Piotr Pągowski - Fundament

Tuż po przejściu mutacji z kurzym wąsikiem jako siedemnastolatek stałem przy pianinie i zapamiętale powtarzałem dźwięki. Sprawnie brałem oktawy, trójdźwięki śpiewane przeze mnie nuty lśniły czystością i blaskiem. Żadnego fałszu.
Trafiałem niczym snajper z c do h, z g do e, potem całe gamy i pasaże. Wszystko brzmiało kryształowo. Ojciec był rozpromieniony.
- No dobrze – rzekł – jutro pojedziesz do szkoły muzycznej. Jeżeli będziesz w takiej formie jak dziś, to sprawa załatwiona.
Szkoła muzyczna mieściła się w starej części Łodzi. Adoptowano jakiś przedwojenny pałac fabrykancki i przerobiono go na potrzeby delikatne i wzniosłe. Zamiast cen bawełny, kursu dolara i akcji w tym jakże gustownym miejscu mieszały się teraz ze sobą dźwięki gitary, fortepianowe pasaże, wysokie c jakiejś sopranistki, która zawzięcie zgłębiała Mozarta „Czarodziejski flet". Dźwięki skrzypiec, wiolonczel i altówek pobrzmiewały raz skrzypiącym to znów łagodny delikatnym powiewem. Ta ich łagodność wprawiła mnie w spokój i ufność, że nie może być źle. Wprawdzie egzamin miał się odbyć w towarzystwie – jak to mówił mój ojciec – ludzi ze słuchem absolutnym, ale nie myślałem o tym, niesiony delikatny wiewem smyczków, które to właśnie muzykowały po wodzie JF. Haendel. Zamknąłem oczy
i usiadłem na krześle opierając miło głowę o ścianę. Przy takich dźwiękach, ja który zawsze się czegoś bałem, przepełniony lękiem i niepewnością, stawałem się jakby wolny o tych atawistycznych uczuć. Błogość i lekkość wypełniła mnie po brzegi. Muzyka to jednak narkotyk. Musisz tak się jej oddać, jak komuś komu bezgranicznie ufasz. Nigdy się na niej nie zawiodłem. Nawet potem w czasach medycznych, zawsze po zajęciach, przychodząc w południe do domu z głową pełną nazw łacińskich, pełną hormonów i enzymów, kładłem ją delikatnie na poduszce, ręka przekręcałem gałkę naszego radia lampowego, gdzie zawsze od godziny trzynastej do czternastej nadawano koncerty symfoniczne. To właśnie wtedy dotarło do mnie, co to jest katalog Kechla i wtedy to za sprawą Bacha, Haendla, Schuberta, Mozarta, Chopina dotykałem piękna i byłem szczęśliwy, że dane jest mi to docenić. Zasypiałem nie wiem kiedy i gdy się budziłem trwały jakieś pogadanki rolnicze, nadawano wiadomości o nowych zobowiązaniach i  czynach na rzecz partii. Ale to był później. Teraz siedziałem opierałem głowę i ścianę. Haendel czarował mnie spokojem i melancholią swojej natury. Od czasu do czasu wkradał się do mojej głowy jakiś ochrypły dźwięk  dobywany jakby z piekielnych czeluści, ciemnej strony świata. To z pokoju w końcu korytarza, ktoś ćwiczył mozolnie gamę c- dur , to płynąć dźwiękami w górę, to znów w dół na kontrabasie. Ochrypłość i szorstkość tych dźwięków zaczęły we mnie budzić złość, a potem i poirytowanie. No bo i komu potrzebna jest tak muzyka, takie dźwięki co noszą w sobie jakby zarzewie ociężałości i grubiaństwa. Ni to miłe, ni to strawne budzi tylko rozdrażnienie  i niepewność. Ale z tych myśli wyrwała mnie ręka mojego ojca.
- Chodź – już na ciebie czekają. Wstałem, minąłem niedźwiedzią muzykę kontrabasu i skręciłem w prawo. W końcu korytarza czekał już na mnie rozpromieniony pan Stanisławski. Dyrektor i bliski znajomy mojego ojca. Ujął mnie delikatnie pod rękę. Zapachniało od niego lawendą, cały był elegancki i uroczysty. Grzecznie zaprowadził mnie do fortepianu, przy którym siedział już akompaniator. Sam zaś usiadł za biurkiem, przy którym siedziało dwóch mężczyzn i jakaś kobieta.
- Dlaczego akurat muzyka? – zapytała kobieta. Miała krótkie jasne włosy i orzechowe oczy. Jej brwi ciemnie przechodziły delikatnym łukiem w nasadę nosa. Lekko rozchylone usta lśniły karminowym blaskiem.
- Jestem chyba słabym człowiekiem – powiedziałem – więc chcę schować się za przestrzenią ulotną, by być niewidzialnym.
-To ciekawe – zauważyła – przyglądając mi się uważnie. Muzyka to ciężka praca. Krwi pocieknie dużo nim cokolwiek się odnajdzie.
- Taka krew mi słodsza – odpowiedziałem znów patrząc na błyszczące jej usta. Nawet gdybym wyzionął ducha, to i tak zawsze milej w dobrym towarzystwie.
- No dobrze – rzekł lekko poirytowany pan Stanisławski. Proszę – skinął na akompaniatora. Zerknąłem jeszcze kątem oka na mojego ojca, który stał z boku, pełen spokoju oparty o ścianę. Zadania miałem różne. To próbowałem nazywać dźwięki, trafiać celnie interwały, brać oktawy, ale głos mój ślizgał się jakby moje gardło nagle cofnęło się do okresu mutacji, to też fatalnie brałem wysokie dźwięki, fałszowałem raz za razem. Ojciec co chwilę przecierał ze zdziwienia twarz, a wysoka komisja tez patrzyła na mnie z lekkim zdumieniem. Widząc, co się dzieje, poprosiłem o chwilę przerwy. Poszedłem do toalety, przetarłem woda twarz i chciwie zacząłem ją pić.
- Boże - szepnąłem – ale sytuacja. Gdy wróciłem wszyscy jeszcze siedzieli za stołem. Ojca już nie było. Tym razem zacząłem lepiej. Trójdźwięki brałem jak rasowy płotkarz, nareszcie bez trudu zacząłem nazywać dźwięki, a gdy wziąłem podwójną oktawę czysto i sprawnie to … spojrzałem na stój prezydialny. Siedziała już tylko kobieta.
- Ile wzrostu? – zapytała.
- 176  – odpowiedziałem.
- Do klasy kontrabasu – powiedziała z przekonaniem. Będziesz synu czynił tło, poprawiał fundament, aby inne wszelakie piękno mogło swobodnie brzmieć. I tak wbrew sobie stałem się cząstką ochrypłego świata, pełnego ponurych, szarych i brudnych dźwięków, które to podobno mają tworzyć fundament i podstawę krainy muzyki. Gdy wracaliśmy z egzaminu do domu obaj z ojcem, siedząc w tramwaju linii jeden, nie zamieniliśmy ani słowa tylko zgrzyt z pod kół wagonu współgrał ze ściętą i zasępioną miną mojego ojca. Dłubał palcem coś w kolanie, jakby szukał tam odpowiedzi na to, co się stało. Byłem przecież jego pewniakiem, a tu taka historia. Ja patrzyłem w szybę wagonu. Jechaliśmy kamiennym tunelem, czyli ulicą Kilińskiego, wąską i szarą przestrzenią, która zdawała się za chwilę spaść na dach naszego pojazdu. Wszechobecna cienistość tej przestrzeni sprawiała wrażenia, że słońca tu nie ma nigdy, jedynie rdzawy odblask szyn lśnił ostrym światłem, co rusz sypiąc z pod kół snopem iskier. Zastygłe fasady stuletnich niedbale i bez pomysłu zaprojektowanych kamienic, sprawiały wrażenie, jakby chciały stąd uciec, z tego szarego świata, pełnego beznadziei, bez wiary w zmienność rzeczy. Tramwaj powoli sunął przed siebie zostawiając za sobą świat sklecony jakby w pośpiechu i bez sensu. Dopiero na ulicy Franciszkańskiej przestrzeń jakby się nagle rozsunęła, domy odpłynęły gdzieś dalej na boki i więcej światła zaczęło nas otaczać. Gdy zbliżaliśmy się do domu było już wokół zielono i bardziej kwieciście. Kasztany bieliły się pierwszym kwieciem, a słońce było takie, że najchętniej byłoby je mięć tylko dla siebie. Jedynym zgrzytem w tej miłej scenerii był betonowy słup ogłoszeniowy, tapetowany gęsto nowymi klepsydrami umarłych. No cóż pomyślałem – wiosna usłana jest tymi, którzy pragnęli ją znów ujrzeć i może przez to właśnie wielkie pragnienie, spełnienie tej swojej cichej wielkiej skrywanej namiętności, jaką jest chęć ujrzenie nowego cudu stworzenia, tylu nie może doczekać. To prawdziwa rzeź, aż strach pomyśleć, ile kosztuje wejście do raju. Co innego jesień, wtedy jest też podobnie, ale jakby nie ma takiego żalu. Wtapiamy się w przestrzeń, odchodzimy w ogólnej szarości. Giniemy, ale razem ze wszystkim. Wtedy zawsze lżej. Weszliśmy z ojcem do domu. Rzekł krótko do matki – taki wstyd, prosty egzamin, a on. Zamknąłem się w pokoju. Następnego dnia miałem jechać po instrument i zapoznać się ze swoim nowym profesorem. Jeszcze nie wiedziałem do czego to wszystko zmierza, ale cieszyłem się ze zmiany, z czegoś nowego w moim życiu. To mi wtedy zupełnie wystarczało. Położyłem się i usnąłem. Śniło mi się, że stałem się budowniczym fundamentu pod kruche i ulotne piękno.    

                                                                              Piotr Pągowski.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież