Joanna Dziedzińska - Dietrich (część I )

Dziewczęta lubią Dietricha, zawsze lubiły, Berta, Marga i Liselotte, bo Dietricha nie można nie lubić, bo Dietrich pachnie książkami, bo ma uśmiech z innego świata, bo mówią, rozminą się z epoką. Romantyk, mówią, kiedy Marga dostaje od niego pierwsze granatowe bratki – W kolorze twoich oczu – i pierwsze wierszowane listy.

Jakiś czas później Dietrich wyznaje, że wszystko przepisał z Goethego, a Marga śmieje się tylko, bo przecież wie.

Dietrich rzadko słucha, jemu wszystko trzeba powtarzać dwa razy. Nosi okulary, które wciąż zsuwają mu się z nosa, a w oczach ma marzenie, cały czas, ale jakie? Kto tam wie, o czym może marzyć taki Dietrich? Liselotte wie i nie może przestać się śmiać, kiedy wyobraża go sobie maszerującego w pierwszym szeregu, ciągle poprawiającego te swoje okulary.

Dietricha nie można traktować poważnie. Nie można i już, bo romantyk, bo uśmiech z innego świata, bo to wciąż ten sam Dietrich, a że teraz już słucha? Zwyczajna rzecz, teraz wszyscy przyzwyczaili się do słuchania, teraz nie ma chwili, żeby nie było czego słuchać.

 

 

Za dnia grzmi Führerem i butami Sipo, a noc, taka szklana, dzwoni, dzwoni, dzwoni żydowskimi witrynami. Berta uśmiecha się wyrozumiale, kiedy Dietrich zjawia się u niej bez okularów, spadły mi, zgubiłem je w tym szkle. Romantyk, mówią, idealista. Tacy jak on dobrze spisują się na froncie.

Z balkonu Margi doskonale widać przemarsz chłopców. Sebastian, Karl, Johann, Siegfierd... . Dietrich ma niebywale gęste, konopiaste włosy, łatwo go wypatrzeć w tłumie. Więc gdzie ... ?

To dla was, romantycy! Marga śmiejąc się rzuca pod nogi chłopców kwiaty, granatowe bratki, aż ojciec musi złapać ją za ramię. Uważaj na słowa,dziewczyno!

Wciąż zapominają, Berta, Marga i Liselotte, że Dietrich swoje szalone włosy ściął, musiał ostrzyc pod hełm.

 

Liselotte ma narzeczonego, który na fotografii, w swoim mundurze Schutzstaffel, wydaje się piękny jak marzenie. Narzeczony Liselotte pisuje długie listy, listy mówiące głównie o tym, jak za nią tęskni. Dziewczęta zazdroszczą Liselotte i nie wiedzą już, Marga i Berta, czy mają się martwić, czy gniewać na Dietricha, bo listy od Dietricha są coraz krótsze i coraz ich mniej. Może po prostu nie ma pod ręką Goethego, którego mógłbym przepisywać.

Nawet sobie nie wyobrażasz, jak tu jest zimno, pisze gdzieś ze Wschodu. I to już cały list, cała wiadomość, więcej nic. Nic, aż do końca wojny.

 

Przez pewien czas martwią się o Dietricha znacznie mniej, Berta, Marga i Liselotte. Ale to nie jest ich wina, trudno teraz pamiętać o kimś, kto milczy na dalekim froncie. Teraz, kiedy okazuje się, że umarł narzeczony Liselotte, piękny jak marzenie w swoim mundurze Schutzstaffel. Teraz, kiedy grzmi także w nocy, kiedy noc, taka szklana, brzęczy wszystkimi szybami Berlina, kiedy trzeba cały czas słuchać i gasić światła, teraz nie sposób się martwić, przecież kto chciałby zabijać Dietricha? A kogo chciałby zabić Dietrich? Myśli nagle Berta, przytulona do drżącej ściany.

 

W maju, kiedy Berlin dzwoni, dzwoni w uszach ciszą, taką kruchą jak szkło, wracają chłopcy. Wracają Johann i Siegfried. Wraca Karl, ale na krótko. Wraca młody Gefreiter o konopiastych włosach, powoli odrastających po ostrzyżeniu pod hełm.

Dziewczęta nie lubią Gefreitera, nie lubią, Berta, Marga i Liselotte, bo Gefreiter nie da się lubić, bo Gefreiter jest cały czas z tego świata, uśmiecha się jak wszyscy, krzywo i z niedowierzaniem. Gefreiter ma opuchnięte, zaczerwienione powieki, a w oczach plan, o tak, od razu widać, że jest z takich, co nie marzą, tylko planują. Mówi mało i samymi pytaniami.

To nie jest Dietrich, gdzie Dietrich, co się z nim stało? Mardze drżą usta, kiedy patrzą na Gefreitera, Marga cała drży.

 

 

Marga (część II)

 

Kiedy w maju wkracza w ciszę Berlin, myśli jeszcze, że może będzie mógł do tego wszystkiego wrócić.

Kocha mnie – myślę – więc czemuż w tę miłość

Mam nie uwierzyć, choć taka daleka?*

W sierpniu sięga po tomik Goethego i siada z nim na resztkach schodów już tylko po to, by upewnić, że powrót jest niemożliwy.

Dietrich wie, że miłość jest jak śmierć, tak samo organiczna. Przypadkiem wie, tylko dlatego, że przyszło mu pomagać w szpitalu polowym, a jedna sanitariuszka była trochę młodsza i trochę bardziej przestraszona od pozostałych. Jutro możemy już nie żyć, powiedziała mu wtedy, i chyba nawet rzeczywiście zginęła trzy dni później, a może to nie ona, może to jakaś inna, i nic, nic nie było w tym podniosłego.

Właśnie wtedy, kiedy siedzi z tym Goethem w ręku, przecierając oczy między jedną głupią strofką a drugą, właśnie wtedy zjawia się Marga. Najpierw ramiona, potem dotyk włosów na policzku, a potem usta, i łzy, i reszta cała. T-tak się cie-eszę, szloch i śmiech jednocześnie, t-tak się cie-eszę, że wróciłeś!

Masz takie zmęczone oczy, potrzebujesz zieleni. Zabrałabym cię do mnie na balkon, ale wiesz, nie mamy już balkonu. Dietrich pozwala Mardze całować swoje zmęczone oczy, a potem snuć marzenia o zieleni, zielonym balkonie, spacerze po zielonych łąkach, wreszcie o zielonych ścianach pokoju i myśli, że Marga wciąż czesze się tak samo, wciąż tak samo upięte, miękkie, ciemne loki.

Berta uśmiecha się przepraszająco, za nią i za Liselotte, kiedy po raz pierwszy spogląda na ich ostrzyżone głowy, wszy rozumiesz. To ona wszystko tłumaczy, to ona musi odpowiadać na pytania za nie obie, bo Liselotte nie sposób zrozumieć, trudno nawet patrzeć, kiedy otwiera usta. Kolbą ruskiego karabinu, stwierdza krótko Berta i tym razem nawet nie próbuje się uśmiechać .

 

Marga jest całkiem jak Goethe, myśli Dietrich, ciągle ta sama, jakby nigdy nic, jakby przez te sześć lat...

- Gdzie Ty byłaś przez te sześć lat, dziewczyno?

Chwila wahania, nerwowy trzepot rzęs.

- W Berlinie...

Der Stürmer, tak go nazywali w plutonie, tego Bernda, który miał brata pracującego przy radiostacji. Wtedy, w kwietniu, poszarzały na twarzy Der Stürmer powiedział: Nie ma już Berlina, a Sebastian zerwał się, cisnął o ziemię karabinem, a potem hełmem i śmiał się, głośno się śmiał, co myślicie, chłopaki, strzelić sobie w łeb od razu, czy czekać, aż zrobią to ruscy. Potem był sąd i sucha gałąź, a byłyby dwie, jak dwa sądy i dwa ciśnięte o ziemię karabiny, gdyby tylko Dietrich mógł wtedy rozprostować palce.

Jak zatem Marga ze swoimi marzeniami, z lokami i z kamienicą, która postradała zaledwie kilka szyb i jeden balkon, jak ona mogła być w Berlinie, kiedy Berlina już nie ma? Dietrich dotyka jej nieśmiertelnych włosów i myśli sobie, że jednak wolał ją z tamtym nerwowym trzepotem rzęs, naprawdę wolałby Margę majową od Margi sierpniowej, bo ta majowa wydawała się jeszcze rozumieć, że powrót jest niemożliwy.

 

Teraz wszędzie wokół niego pełno jest ludzi-map – bitwy, naloty, pola minowe, wszystkie fronty tej wojny zaznaczone na ludzkiej skórze. Dietrich uważa, że ma szczęście, bo jemu przypadł tylko jeden punkt, jedna nazwa. Czerwone ręce – to Stalingrad.

Stalingrad, mówili, to już nie uganianie się po lasach za Polakami. To będzie prawdziwa wojna, mówili, na sekundę nie wypuścicie karabinów z rąk. Rzeczywiście, po tygodniu leżenia w zamarzającym stalingradzkim błocie nie da się wypuścić z rąk czegokolwiek, nie da się w ogóle rozprostować palców.

Kiedy mieszkańcy Berlina zaczynają pisać, mówić, aż wreszcie oddychać Norymbergą, Dietrich przestaje nosić rękawiczki. Czerwone ręce – to wyzwanie. Tak, był na Wschodzie, tak, szedł w pierwszym szeregu. Przegrał tę wojnę , tak, właśnie tak, podobnie jak Johann, ten Johann, który zawsze zakłada rękawiczki, kiedy idzie do miasta z wizytą i udaję, że przez te sześć lat był w Berlinie. Głupi, całkiem jak Marga, jak mógł być w Berlinie, kiedy Berlina już nie ma?

 

Zmarzniesz. Mija kilka sekund, zanim jego palce zamkną się wolno wokół jej dłoni. Zawsze te kilka sekund wahania, akurat tyle, by zmieścić w nich odrobinę milczenia i nerwowy trzepot rzęs.

- Gniewasz się na mnie.

- Nie.

Pod Stalingradem listy z Berlina posłużyły mu jako opał. Grzał nad nimi zmarznięte ręce i patrzył, jak płoną okrągłe, nieśmiertelne litery, listu od Margi, te listy coraz bardziej nie do uwierzenia.

- Gniewasz się Dietrich. O co?

- Powiedziałem ci już, że się nie gniewam.

 

Okno w jego pokoju kiedyś musiało wychodzić za mur, ale teraz, jeśli usiąść w odpowiednim miejscu, patrzy się przez nie przede wszystkim na niebo, popękane, poznaczone czarnymi kikutami gałęzi.

Młodzieniec wita jak dziecko radośnie

Swą wiosnę życia, sam podobny wiośnie.**

Dietrich spogląda na nie w roztargnieniu, na te pęknięcia w błękicie, które z pewnością nie będą więcej zielone. Powinno się je ściąć, myśli. Wiosna w Berlinie, rzeczywiście, a potem kartkuje żółknący już tomik Goethego i zastanawia się, dlaczego właściwie nie cisnął go jeszcze do pieca.

Zawsze je lubiłaś, prawda? Proszę. Marga waha się przez chwilę, rzęsy trzepoczą nerwowo, palce przebiegają wzdłuż grzbietu książki.

- Weź. Jest twoja.

- Jesteś pewien?

O tak, Dietrich jest pewien, i wcale nie musi czekać do kwietnia, by wiedzieć , że Marga jako zakładkę wykorzysta zasuszony bratek, granatowy bratek. W kolorze twoich oczu, powiedział jej wtedy, jeszcze przed wymarszem z Berlina, a przed wymarszem z Berlina, Dietrich pamięta to dobrze, kwiaty sypały się z nieba, mnóstwo kwiatów wdeptali wtedy w bruk.

Dietrich się myli. Kiedy w kwietniu wertuje Goethego, między kartkami nie ma nic, nawet samych kartek brakuje, a pod oczami Margi widać wąskie obwódki, właśnie tak, obwódki sine jak zasuszone bratki. Kilka wierszy było nieaktualnych, więc je wydarłam.

 

Listy do niej pisał, takie małe oszustwo, wszystko przepisane z Goethego. Romantyk, mówili, marzyciel, a Marga śmiała się tylko, wiesz, Dietrich, ja to bym mogła nawet wyjść za ciebie.

 

- Nadal chcesz za mnie wyjść – pyta oschle i myśli, że jeśli Marga odmówi, będzie mógł nawet jeszcze ją kochać.

 

 

* J.W. Goethe, Listy do zakochanej

** J. W. Goethe, Do Wertera