukałem pracy. Od października, miałem swój cień: studentka z prawa. Nie chciała zdradzić, kto ją słał i za co. Lubiła być pieszczona, ale nie do końca. Miała przy tym nieme usta i otwarte oczy. Cztery dni przed grudniem dowiedziałem się, że koleżanka z roku musi wyjechać poza Poznań i kogoś dać na swe miejsce. Dyrektorka szkoły, wiedziała, kto ja zacz, ale w razie czego zwalała na Prezydium dzielnicy, co mnie zatrudniło. A był etat w szkole, byłej ćwiczeń, która była w tym roku szkolnym, kasowana. Chodziły dzieci vipów z polityki, wojska, milicji. Byłem tylko pan Adam, o nazwisku nie miał nikt wiedzieć. Pracowałem w bibliotece, miałem ją przygotować do likwidacji. Wśród pomocników była uczennica Ewa. Kupiłem nawet książki o Wietnamie. Powiedziałem: „Weź do domu, przeczytaj”. A ona przy koleżankach i pani dyrektor: „Nie chcę tego, mam dość w domu, tego czerwonego gówna” i trzasnęła drzwiami. Pojawiła się mama, żona sekretarza, który był już awansem w Warszawie w KC (dzięki marcowi). I zabrała Ewę ze szkoły, a mi kazano mordę w kubeł o tym. Przychodziła Nina, bo i paczkowałem Marksy i Leniny wieczorami. Kilka razy uprawialiśmy miłość biblioteczną, książki spadały z półek. Uczyłem na zastępstwie z historii. Nauczanie, moja „woda żywa” z wielu źródeł. Dawałem tym, którzy pragną. Co rok w innej podstawówce, tylko okresowo. W 17 wystawiłem „Zemstę” z V klasą. Cześnik jak sekretarz. Miałem długie włosy. U poety Marka O. (syna prokuratora) bawiłem się w hipisa. Kleiłem się. Wdychałem co nieco, tak aby na twarz nie upaść. Raz nam wleciał do świętej misy pluszowy osiołek. Wypadłem z nim, a za mną proroki. Wpadłem do fryzjera, chcieliśmy go ratować i nawet osuszyć. Golibroda chciał nam skrócić włosy i nawet za bezcen. Osiołek pod suszarką, a wpadł dzielnicowy. Dostał dwa dymki i z nim na melinę. Już za godzinę krzyczał, że jest hipi. Kiedyś mówił w klubie: „Hipisów mamy spisanych, tylko Biskupa nie.” „Biskup jestem” - wyznałem przy małym kielichu.” A w 72 w szkole smaliła się do mnie matka uczennicy. Ale córę swędziało. Z dziesięć lat później została moją przylepką na godziny, ale na lat trzydzieści. Myślałem o mieszkaniu. Zacząłem pracować w Spółdzielni Mieszkaniowej. Po miesiącu kierownik klubu „Rondo”. Robiłem akcje letnie, zimowe dla dzieci. Jakieś odznaczonko. Zgłosiłem chęć do partii, ale miałem dostarczyć 12 dość chętnych. Nikogo nie złapałem. Nocowałem w klubie w piwnicy na zbiorniku paliwa. Dostałem mieszkanie zastępcze na Śniadeckich. Kiedyś się dowiedziałem, mieszkała tam błogosławiona. Nie cudzołożyłem na tapczanie swoim. Tylko tak, by nie wpaść i było im dobrze. Dostałem zgodę rektora, obroniłem Herberta w 72. Był jeszcze jakiś znawca na obronie z „urzędu”, czepił się trzech przecinków. Wysłałem wielebnemu poecie swą pracę. Sprosił do Warszawy. Żona Kasia przypłynęła z kawą. Pan Cogito uznał, że praca uczona (nawet w dedykacji). Przyznał, że Lalek istniał w Augustowie. Wyznał: „Te listy Matki, to nie ja pisałem”. Pokazał kilka. „Pisała do mnie matka ludzka, co straciła syna. Dodałem tylko myślniki do życia. Tak, chłopca spałkowali, a listy zostały”. Gdy byłem w toalecie słyszałem:: „Papier niech pan bierze od środka.” A na papierze myślał Pan Cogito. A co do Róży, była miłość bez kolców. Zrobili zabieg w Bydgoszczy, wycięli przydatki. A ja chciałem dziecko. Nie bałem się, że wpadnę. Ale coś wyczuła. Gdy byłem z Marzeną, moment miała z psychiatrą z Adamem bez brody. I przyszła Marta. Żeby ją wychować to wyszła za Niemca, który wolał piwo. Zmieniła się spółdzielnia, zaczął rządzić „Grunwald”, a właściwie szefowa, niedogrzana panna. W ostatni dzień pracy szedłem na zwolnienie do kliniki nerwów, a oni płacili. Byłem z dwa miesiące (same wielkie szychy). Nie udało się mnie przerobić w wariata. Chciałem być reżyserem. Słynnego profesora włożyłem do trumny. Skoro nie przyjęli, wróciłem do szkoły. W 29 poznałem Sofię F., myślałem, że kumpel. Jechałem na Marzenę (jeszcze maturzystkę), że tak nic nie czuje i pyta po godzinie, czy już. Z Sofią był przypadek we wschodnim Berlinie. Mówiła, że To na finał naszej znajomości. Chciałem się chajtnąć z Różą, choć nie ze mną w ciąży. Sofia oświadczyła, nosi moje dziecko. Rodzice jej wiedzieli, że mi nie po drodze. Przyjęli do siebie przy okrągłym stole. Po jednej stronie oni, a po drugiej: my. Spowiadali się jaka jest, pierworodne grzechy, a to ksiądz, a to wujek, jak ich nabierała, że rzadko narwana. No cóż, bulić alimenty, wiedziałem, co wziąć musiałem. Pisała do „Filipinki”: „Udało mi się Adama zdobyć na dzieciaka, choć nie jestem Ewą.” W tym czasie co broniła pracę z Ducha Romantyzmu, wzięli mnie na komendę. No cóż, do prawnuków mówię, jakbym był na śledztwie. Na komendzie piali, że jak się nie odczepię od KOR-u (Komitet Obrony Robotników), będą mieli świadków, że w szkole chłopaków ciągnę za kutasa. Po dwóch godzinach podpisałem: „Ja, Adam Ziomek oświadczam, że nie będę miał kontaktów z Chłopcami (KOR), aby mi nie udowodniono stosunków z chłopcami.” Kumpel pisarz Komolka, Rysiek K. i inni. zaczęli rozgłaszać: „Podpisał lojalkę, no i jest agentem.” Na cywilu w ratuszu, chyba 6 marzec była moja szkoła, tak 36, a i poeci i malarze też. Był kościelny w kwietniu, kiedy padał śnieg. 17 lipiec 77, dzień po kursie literackim w Gdyni. Poeta Feliks Rajczak miał sen i zbudził nad ranem: Śniło mi się, że dzisiaj urodził ci się syn i nie był poetą.” „Zgłupiałeś - mówię - coś za dwa miesiące”. Ale lecę na pociąg, miałem jechać na Hel.” Z dworca dzwonię przed szóstą (mieli kolejowy). A teściowa: „Wyczułeś, Sofia się poczuła, pastowała u was, Staszek wziął do szpitala, żeby przebadali, ale ty jedź dalej.” Zaraz dzwonię z Helu, coś w pól do dziesiątej, w lęku, bo teściowa miała pięć poronień. Matka żony: „Jest dobrze, nic się nie martw, zostanie w obserwacji, ale jutro przyjedź.” Ale coś mnie tknęło. Nie brali pasażerów, bo brykała fala. Ale wziął kapitan. Piłem herbatę cokolwiek wzmocnioną. O 11.44 odleciało denko. „O - rzekł kapitan - coś się panu rodzi i jeszcze zsikało”. Wpadłem w Gdyni po rzeczy i pędem na dworzec, oknem wrzucam rzeczy, gość zajmuje miejsce i dzwonię z peronu: „Tak, masz syna, wyszedł przed dwunastą. Wcześniak, nie ma brody”. W podróży mówię o tym, że syn przypadkowy, Matka ma Sofii nie widzi jako mojej żony (nie widziała inne, tak ponad czterdzieści). Nie umie gotować, ale chce mną rządzić. A gość pod Toruniem wyjmuje legitkę: „POLSKI ZWIĄZEK GŁUCHYCH”. Przed ósmą wieczorem dziękowałem żonie. A ona: „Nabrałam swą mamą, Dzwoniła po lekarzach, że on nie ma brody. I mnie też nabrała, bo to miał być Michał, dała imię Artura, bo jej się podobał z „Chłopców z placu broni”. Gdy położna miała go na dłoni, teść pytał: „Czy z tego to-to będzie jeszcze człowiek?” Wtargnął Andrzej Babiński, wziął w ramiona synka: „To mój syn! To mój syn! Większy jak Poezja”. Mój były kierownik szkoły, co to i awansem, także za mój teatr, wzleciał w kuratora. Dostałem stały etat świetliczanki w liceum. Ale towarzyszom nie widziała się nie tylko broda. Uczeń-aktor podstawił przypadkiem butelkę przed sekretarzem dzielnicy. Ale dyrcio powiedział, że on tam miał siedzieć. Zrobiłem „Lewą marsz”, coś z Majakowskiego (w tym „Kacyk z KC”) w auli NOT-u dla wszech towarzyszy, tak na rewolucję. Zamknęli lokum, wzięli w poczęstunek, zaczęli się dobierać do moich uczennic... Dzwoniłem z automatu: „Dyrektorze, to jest pierwsza klasa... A ja jestem trzeźwy”. Nim przyjechał dyrektor, było pogotowie, była straż pożarna. Niektóre dziewczyny, to nie miały dość. Jedną wyciągnął z męskiej toalety. Sekretarza z powiatu ściągnął do sedesu. W szkole, pielgrzymki rodziców, ale ma być cisza. Przyjechał Cichowlas, a dyrektor wymógł, za pokutę, muszą zrobić remont. Wozili materiały z wielu swoich budów. Ciało pedagogów też nic nie kumało. A liceum jak nowe już po trzech tygodniach. A ja gotowałem, sprzątałem, pieluchy, siedziałem nocami, bo syn z wadą serca. Już chciałem rozwodu. Ale Sofia nosi. Była pedagogiem, w klinice u Degi. Nowe chciało wyjść tak wcześnie jak Artur. Miało przyjść normalne w moje urodziny. A w nocy Sofia: „Zgódź się, dziś niedziela. I Artur w niedzielę”. A ja: „Jak chcesz, to sobie ródź! Godzina lekcyjna na przygotowanie. Duża przerwa, dojście do szpitala. Kolejna godzina, rozgość się w szpitalu. Następna lekcja poglądowa - poród. Masz tytko trzy lekcje”. Za godzinę budzi: „Już jestem gotowa.” Co było robić, na pidżamę spodnie. W szpitalu dwa cesarskie i zrobiła larum: „Bo ja muszę zdążyć”. Zdążyła, co do minuty. Magda miała kręcz, główkę na prawicy. Dyro dzwonił, załatwił mieszkanie w przedszkolu. Pierwsze słowo Artura: „matapa”, czyli smoczek. Jak widział Gierka, skręcał telewizor. Kot Mika drapał w nocy, kiedy czuł urynę. Zmieniałem pieluchy Magdzie, a kot w szyję drapał. Skąd mogłem wiedzieć, że Artur się zlał. W szkole za wice byłem na zastępstwie. To klasa zbiorcza, tych co powtarzali, w tym młode dzieciate. Miałem sprawdzić zadanie, a tu siedem dziewcząt odjęło bluzeczki, wyłoniło biusty. Myślały, że polecę zaraz po dyrektor. A ja: „O, jaki wycackany, to ci daję pałę. A ten ci ładnie stoi, to stawiam parafę. A ten guziczek taki pogryziony”. Przymknęły się drażniątka. Prowadziłem lekcję jak w grobowej ciszy. Na drugi dzień stały z tulipanami: „Panie Profesorze, co to za długopis, bo nie mogę zmyć”. Jedna przyszła do świetlicy, bym czyścił ustami. Dyro odszedł w aleję w pełni zasłużonych. Raz żłobek wrzeszczał, bym zaśpiewał „wsiąćkę”. Wymyśliła Madzia, musiałem dojechać. A jej chodziło: „Wsiądź do pociągu, do byle jakiego”. W czas gdańskiego strajku, dostałem m-5 w falowcu, znali mnie w spółdzielni. Tydzień przed stanem, tak ponoć wojennym wystawiłem w „Teatrze Polskim” „Noc Listopadową”. Była cała szkoła. Wyłączyli prąd, było awaryjne. Dyrektor Teatru, Mikołaj Grabowski, gratulował koncepcji. Widziałem mych aktorów później, choć Maja Barełkowska w VII „Dekalogu”, Piotrek Gąsowski w „Panu Tadeuszu”, ale mnie nie znali. W dzień wojskowego zamachu, byłem w Wągrowcu na warsztatach literackich. Trudno było wrócić. Przyszedł jeden, pytał gdzie pracuję, cofnął mnie na schodach.. Magda leciała na czołg, by dostać cukierki. Jechałem autobusem, a na stacji paliw ormowcy zasłaniali napis swoimi kurtkami: „SOLIDARNOŚĆ WALCZY”. Szybszy był autobus. W Nowy Rok goniły się po osiedlu dwa psy. Wiara z balkonów ryczała: „Wałęsa! Wałęsa! Zeżryj Jaruzela.” Żona z hukiem wstąpiła do partii, była w telewizji. Koleżanki w liceum za to mnie szarpały. Zmarł kolejny dyrektor, ponoć bezpartyjny, stan wojenny serca. Odgórnie przyszedł Lechu, tylko że czerwony, rówieśnik, historyk. Rozwiedziony, wolny, ponoć łupał dziewczyny, ale po maturze. Tak, byłem przewodniczący Rady Osiedla. Myślałem, że coś pomogę ludziom. Założyłem działki na osiedlu przy torach, karczowałem. Chwyciły korzonki, Sofia poszła pielić z uczniem z wieczorówki. Cóż, jego korzonek, był jej jednak bliższy. Wziął nas do rodziców, chciał się z żoną żenić, wychować me dzieci. Rodzice uwierzyli, że mu coś odbiło, dali do zakładu. Sofia jak mądry sędzia dawała wyroki. Biłem łóżko, syn udawał, krzyczał. Towarzysze na działkach zrobili garaże. Sofia wracała nad ranem, szukała ponoć telefonu, by dzwonić do swoich. Latała z językiem na mnie po sąsiadkach. Prowadziła nas pod kościół, przychodziła po nas: „Jak powiesz mym rodzicom, to cię oskalpuję”. Gdy mówiłem prawdę, wchodziła na balkon z wyciem: Mąż mnie bije!” Nie dotknąłem, ani nawet prąciem. Raz biła się paskiem, wołała milicję i szła na obdukcję do swego „kolegi”. Dała rzecz, że się znęcam i o alimenty. Siedziałem na komendzie, w tej celi co w marcu. Puścili, bo tam gdzieś zadzwonił dyrektor. Byłem mu potrzebny, pisałem jego mowy. Dałem sprawę o rozwód, by Sofia nie skarżyła, że próbuję gwałcić. W wakacje nagle znikła z dziećmi. Jak się okazało wybyła do Białej Podlaskiej. Była u pierwszego wtenczas Oleksego. Mówiła, że ją bije wróg Polski Ludowej. Dał jakieś lokum, i zaraz wyryli faceta z mieszkania z pół domu teściowej. Cóż, działać tam poczęła z partyjnymi członkami. Sprawa ciągnęła się bardziej niż potop. Znajoma żony z innego osiedla, mi nie znana, widziała jak tłukłem głową Sofii pod kątem 44 stopni o nasz kaloryfer. O tym mogła być powieść nie do napisania. Jak był spis powszechny, spisywałem w swym bloku (dyrygentkę Duczmal też). Dziwili się, że nie spisałem swojej nowej córy. Jadę do Białej, a żona ukrywa. „Pokaż, skoro ma moje nazwisko”. „Ja kiedyś splanowałam, że muszę mieć trójkę”. Jej dyrektorka mi rzekła jaki murarz ojciec. Wreszcie był rozwód, wina po połowie. Dopiero wtenczas rozgrzeszyłem Jewkę. Brałem dzieci nad morze i nie tylko swoje. I do nich jeździłem. Mieszkał tam jakiś pan i nie tata Miry. Robiłem w szkole gazetę, prowadziłem galerię...Wystawiliśmy prapremiery: Mrożka „Polowanie na lisa” i „Maję” Herberta. Układałem pantomimy tamtych czasów. Wystawiłem własną sztuczkę „Pani Dulska”, co mieszkała w Poznaniu na Kraju Rad. W „Matce” Witkacego grały dwie matki: biała i czerwona. Raz aktor siedział w pudle bagażnika, jakby Popiełuszko. Dorabiałem w świetlicy u inwalidów. Grali całkiem normalnie, choć „Przy kiosku z piwem”. Uczyłem też w wieczorówce, też dla milicjantów. Raz byłem na mieście, wyciągnęli z tłumu, bo mieli pałkować. Robili wzmocnioną herbatę, piłem, kiedy przepytałem. Raz nie wytrzymałem. Pytałem kawał Ormowca, mistrza Polski w rzutach, co wie o Mickiewiczu, a on: „Urodził się”. -„Gdzie?”- „W Poznaniu.”- „Dlaczego?” „Bo mu pomnik wystawili.” Pytałem też o pierwsze słowa: „Mazurka Dąbrowskiego”. A on, przy wice dyrektor wstał i tańczył: „Oj, dana! Oj! dana!” Zatańczyłem golem. Na drugi dzień telefon: „Tu Towarzysz pułkownik „Olimpii”, Włodzimierz Król: „Towarzyszu! Towarzyszu! (nigdy nim nie byłem). Mu was mocno cenimy. Tylko dlaczego wyście mu dali pytanie z muzyki? On nam dobrze tańczy, bo my go uczyli. Poprawcie się, bo ma stres, jedzie na mistrzostwa Europy.” Nie uczyłem milicji trzy lata. Poprawiał u matematyczki, towarzyszki wicedyrektorki. Jeździłem nadal na premiery. W Bydgoszczy „Poranne Lęki” były późnym wieczorem. Widziałem ostatnie twarze Osieckiej i Grochowiaka. Od tej chwili nie piłem, nie paliłem, nic ciężkiego na P. Jak przyszły zmiany, dyrektora Colombo zdjęła „Solidarność” Nowa,. Móż czyścił jej buty. Jak wchodziła do „Poloneza", (na nianie głosowałem), zamknęła świetlicę. Pół roku płacili, choć nie pracowałem. Dalej, jak pisali : „Profesor z Oxfordu” - uczułem z lat siedem w słynnej zawodówce. Nie tylko lakiernicy byli przymuleni... A pisali onegdaj: „Jakim nauczycielem wychowawcą młodzieży mógł być ten...”

 

KAWAŁEK CZŁOWIEKA

Tęskniłem do swych dzieci, jak się tęskni do Boga, już z innego świata. Najpierw wrócił Artur, tak jakby na studia. Po roku zdobył pracę jako programista.. Skończył ekonomię. Od początku działał w Lidze Rodzin Polskich, aż do ślubu w 2005 roku. Po dwóch latach po nim zawitała Magda. Pedagog specjalny. Rok szukała pracy. Wespół założyła szkołę specjalną „Zakątek”. Piętnastu apostołów i pięć pań Chrystusów. Ich dziadek Staszek zmarł w 2006 roku. Po odejściu swej matki w 2007 roku powróciła Sofia, zamieszkała z Mirą w mieszkaniu dzieciństwa. Była aktywna w Akcji Katolickiej. Kiedyś myślała, że jak moi rodzice, powrócimy do siebie. Nie umiałbym wrócić do przebrzmiałej wody. Chyba byłem wierniejszym ojcem, niż mój ojciec. Odszedłem od Jewki na odległą przyjaźń. W 2008 roku szukałem w Instytucie Pamięci Narodowej swojej „teczki.” Jakby mnie nie było. Przy matce do końca. W ten dzień była lodowa góra mgieł, jak zauważyła Mama. Runął samolot na brzozę. Dla many nie było górnej półki. Skończyła 98. Do końca chórzyła religijne Pieśni. Zasnęła trzymając mnie za serdeczny palec. Na cmentarzu 12 apostołów, a nad niebem Warszawy różaniec trumien. Tulipany Prezydentowej, po 4.95 zł za sztukę unosiły się w niebo jak lampiony. Artur z pogrzebu wiózł nas do Poznania. Miał poślizg, mógł mnie w drzewo, ale skręcił w lewo, wprost pod rosyjskiego tira. Zgodziliśmy się by pobrano także jego serce. Jak chciał powrócił w prochy. Kinga została sama z bliźniakami. Czułem starość, zakonserwowaną, że jakby niezmienną. W 2014 roku wzięli ode mnie, wyodrębnili, wszczepili moje własne komórki macierzyste. Od tego czasu łaziłem po szpitalach, hospicjach. Dawałem wiatyk nadziei. Kilka osób wyszło z wózków inwalidzkich w swoje nogi. Trzymałem wiele dłoni w przejściu na wieczną stronę. Byłem stabilnie zdrowo-stary i miałem dotrzeć do setki. Właśnie szedłem ulicą w Poznaniu i patrzyłem w miejsce, gdzie onegdaj mówiłem Sofii (umarła na raka płuc rok temu): „Patrz nad tą belką żurawia, pomiędzy ogonem jednej chmury, a dziobem drugiej, będzie nasze mieszkanie”. Za rok mają zwalić nasz blok, ale on i ja zrośliśmy się ze sobą. Jest 7 listopada 2017 roku. Nikt nie wie, że to dzień tak zwanej rewolucji październikowej, która miała zmienić świat na wieki i tysiąc lat. Rewolucja rodzi rewolucje, także słowne, bez bitew. Dobrze, że świat zmądrzał i są takie wojny, o których nie słychać. Zaczynamy dorastać w Europie. Wreszcie rządy nie partyjne, nie kościelne, mądre. Kto myślał, że eutanazja przyjdzie też i do nas. Córa Magdy, na tyle upośledzona, że mnie poznaje. Wchodzę do swego pokoju. Coś z sercem. Próbuję złapać jakby ostatni oddech. Nagle widzę siebie jakby z góry. Zapalam się. Płonę niebieskim ogniem. Pokój jak piec krematoryjny. Nagle na nie ruszonej przez płomień pościeli leży czerep czaszki (która chciałaby jeszcze myśleć). I prawa dłoń (która się jeszcze nie wypisała). I lewa stopa, cała, nie spalona (jakby miała jeszcze chodzić). W tym czasie w Wągrowcu, z półki, spada popiersie Lenina. Jeszcze słyszę pierwsze, nieśmiałe słowa, dwunastoletniej wnuczki, Ewy: „Ecce homo”.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież