Robert Czop - O poezji przyjaciół Jerzego Koperskiego

Im bliżej jestem darów ziemi, tym wyraźniej widzę, jak bardzo chciałem się od nich odgrodzić żywopłotem cywilizacyjnych uroków. Dzisiaj, kiedy dotykam drzew i kwiatów, gdy rozmawiam z ptakami, to coraz mocniej zanurzam się, dopasowuję i rozmywam w tej przeuroczej krainie, a mury topią się jak bryły nietrwałego lodu.
Gdy czytam wiersz Zbigniewa Jerzyny „Lokacje", odnoszę wrażenie, że jestem w niczym nieograniczonej przestrzeni, gdzie mogę przemieniać się w przeróżne stwory lub bezkształtne istoty, gdyż żadne granice nie zamykają pola manewru mojej wyobraźni. Ale to jeszcze za mało, ponieważ im bardziej wgłębiam się w tę poezję tym mocniej czuję, jak się przesuwam o jeden szczebel wtajemniczenia wyżej. Teraz już jestem duchem, zjawą, a raczej kimś, kto nie ma postaci człowieka, mimo że jej nie stracił. Taka zdolność daje mi nowe możliwości, ponieważ mogę uczestniczyć w życiu drzewa, a ono może wniknąć we mnie, stając się tym samym duchową jednością ze mną, bo ten liść jest:

                      tak bliski myślom
jak ciału krwiobieg

     W tej niezapomnianej wędrówce przechodzę różne  metamorfozy, uświadamiając sobie, że poeta  wychodzi do mnie z czymś znacznie głębszym, niż tylko z apelem o ochronę środowiska. On liczy na to, że całkowicie się zjednoczymy z naturą:

lecz kiedy widzę kamień
                                             to on mną się zmienia

    Wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że mamy do czynienia z miłością, której idealnym wzorcem był św. Franciszek. Tymczasem osoba mówiąca w wierszu nie oddziela i nie narzuca nam gotowych określeń, lecz rezygnując z podziałów, tworzy jednolitą całość. Tutaj drzewo nie jest naszym „bratem" a kwiat „siostrą", którą należy kochać, ale całością, z którą jesteśmy nierozdzielnie związani. Jeżeli utniemy gałąź, to tak jakbyśmy sobie ucinali rękę. Jeżeli kopiemy kamień, to czujemy na sobie ból kopnięcia, mimo że nie zdajemy sobie z tego sprawy. Zjednoczeni ze wszechświatem, nie możemy się od niego odwrócić i nie możemy uciec, tak jak nie potrafimy odejść od ręki lub od głowy. Trzymamy się kurczowo iluzji granic stworzonych za sprawą człowieka, mimo że tych granic w rzeczywistości wcale nie ma. Przez swoje zaślepienie i brak życzliwości z jaką powinniśmy podchodzić do otaczających nas bogactw naszej planety, tracimy zdolność odkrywania nowych tajemnic i zachwycania się nowymi możliwościami.
Jeżeli zmienimy nasze podejście do wielu, zaniedbanych przez nas dziedzin życia, to zadziwią nas nowe doświadczenia, uświadamiające nam, że:

w deszczu odnajduję
                                               swoją całość
    
    Uczy mnie to miłości i szacunku nie tylko do świata, z którym obcuję, ale również do samego siebie, gdyż pozwala to mi odkryć prawa pozwalające lepiej i szczęśliwiej żyć. Podmiot liryczny uświadamia nam, iż nie ma wokół nas czegoś określonego, co byłoby czymś stałym, lecz że wszechświat płynie i jedno zachodzi na drugie i jedno od drugiego staje się zależne. I tutaj tworząc obrazy poetyckie, wprost malarskie, zmusza do stworzenia w wyobraźni rysunku ptaka. Więc główkę i dalszą część ciała, oprócz skrzydeł, narysujmy ostrą kreską. Skrzydła natomiast, im dalej od korpusu, będziemy coraz bardziej wyciszać i staną się one z każdym milimetrem kreski coraz delikatniejsze, aby przekształcić się w obraz  niemal niezauważalny dla oka. My jednak będziemy czuli, że one nadal, gdzieś tam „się rozpisują". Może, prowadząc  w tym kierunku, autor wiersza chce nas wprowadzić w obszar mistyczny, gdzie pozostanie nam się połączyć już tylko z Bogiem. Bo właśnie tutaj pozostanie nam zrozumieć  paradoks, że:  ryba też jest głębią, Przy czym trzeba tu zaznaczyć, że przyroda nie jest  jedynym środkiem doprowadzającym  do zjednoczenia, ponieważ:

              ten dom co zamieszkuję
               jestem w nim  l o k a t o r
    on cały obrośnięty

             w miasta dźwięk i zapach
    nie ucieka od siebie
 choć otwarte okna

                widząc dom wiem  że jestem
    w nim zadomowiony

    I tutaj, wydaje mi się, jest ukryta ta myśl najważniejsza, która przekonuje, że nie jest najważniejsze miejsce, gdyż wszędzie możemy być nieszczęśliwi, lecz  sposób naszego zadomowienia się w otaczającej nas rzeczywistości.


Powrót do człowieka w poezji Janusza Kryszaka

    W swojej poezji Janusz Kryszak opisuje  piękno i tajemniczość, wprost uwodzicielskość przyrody. Bohaterami wierszy stają się owady, nietoperze i ptaki, które zadziwiają swoim zachowaniem. Dla wrażliwego na wszelkie niezwykłości obserwatora, nie są obojętne uroki lasów, jeziora, a nawet pojedynczych drzew lub pozostawionych na ziemi gałęzi. Otaczające nas rośliny i zwierzęta zachwycają, ale równocześnie wzbudzają obawę, a nawet lęk. Z tego też powodu od niepamiętnych czasów odgradzamy się  od otaczającego nas świata flory i fauny. Budujemy coraz doskonalszy mur  wiosek, osiedli i miast. Właśnie ta ucieczka w betonowe pustynie niepokoi podmiot liryczny w wierszu W wiecznej chwale, ponieważ dostrzega w nich przyczynę naszego zubożenia, wynikającego z coraz większego braku kontaktu z naturą, co w ostateczności doprowadza do osamotnienia ludzkiego gatunku:

       Jeszcze tylko niewielki wysiłek i potem
 już zawsze jedynie jaspis i kryształ,
         poza dniem i nocą, bez słońca i księżyca,
         bez magicznych sztuczek zalotnej natury.

                                                Ale w wiecznej chwale

                                                 doskonałej samotności


    Nie zabrakło też w tej publikacji  miłości, która z każdą chwilą jest coraz bardziej niecierpliwa, wprost drapieżna. Otaczający nas zewsząd wszechświat przygląda się igraszkom kochanków, lecz nic nie trwa wiecznie i z tą świadomością, która coraz mocniej domaga się swoich praw, idziemy ku  starości i śmierci:

Stary poeta
                            mówi o dolegliwościach ciała

   ono marnieje

    Pozostają tylko wspomnienia, stare fotografie i zapiski, ostatni świadkowie naszego pobytu na ziemi. Czasem pojawi się żal, że nie znaleziono czasu na rozmowę, że nie zdążono się zapytać lub odpowiedzieć. Rodzi się świadomość, iż w tym wyścigu z czasem zabrakło jednej chwili na to najważniejsze spotkanie, gdzie można było sobie tak wiele opowiedzieć, bądź wyjaśnić to, co dzieliło. Rozpoczynająca zbiór Coda  przypomina swoją  wymową  Śpieszmy się Jana Twardowskiego.
    Niewątpliwie wielkim atutem poezji Janusza Kryszaka jest podejmowanie problemów egzystencjalnych, ponadczasowych, które zawsze nurtowały mieszkańców naszej planety.
Przykłady z historii filozofii lub historii literatury udowodniły, że są pewne prawdy, które nigdy się nie starzeją. Ileż to systemów filozoficznych straciło na swoim blasku i nie wytrzymało próby czasu, natomiast Platon jest wciąż młody i ma się dobrze. Dlatego nawet najwspanialsze, w określonym czasie programy literackie, stworzone lub wspierane przez największe autorytety i osobowości, które zapisały się złotymi zgłoskami w naszej literaturze, z biegiem czasu  znikają, stając się tylko ciekawostką lub ćwiczeniem z polonistyki. Natomiast wiersze o życiu, wciąż są ponadpokoleniowe i bliskie każdemu człowiekowi. Niestety sam Janusz Kryszak okazał się człowiekiem podłym bowiem przez 12 lat aktywnie współdziałał ze Służbą Bezpieczeństwa.


Architektura w poezji Krzysztofa Mętraka

    Któż z nas nie zachwycał się wspaniałymi budowlami stworzonymi przez człowieka ? Czy jest ktoś kto mógłby przejść obojętnie obok piramid lub innych cudów architektury, które zadziwiają swoim pięknem ? Czy wrażliwy na wszelkie otaczające go zjawiska poeta mógłby nie wspomnieć choć słowa na ten temat ? Historia już dała odpowiedź na te pytania, pozostawiając nam tomy książek, zafascynowanych tym niepowtarzalnym zjawiskiem ludzi. Obok tego nie przeszedł również obojętnie Krzysztof Mętrak. Już  sam tytuł „Akwedukty", który rozpoczyna dwa wiersze, zdradza, jak bardzo mocno  świat pamiątek przeszłości z kamienia, ujął za serce tego poetę.
    Uderzające jest jednak to, że Mętrak wybiera strzeliste budowle, jak: kościoły, wieże, akwedukty, które charakteryzują się imponującymi wysokościami, a zarazem czynią wrażenie lekkich konstrukcji, wprost delikatnych, urzekających nas swoją finezją wykonania i geniuszem ich twórców. Również przyroda w wierszach przyjmuje postać gór.
Z drugiej natomiast strony czytelnik zetknie się ze studniami i falochronami, ale także z jaskinią i cieśninami. Naturalnie zbyt krótka jest nasza praca, aby omówić wszystkie te elementy, które znajdują się  w tej poezji, ale spróbujmy zatrzymać się chociaż przez chwilę nad wybranymi przykładami.
    W wierszu  „Błędny ognik" „latarnia wysokiego brzegu"  staje się jakby  porównaniem ludzkiego osamotnienia. Jeżeli spojrzymy na kontekst całego wiersza, to ta samotność potęguje się jeszcze bardziej. Nie koniec jednak na tym, bo podmiot liryczny wraz z osobą lub osobami mu towarzyszącymi jest odrzucony i wypędzony poza określoną społeczność, co jeszcze mocniej wzmaga smutek i gorycz, pogarszając w ten sposób stan, w jakim się znajduje.
    W innym utworze człowiek jest tylko wzmianką do cienia, gdy „pada pod strzelistość katedr". Wydawałoby się, że ludzie są marniejsi, mający mniejsze znaczenie, niż dzieła, które zostały przez nich stworzone, ponieważ one trwają nadal, gdy tymczasem ich projektanci i wykonawcy odeszli w niepamięć. Nie jest to jednak prawda ostateczna, czego dowodem, na przykład rybak  z powieści  Hemingwaya „Stary człowiek i morze". Również i tutaj dochodzimy do wniosku, że poecie chodzi o dokonania ludzkie, które są wieczne
i zaćmiewają nawet dzieła wybudowane za pomocą narzędzi i rąk , ale pod jednym warunkiem, że człowiek się nie pochyli przed tym, co wybudował.
Autor omawianych przez nas tekstów  wie, że nasz skarb jest tam, gdzie nasze serce i przekonany o tej prawdzie, którą można znaleźć w Biblii pisze:

    Człowiek jest nadto: nad poranność
                                                                  cienia –
kiedy w kryształów rozłożystej bieli
    zakwita w miękkość otwartego serca.

    Wspomnieliśmy już, że akwedukty mogą nas zachwycić swoimi łukami
wzniesionymi na kolumnach, ale i one mogą być zatrute jadem historii, która
w wielu wypadkach nie oszczędzała narodów od bratobójczych wojen lub skrytobójczych morderstw. Świadomi tych zdrad, bezlitosnych kaźni, nie patrzymy już z takim zachwytem na budowle, na których widzimy cień zbrodni:

            strzały ości w rubryce gardła posiniałe
                                                                                nagle
centurion agrypinę zabić – nagle
                                                                przyszedł
                      tętent siarki rozlega się w chrapach źrebaków

Zapach siarki kojarzy nam się z piekłem, więc i tutaj duch ciemności i zła dokonywał za pomocą rąk ludzkich dzieła zniszczenia.
Wynika  więc z tego, że obok światła świetności  jest ta druga, ciemna strona, wynikająca nawet z tego, że tak wielu bezimiennych straciło życie przy budowie tych  gmachów ludzkiej pychy, które dzisiaj tak bardzo podziwiamy.
Świadomość tego niepokoi: niepokój siedmiu cudów świata w sobie / czuję.

Obrazy wędrówki przez życie i śmierć
w poezji Barbary Sadowskiej

    W literaturze polskiej w różny sposób przedstawiano motyw śmierci. Z jednych epokach starano się poruszyć czytelnika grozą rozkładającego się ciała lub wizerunkiem niewieściego szkieletu, który zapraszał do makabrycznego tańca. Dążono do tego, by uświadomić czytającemu te pełne grozy wierszydła, że powinien sobie zdać sprawę z marności ziemskiego życia, a co za tym idzie, nie przywiązywał się do niczego, co jest doczesne. Życie nie znosi jednak stałego bycia na jednej krawędzi skrajności i domaga się zmian, kiedy przyjdzie znudzenie lub przeforsowanie określonym zjawiskiem. Podobnie stało się i tutaj i świat zaczął starać się zapomnieć o tym, co nieuniknione, odnajdując radość  w tym, co spotykało go tutaj na ziemi. Z tego też powodu, zaczęto unikać rozmów o śmierci, tworząc kolejne tabu spychające ten problem na niewarty uwagi margines, lub zaczęto ją ukazywać jako kogoś bliskiego i przychylnego człowieku w drodze na tamten świat.
    W poezji Barbary Sadowskiej pojawia się jakby pogodzenie tych dwóch skrajności
i stworzenie nowego, wprost metaforycznego, obrazu. Poetka nie ucieka od motywu śmierci, ale również nie znajdziemy, w przedstawionym przez nią poetyckim świecie, tej makabry,
wzbudzającej najczęściej niesmak u bardziej wrażliwych, co raczej nie zmusza do przemyśleń nad przemijaniem, lecz zniechęca do podejmowania kontemplacji na ten temat. Odnajdziemy natomiast próbę estetyzacji  zgonu i ostatnich chwil życia, ale nie tylko to, ponieważ stwierdzenie, że jest to tylko określony zabieg kosmetyczny, pozwalający  spokojnie przełknąć te niemiłe dla wielu myśli, byłoby zbyt wielkim uproszczeniem i nie oddawałoby prawdy o twórczości autorki „Zerwanych drutów".
    W wierszu „Zachód słońca" nasza gwiazda, dzięki której istnieje życie na zielonej planecie, najpiękniejsza jest wówczas, kiedy umiera. Ale wydaje się, że  słońce  nie idzie jak łagodny baranek na rzeź, ale się broni, walcząc do ostatniego tchu. W tym swoim dramatycznym pojedynku, gdzie stawką jest to, co dla nas najcenniejsze, przypomina człowieka:

 czepia się promieniami
                                                         drzew
                                                         twarzy
.....................................
                                                         promienie załamuje
                                                         jak ręce

    To porównanie do istoty rozumnej tworzy pełną napięcia chwilę. Ktoś, kto umiera, nie jest brzydki, ale ma w sobie niespotykane piękno, wyzwalające się właśnie w tym ostatnim momencie, kiedy czuje, że ma odejść:

słońce jest najpiękniejsze
                                                       kiedy umiera
.............................................
                                                       mrużę oczy
  na piękną czerwoną śmierć:


Barbara Sadowska, jakby idąc za myślą Edwarda Stachury, że „Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest" ( „Życie to nie teatr" ), rozszerza ją, dodając, iż śmierć jest straszna, ale i piękniejsza jeszcze jest. W tym przypadku ta chwila odejścia skupia w sobie równocześnie piękno i brzydotę tego ostatecznego zjawiska i tworzy paradoks, które staje się całkowicie nowym tworem, nie mającym nic wspólnego z próbą ukazania śmierci w poprzednich wiekach. Autorka tego wiersza jakby łączy wcześniejsze, często sprzeczne ze sobą poglądy i tworzy nową, uniwersalną prawdę, będącą najbliżej tego, co nas w ostateczności pod koniec życia spotka. To odkrycie, mówiące nam o czymś  niemal fascynującym podmiot liryczny, trwa do momentu, kiedy:

 dopóki nie opadnie
zasypane grudkami
                                                      zmierzchu

    Wówczas po skończonym spektaklu, pozostaniemy sami w mrokach nocy niepewności o określone przeżycie starsi. W utworze tym nie znajdziemy informacji o tym, co po tamtej stronie, gdyż nie jest to dla Sadowskiej tak ważne i  prowokujące wyobraźnię jak sam moment zejścia. Nie ma więc nic przed i po, gdyż najważniejszy jest właśnie ten jeden moment i  z niego autorka nie chce nic uronić, czego później mogłaby żałować.
    Innym przykładem  wtopienia motywu śmierci w piękno przyrody, działającej kojąco, jest wiersz poświęcony tacie. Nie znajdziemy w „Śnie o ojcu" obrazu tonącego okrętu, darmo doszukiwać się tragedii ludzi walczących o przetrwanie. Po prostu ukochany rodzic rozpłynął się w morzu, stał się z nim jednym. Natura spełnia rolę balsamu, gojącego rany, uśmierzającego ból, który po utracie najbliższej osoby, jest często niewyobrażalny. Na pozór wydaje się, że nic wielkiego się nie stało, a my zanurzamy się  w bajkowy świat morskich dziwów, gdzie:
w rybie każdej – ojciec mój ukryty

„Wnętrza doświadczeń z ciemnych warstwic snów" – Andrzej K. Waśkiewicz
„ miasto (  notatki )"

Pamiętam bardzo dobrze  starszego pana, który zaczął opowiadać o swoich przeżyciach wojennych i nagle się rozpłakał, bo nie mógł już nic powiedzieć.  Wszystko znów stanęło mu przed oczami, jakby to było wczoraj i  zacisnęło się gardło, i  przerwał wypowiedź w pół słowa. Stałem się świadkiem otworzenia ran, których czas nie potrafił zabliźnić. Kiedy ogląda się stare fotografie w albumach, upamiętniające zniszczenia wojenne, ukazujące ruiny Warszawy i innych miast, to aż trudno uwierzyć, że człowiek zdołał to wszystko odbudować. Wydawałoby się, że skoro już wszystko zostało naprawione, co przypominało tamte tragedie, to i dusze w ludziach, co przeżyli ten koszmar, powinny otrząsnąć się, ale niestety nie jest to takie łatwe.
    Kiedy patrzyłem na tego płaczącego mężczyznę, stanął mi przed oczami pamięci wiersz Andrzeja K. Waśkiewicza  „miasto  ( notatki)".  Również i tutaj podkreślona jest ta prawda, że nadal prześladuje wszystkich tych, co są porażeni wojną ten sam sen, nie dający ukojenia. I choć odbudowano domy, to i tak mury są  przesiąknięte tamtymi wydarzeniami
i nadal czuje się mdły zapach krwi i rozkładających się ciał, mimo że ściana pokryta jest świeżym tynkiem. Podmiot liryczny wciąż prześladuje obraz spalonego budynku i mimo lat, które biegną w zawrotnym tempie, ten dzień, jakby się zatrzymał w miejscu, nadal stoi przed oczami:

                      lata mijają a on idzie
i za nim
                                                      snuje się dym i nie rozprasza się  i schody
  ciągną się
       nieskończone
                                              i tak idzie ten chłopiec po wypalonych
                              schodach wypalonego domu
  idzie i idzie

    Wszystko tutaj zostaje wyolbrzymione do monstrualnych rozmiarów, a ta nieskończenie długa droga oplotła całe jego życie i będzie trwać prawdopodobnie aż do śmierci. Ten chłopiec cierpi, z powodu tej nienaturalnej sytuacji, cierpi za grzechy tych, którzy zbombardowali miasto, czyniąc straszną kaźń tu na ziemi. Mogłoby się w pierwszej chwili wydawać, że ta ucieczka przed przeszłością doprowadzi do całkowitego wyzdrowienia, ale rehabilitacja kończy się  niepowodzeniem, ponieważ dym się nie rozprasza, a te spalone schody są w nim.

   jeden ze snów dziecięcych:
                                                 eskadra
           ogromnych wstrzymanych w locie
                                                                      bombowców

                                                śniąc widziałem
                                                że przecież ruszą

                                                ale jeszcze
                                                trwały w bezruchu

                                                i patrzyłem na nie
                                                śniąc i wiedząc że śnię
                                                i czekałem
                                                huku bomb

    Jak bardzo jest to przygnębiające, że w świecie dziecka pojawiają się tak przerażające obrazy. Ale dzieje się coś znacznie straszniejszego, bo oto wchodzący dopiero w życie mały człowiek przestaje zachwycać się zabawkami, ale  ulega silnym emocjom na wskutek nowych przeżyć. Zaczyna bawić się w wojnę. Ujawnia się  kolejna krzywda, którą wyrządził konflikt zbrojny, zniekształcając świat dziecka. Ale takich anomalii jest znacznie więcej, które były już nieraz ukazywane w poezji i prozie tamtego czasu. Te skrzywienia pozostaną już do końca życia każdej jednostki zarażonej tym wirusem wojennego szaleństwa. W poezji Andrzeja K. Waśkiewicza pojawia się obraz zniszczenia, ale nie tylko dotyczy on budynków zamienionych w ruinę, nie tylko ludzi zabijanych  podczas ucieczki na ulicy, zasypanych gruzem, duszących się w zawalonych schronach lub w czasie katorżniczej pracy „w fabryce broni w folwarku na wschodzie", ale przede wszystkim są tutaj ukazane spustoszenia w ludzkiej psychice, których nie można wyleczyć:

trawa na gruzach nie wyrosła jeszcze
                                            - nie pamięta tych gruzów jeszcze nie
                                                                                               pamięta
                                             popiołów ani ognia.

                                            czy mógłbyś mu zazdrościć po takiej
                                                         wiedzy

    Jednak mimo tego całego okrucieństwa „świat / jeszcze istnieje". Świat leczy się z ran
i nadal zadziwia nas swoim pięknem, ale nawet i tutaj pojawiają się zjawiska kojarzące się
z tym, co było złe i nie pozwalają zapomnieć.

Coraz bardziej samotne pokolenie w poezji Bohdana Wrocławskiego „Cyrograf Milczenie"


    Nasz świat przemija, a czas jest tak nieubłagany. Jedynie, najdroższe sercu, pamiątki, miejsca, tęsknota za dzieciństwem zmuszają do odwrócenia siwej głowy i spojrzenia wstecz.
Prowokują do zadumy, rodzą  żal, że  coś odeszło bezpowrotnie. Jedynie pierwsza miłość powraca jak bumerang, wciąż przynosząc niezmienny  klejnot emocji i wrażeń.
    Opuszczają nas najbliżsi. Nieobecni już są ci, którzy wzbogacali swoją poezją życie pokolenia, odchodzącego powoli, ale nieubłaganie na drugą stronę. Brakuje już tych klimatów, pozwalających się cieszyć pełnią życia i powodujących, że osoba mówiąca w tym zbiorze poezji czuła się  pewnie w tych swojskich miejscach na ziemi. Wraz z przyjaciółmi
i one nieodwracalnie zanikają, pozostawiając po sobie pustkę. Natomiast do tej nowej rzeczywistości podmiot liryczny nie potrafi się już przystosować, mimo że czasem odnajdzie jeszcze kawiarenkę, prowokującą swoi klimatem do wspomnień, ale są to już tylko  wspomnienia, ponieważ:

   Już dawno nieobecni są Grochowiak Stachura
                                      i Zbyszek Herbert
                       na Krakowskim Przedmieściu otwarto kilka nowych kawiarni
         do dziś przebywają w nich artyści o długich włosach
                                      i smutnych oczach

    Umierają nie tylko ludzie, ale także budowle i idee. Podmiot liryczny staje się coraz bardziej osamotniony. Ale nie tylko dlatego, że: zajmuje się wykreślaniem  nazwisk
z notatnika / czarne poziome kreski dominują na każdej stronie, lecz przede wszystkim dlatego, iż nie może się odnaleźć  w nowej rzeczywistości, która jest dla niego czarna, mimo że drogę  rozświetlają  „przeraźliwym krzykiem" neony. A może właśnie dlatego, że to nowe jest takie przeraźliwe, a w tym starym nie ma już  oparcia i nie może liczyć na nie, czuje się tak bardzo opuszczony i samotny w otaczającym go tłumie, z którym ma, za każdą narysowaną czarną kreską, coraz mniejszy kontakt. Trudno mu się zdecydować na krok, gdyż nie jest pewny, czy właściwy kierunek obierze, zwłaszcza  że sił z każdym dniem ubywa. Więc pojawia się obawa iż się spóźni z winy swoich kompromisów, które w ostateczności obracają się przeciwko niemu.
    Wciąż potykamy się samotni o własne przyzwyczajenia, ale już nikt nie przyjdzie i nie pomoże nam  ich zrealizować. Pewne zjawiska znów się powtarzają i wszystko, co już było, rodzi się na nowo, tylko że kto inny tworzy nowe dzieła w literaturze lub muzyce. Kiedy spojrzymy na lata, które przeminęły, to im bardziej się od nich oddalamy, tym bardziej się zmniejszają, aż stają się tak małe jak dziesięciogroszówki.


        Przy ulicy Mokotowskiej 48 - post scriptum Jerzego Koperskiego

    Oto ci, zakochani w poezji, młodzi ludzie sprzed lat. Dziś, kiedy po wielu została tylko pamięć i twórczość, należy ocalić od  zapomnienia to, co jeszcze nam dane zachować.
    W wypowiedziach człowieka tamtego pokolenia czasów żarliwych umysłów i marzeń twórczych mamy okazję poznać świat, który charakteryzował się właściwym tylko dla niego klimatem spotkań, rozmów i dyskusji. Pojawiają się postacie tak dobrze nam znane  z literatury, ale ukazane w inny, bardziej ludzki i ciepły sposób. A dzieje się tak dlatego, że bliski im pisze o bliskich. Byłoby niewybaczalnym  błędem zlekceważyć to, co podsuwa nam tak nieoczekiwany splot wydarzeń i przejść obojętnie obok tak cennego daru. Dlatego korzystając z podarowanych nam wspomnień, spójrzmy  oczami Koperskiego na jego przyjaciół, zaczynając nasze wspomnienia od Barbary Sadowskiej:  Barbara raczej zawsze  podczas tych spotkań, czy w prywatnej rozmowie była milcząca, małomówna, chociaż
i impulsywna w dyskusjach. Oczy Jej – to takie  wielkie meteoryty, koloru skał brązowych, uśmiechnięta wieczyście – jak rozkwitające tulipany, albo przebiśniegi. I, niestety, paląca najwięcej  ze wszystkich ( nie mniej niż Żernicki ). Milcząca, słuchała i drwiła z nas ?
Ze mnie ?
    To tylko jeden z obrazów, które pojawiają się w tej wypowiedzi. Wspomnijmy jeszcze o jednym, ponieważ nie możemy zapomnieć o jej miłości do syna i bólu po jego stracie: I, być może dla tych, co kiedyś bardzo później, zechcą w poezji odnajdywać miłość i ból. Tak, najdokładniej: miłość i ból.  Bo Jej poezja z miłości i bólu powstała, każde słowo potem – to niewypowiedziany ból, bo jakże Słowo jest możliwe do zapisu BÓLU ?
    Jedną z najważniejszych osób był i jest nadal dla Jerzego Koperskiego Andrzej Waśkiewicz. Łączy ich wspólna pasja, i mimo że  czasem każdy z nich proponował inne rozwiązanie, to jednak od pewnego momentu nasze pasje sprzęgły się ze sobą – moja pasja działania, organizacji, jego – krytyka i dokumentalisty, i wspólne – redaktora i wydawcy
    Dla Koperskiego Waśkiewicz należy do najpracowitszych ze swojego pokolenia. Trzeba jednak przyznać, że współpraca obu panów zaowocowała imponującym dorobkiem wydawniczym w postaci poezji, krytyki literackiej, eseju i w udokumentowaniu tego, co jest najwartościowsze w twórczości ich pokolenia. Jest jeszcze jednak coś, co wzbogaciło obu współpracowników, a jest to przyjaźń, którą obaj wysoko sobie cenią, może właśnie dlatego, że kształtowała się w inności ich charakterów, co wymagało z obu stron  pewnych ustępstw
i kompromisów: Kiedyś kłóciliśmy się o różne sprawy, teraz – nie; choć różnimy się w ocenie
i przeszłości, i nas w tej przeszłości. Co do tego, co jest, różnimy się mało. I niech tak zostanie. I niech zostaną i wiersz, i przyjaźń.
    Także autor „Widmowego światła wspólnoty" stwierdza, że gdyby na swojej drodze nie spotkał swojego przyszłego przyjaciela to: Bardzo możliwe, że wieloma rzeczami, spośród tych, którymi się zajmowałem, nigdy bym się nie zajął, gdyby nie to, że mogłem zajmować się z nim razem. Wiersze bym pisał, to pewne, krytykę literacką uprawiał, też raczej pewne. Ale wtedy, w latach sześćdziesiątych, z odległej prowincji gdzie byłem sam jak palec, nie licząc nieco starszego prozaika Zygmunta Trziszki, znalazłem się w centrum ruchu młodoliterackiego. Jako uczestnik, tak, ale także: organizator, wydawca, redaktor, referent
i uczestnik przeróżnych sympozjów. Z czasem także – badacz tego zjawiska: prasy studenckiej, grup literackich, czasopism, i samego fenomenu ruchu literackiego
Rozstania bywają przykre, tym bardziej przykre, kiedy się ich najmniej spodziewamy.
Po najbliższych pozostają przedmioty, które stają się tak bardzo bliskie i cenne. Jedną z nich jest maszyna do pisania, taka maleńka i delikatna i bardzo dobrze pisząca. Jest to największa pamiątka po Barbarze Sadowskiej. Również Edward Stachura podarował Koperskiemu starą torbę pewnego czerwcowego popołudnia. W roku 1956 Jerzy Leszin – Koperski poznaje Janusza Żernickiego, a rok później spotyka na swojej drodze Edwarda Stachurę. Wspomina o tym w antologii poezji lat sześćdziesiątych „Zjawa realna": Z jednym i z drugim połączyła nas trudna miłość do poezji. Te słowa są najwłaściwsze. Obaj jednak byli dla mnie okrutni, choć wówczas byliśmy sobie równi. ( ... ) W tym samym roku 1956, wkrótce po pierwszym numerze „Współczesności", ukazał się – jak po latach napisał mi w dedykacji Sted – „nasz kochany Helikon". Janusz Żernicki wysłał jeden numer do Juliana Przybosia ( był wówczas kierownikiem działu poezji w „Przeglądzie Kulturalnym" ). Autor Najmniej słów w słowach iście porywających uznaje talent Żernickiego, a także – wybaczcie nieskromność – Koperskiego, o wierszach Stachury pisze, że to nieporozumienie, wręcz grafomania.
W dziesięć lat później, gdy Stachura wyda Falując na wietrze, Przyboś uzna zarówno oryginalność, jak i talent autora.
    Odejścia bardzo ranią, zwłaszcza wtedy, gdy  odchodzą ludzie, z którymi się zżyliśmy, którzy pozostawili nam cząstkę swojej osobowości, często tak bardzo wyjątkowej. Pozostają
w pamięci zdarzenia z nimi związane. Także i Stachura podarował tym, którzy mieli okazję się z nim zetknąć osobiście w czasie jego wędrówek lub czuli się z nim związani duchowo dzięki  jego poezji i prozie,  pewne światło  przepełnione blaskiem pragnienia przyjaźni.  Sted, jak wspominają o nim Żernicki i Leszin był: zachłanny w swoich przyjaźniach. Serdeczny i tkliwy, a jednocześnie niesłychanie napięty, trzeba było nie lada sztuki, aby jakimś przypadkowym słowem czy gestem Go nie urazić. Nie był łatwy we współżyciu i nikt tego od Niego nie oczekiwał. Był jak planeta w dwa główne ruchy wpisany, czujny wokół siebie i dookolny wokół słońca. Ruchy te pojąć – to na nowo dokładnie odczytać Jego twórczość.
    Niestety, ale stało się i nie ma już między nami tego wybitnego liryka: To nie do wiary – czerwiec 1979, ostatnie nasze spotkanie, Edwardzie. Na przystanku. Nie mieliśmy wiele czasu, ale rozmowa w kawiarni Amatorska zapadła mi w pamięć. Kiedy się żegnaliśmy powiedziałeś – nie licz na wielkość niczyją, każdy sam buduje swój ślad! I dodałeś jeszcze na odchodnym: Jedźmy do Ilina, a stamtąd nad morze... W lipcu 1979 r. Byłem ze Zbyszkiem Jerzyną i Magdaleną  na studenckiej FAMIE. Jeździłem tam od lat, prowadziłem spotkania literackie młodych. Spaliśmy w Wisusie. Bar, nocne życie, potem plaża. I na plaży właśnie przeczytaliśmy w gazecie: Edward Stachura nie żyje. Literat, poeta, tłumacz. Tylko tyle.
    Jednym z poetów, którzy związali się z Orientacją Poetycką Hybrydy był  Zbigniew Jerzyna. Było to w roku 1960, kiedy zaszedł na Mokotowską 48, o czym wspomina w swojej nocie biograficznej: Oczywiście wodzował nam demon organizacji i niesamowitych pomysłów Jerzy Koperski -–Leszin. Wtedy najczęściej my, tj. Bordowicz, Stachura, Gąsiorowski, Sadowska, Żernicki – przebywaliśmy u Jurka w jego mieszkaniu na strychu. ( ... )
Wydawaliśmy wtedy pismo „Widzenia" ( potem „Orientację" ). Współpracowali z nami znani krytycy: Artur Sandauer, Janusz Sławiński, Piotr Kuncewicz.
    Przez sale klubu przewinęli się tej rangi twórcy jak: Stachura, Grochowiak, Babiński, Gielo, Białoszewski, Ratoń, Dąbrowski, Wojaczek, Czopik, Burtowy, Milczewski – Bruno, Broniewski, Przyboś, Ważyk, Kotarbiński, Pasternak,  Stern, Krzyżanowski, Andrzejewski,
Stachowicz -–Czajka, Jan Parandowski, Stanisław Dobrowolski, Lucjan Rudnicki, Peiper
i inni. Kolejnym miejscem, o którym najczęściej się wspomina jest strych, na którym Jerzy Koperski urządził swoje królestwo: Kiedy mieszkałem na strychu HYBRYDOWEGO królestwa – w swojej zuchwałości  marzeń sądziłem, że jeżeli ONI siebie zaznaczą talentem, to i ja będę wielkością, ( ... ) Poeta Jerzyna – miał być tym, którego Lokacje zaznaczyły Norwida w poezji Pokolenia 60. Miało to być spotkanie na lata. Miało ? Jest teraz ze mną w lasach kozienickich – mówimy o życiu, o poetach – naszych najbliższych – byli, odeszli, a my nawet nie odwiedzamy ich mogił. Ja na pewno i Jerzy NIE. A  mieliśmy pojechać na groby Grochowiaka, Babińskiego, Ratonia, Stachury. Powinniśmy na pewno pojechać
i porozmawiać z Ratoniem i Babińskim, jak wspomniane światło – BYLI !
    Wprawdzie nie odwiedzają ich mogił, ale pamiętają, czego dowodem są wydawane przez Spółdzielnię Wydawniczą ANAGRAM antologie oraz omawiana przez nas w tej pracy seria zbiorów wierszy „Poetów Hybryd", gdzie możemy znaleźć najbardziej reprezentatywne utwory, omawianych przez nas twórców.
    Swoją podróż po wypowiedziach Leszina i jego przyjaciół chciałbym zakończyć na publikacji Krzysztofa Mętraka „Jeśli jest niebo, będę tam", gdzie w post sriptum Jerzy Koperski napisał: Był wśród nas – później. Być może powiedziałem niezbyt dokładnie, bo mógł być wcześniej na Mokotowskiej 48 – jednak nie był znany z polemik publicznych na organizowanych sesjach czy wieczorach poetyckich. Podobnie jak Sadowska, był z natury milczącym obserwatorem. Jednak, kiedy zorganizowałem dyskusję o poezji i krytyce do przygotowanej antologii  Post scriptum – jego głos był najdłuższy ( najkrótszy Stachury ).
W XX – lecie Orientacji Poetyckiej Hybrydy wygłosił referat pt. „Poeci Hybryd". ( ... ) Tak się złożyło, że nie było najważniejszym celem Krzysztofa wydawanie tomików poetyckich; był ogniem w krytyce filmowej, felietonie sportowym, Jednakże pod wpływem wiersza Jerzego Koperskiego „Za progiem wyboru" ( Poświęconego studentce tragicznie zmarłej w Alpach ), który poruszył jego wyobraźnię, odczuwało się jego pragnienie, aby podzielić się z czytelnikiem swoją poezją. Za sprawą Spółdzielni Wydawniczej ANAGRAM stało się to możliwe: Czekał, czekał – i – Krzysztofie Kochany, oto Twój tomik. Nie sądziłem, że od razu będziesz miał tak doskonały, piękny edytorsko zapis swojej najwrażliwszej natury – wyobraźni i duszy. Byłeś, i inni byli, my jesteśmy, ale to tylko zapewne kwestia czasu. Ja teraz odrobinę też siebie oddam poezji własnej – potem to już owe Twoje NIEBO.
    W niniejszej pracy skoncentrowałem się na Jerzym Koperskim jako inicjatorze
i redaktorze tomów poetyckich z serii „Poeci Hybryd". Jest to jedynie mała cząstka bogatej działalności „Leszina". To, co robi ten człowiek, najlepiej podsumował Andrzej K. Waśkiewicz w „Godność i akt wyboru" : Z tego, co robi Jerzy Leszin, choćbyśmy – jak autor tych słów - cenili wysoko, można czasem pożartować. Jak każde zwykłe ( choć bywa że doniosłe ) ludzkie działanie jest mieszaniną  wzniosłości i śmieszności. Przeplata się w nim patos i groteska. Gdy jednak od tego, co robi Jerzy Koperski – dwoistość ta znika. Poezja jest
sprawą poważną. Sądzę, że także dla Jerzego Leszina poezja jest jedna z niewielu spraw ważnych, tych dla których się żyje. On jednak przebywa w innych wymiarach. Animator Leszin w niewielu tylko regionach życia kontaktuje się z poetą Koperskim. Co do mnie, to ciesząc się z sukcesów Leszina, ubolewam, że odbywają się one także kosztem Koperskiego.
    Niewątpliwie przyjaciel Andrzeja K. Waśkiewicza należał do ludzi, który pragnął przekroczyć granice, które ograniczają uczniów i studentów określonym kanonem lektur.
Z tego też powodu odwiedził w 1957roku Tadeusza Peipera, który stał się dla niego największym po Norwidzie: Peiper (... ) twórca możliwości nieskończonych, bo – nie zrealizowanych.. Co znaczą te słowa? Czy są tylko wyznaniem wiary... Wiary, która towarzyszy mi, odkąd świadomie zajmuję się literaturą. On, mistrz, pisał dla siebie lub dla dwu – najwyżej – dwunastek. Żył jak galernik. Jak żebrak. Jak ktoś wyklęty. Przeklęty. Żył
z wynędzniałą twarzą, ale któż ośmieliłby się zaprzeczyć temu, że w tej starczej twarzy był rozum najdoskonalszy. Największe poświęcenie dla poezji i świata. Konstruktor wizji i marzeń. Peiper.
    Fascynacja poezją i osobowością autora wiersza „Sam chcę nadać sobie imię" odcisnęła silne piętno na Jerzym Koperskim, który uważa, że: Wszyscy jesteśmy spadkobiercami Peipera. Byliśmy wierni jego wielkości. Jego wizjom. Wydając te wiersze spełniamy testament tego Najszczęśliwszego Człowieka Wszechświata; poety i filozofa, upokorzonego i upodlanego przez nieudaczników; żyjącego w pogardzie i bólu. On sam najlepiej wiedział, co uczynił dla Poezji, Sztuki i Ludzkości !

Bibliografia:

Zbigniew Jerzyna, A potem już nie, Spółdzielnia Wydawnicza ANAGRAM, Warszawa 1998.
Jerzy Koperski, Do rzeki należy moje życie, Spółdzielnia Wydawnicza ANAGRAM, Warszawa 2000.
Janusz Kryszak, Czwarta dekada. Wiersze wybrane i nowe, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2000.
Krzysztof Mętrak, Jeśli jest niebo, będę tam, Spółdzielnia Wydawnicza ANAGRAM, Warszawa 1998.
Barbara Sadowska, Otwarte niebo, wieczny sen, Spółdzielnia Wydawnicza ANAGRAM, Warszawa 1997.
Edward Stachura, Życie to nie teatr ( wiersze i piosenki ), Spółdzielnia Wydawnicza ANAGRAM, Warszawa 2002.
Tadeusz Peiper, Sam chcę nadać sobie imię, Spółdzielnia Wydawnicza ANAGRAM, Warszawa 1993.
Andrzej K. Waśkiewicz, Widmowe światło wspólnoty, Spółdzielnia Wydawnicza ANAGRAM, Warszawa 2001.
Bohdan Wrocławski, Cyrograf Milczenie, Spółdzielnia Wydawnicza ANAGRAM, Warszawa 2003.
Zjawa realna. Antologia poezji lat sześćdziesiątych, Spółdzielnia Wydawnicza ANAGRAM, Warszawa 1999.