Wanda Rogalewska - Mój Dom Rodzinny - POLSKA

Minęło...

ponad pół wieku, jak opuściłam dom, w którym się urodziłam ja, moje obie siostry i brat.

Ten dom zbudowali moi rodzice jeszcze w polskim Wołkowysku przed drugą wojną światową. Miał stworzyć poczucie bezpieczeństwa, stabilizację i jedność rodziny. Tak też się stało, pomijając fakt wybuchu wojny, kiedy to Niemcy, maszerując na Związek Sowiecki, zatrzymywali się w naszym domu, by odpocząć, uzupełnić zapasy żywności, pomimo chęci i niechęci właścicieli - domowników. Rodzice gościli oficerów niemieckich na kolacjach, śniadaniach z sadzonymi jajkami na soczyście tłustym boczku, żegnali tychże oficerów podarunkiem z kiełbasy własnego wyrobu i słoniny zapeklowanej solą i pieprzem, co kroi się jak masło i smakuje jak polski rarytas.

Strach, jaki towarzyszył takim biesiadom, znany był tylko moim rodzicom - młodej, bardzo zgrabnej brunetce, wówczas matce dwójki dzieci i jej kilkanaście lat starszemu mężowi, ale dzieci nieświadome były grozy każdego dnia i chwili.

Nikomu nie stało się nic złego z powodu … złocistych blond włosów mojego starszego rodzeństwa i wyraziście niebieskich oczu brata. Dzieci stały się ulubieńcami niemieckich oficerów, przynosili nawet słodycze dla kilkuletnich maluchów, a miniaturowy puchaty pudelek rozweselał biesiadujących elegancją konsumowania ciasteczek. No bo któż by się nie zachwycał uroczym,  białym jak śnieg zwierzakiem, który trzymając ciasteczko w przednich łapkach, gryzł je małymi kęsami i odpowiadał od czasu do czasu w znanym tylko sobie języku na wszelkie zaczepki rozweselonych i rozbawionych panów w mundurach.

Dla mnie, urodzonej po wojnie już w Wołkowysku radzieckim - z powodu zaanektowania części kresowej Polski na rzecz Związku Radzieckiego, zgodnie z tzw. „ładem jałtańskim” ustalonym na Konferencji Krymskiej w 1945 r. przez „wielką trójkę” - Józefa Stalina, Winstona Churchilla i Franklina D. Roosevelta - pozostawały opowieści mamy, niczym baśnie z tysiąca i jednej nocy. Okres wojny poznałam dokładniej z filmów i książek - jawi się on jako obraz grozy z opisu wulkanu Etna w „Eneidzie” Wergiliusza: 

      … czasem w eter wyrzuca czarne chmury dymu

      miotając snopy iskier i popiół smolisty,

      to znów kłęby ognia z niej w górę wytrysną

      i liżą gwiazdy na niebie... 

Co prawda nie przeżyłam tej grozy, będąc później na największym i najaktywniejszym w Europie wulkanie, który wznosi się na wysokość 3300 m n.p.m. Podziwiałam malowniczość kraterów po wybuchach, barwność zastygłej lawy w kolorach feldgrau i tę wszechogarniającą ciszę przed burzą wybuchu.

Nasuwa mi się analogia pomiędzy działaniami wojennymi - piekłem na ziemi podczas II wojny światowej - a zemstą Zeusa na zbuntowanych Gigantach, opisaną w „Gigantomachii” „Mitów Greckich” Wandy Markowskiej. Jak podają przekazy Greków, apogeum walki z Gigantami było pokonanie wielkiego jak niebotyczna skała Enkeladusa - syna Uranosa i Gai. Z wysokości Olimpu Zeus uderzał piorunami i gromami, aż przywalił Enkeladusa wyspą Sycylia i tak obezwładniony i rozwścieczony na niebiosa Gigant do dziś zieje płomieniami ognia i dymem z kraterów Etny, nie mogąc jednak zrzucić z siebie ciężaru, który go przygniótł na wieki. Zastanawiam się jednak do dziś nad odpowiedzią na pytanie:

      O ile Zeus musiał poskromić zbuntowanych przeciwko porządkowi Gigantów, to co powodowało ludźmi dużo mniejszego kalibru (wzrostem i siłą), którzy przegrywając rozpętaną przez siebie wojnę próbują naśladować zachowania pokonanych Gigantów? 
 
 

- 1 - 

Dzieciństwo spędziłam beztrosko i radośnie jak w krainie czarów, bo i miejsce to było zaczarowane. Dom na skarpie nad rzeką, po drugiej stronie elektrownia z „rekwizytami” do wytwarzania prądu, i ta zapora wodna, co piętrzyła tony wody spadające wodospadem - miejsce kąpieli i zabaw wrzeszczących z radości dzieci.

Na tyłach domu ogromny ogród warzywny i sad z drzewami owocowymi tonący w kwiatach,  przed domem potok płynący do rzeki, gdzie zadomowiły się całe rodziny żab dające o sobie znać głośnym kumkaniem i tylko mostek pozwalał dziecinnym myślom i marzeniom przekraczać drewniane wrota, by się znaleźć w długiej alei, po obu stronach obsadzonej wysokimi krzakami kwitnących bukietów dalii.

Morze traw wysokich i niskich, jakie rozpościerało się na łące miejscami podmokłej i obfitej w niespotykane gatunki traw i kwiatów polnych, było rajem mojego dzieciństwa.

Słońce od wczesnego poranka wysyłało figlarne promienie, by powitać mnie i moją młodszą siostrę, obudzić pieska śpiącego w budzie obok domu, zaprosić gęsi z młodymi gąskami na spacer i śniadanie czekające na łące.

Wracając z zabaw na wszechobecnej łące zieleni traw i wielości barwnych kwiatków, odwiedzanych przez brzęczące pszczoły i owady upajające się ich zapachem i smakiem soczystych i obfitych w pyłki pręcików, marzyłam o pachnącym obiedzie tak smacznym, bo tylko moja mama umiała tak ugotować i elegancko podać do stołu.

Bogactwo mojego dzieciństwa, pełne kolorów, barw motyli, zapachów ziemi i powietrza, smaków wyszukanych potraw i wytwornie dekorowanych półmisków, dźwięków muzyki owadów i ptaków, z szumem spadającej wody i melodią szemrzącego strumyka przy akompaniamencie żab, przywołuje czasami na myśl obrazy XIX-wiecznych polskich pejzażystów, takich jak Józef Chełmoński, Leon Wyczółkowski czy bracia Maksymilian i Aleksander Gierymscy.

Do dziś widzę oczami duszy i ciała piękno tego skrawka ziemi, czuję całą sobą zapachy tych łąk, tych kwiatów otaczających cały dom i wypełniających jego wnętrze. 

Okres szkolny, czas akademii i występów w chórze bądź solo, zabaw w teatrzyk kukiełkowy, czas zmagań sportowych i nauki języków obcych, a także czas przyjaźni i potyczek o wiarę i polskość,  wspominam z nostalgią i rozrzewnieniem, bez bólu, złości czy wrogości. Bo oto nadarzyła się okazja usankcjonowana prawem wyjazdu Polaków - ale tylko tych, którzy nie ugięli się pod presją i nie przyjęli obywatelstwa sowieckiego - na ziemie polskie, do swoich krewnych, często zagubionych przez  zawieruchę wojenną, do swego ojczystego kraju.

Co tam dom, piękny i przestronny, z dużymi weneckimi oknami - hit mody budowlanej tamtych lat - i ten piękny kwitnący sad, gdzie królowały drzewa koszteli, papierówek i glogerówek, cudownie smaczne, dojrzałe czerwonością pomidory hodowane przez moją mamę jakby na wystawę ogrodniczą, i ta rzeka z kąpielami, i urok wodospadu.

„Jedziemy do Polski!” - stwierdziła cała rodzina jednogłośnie. - „Będziemy mówić po polsku nie bojąc się, że ktoś na nas doniesie, będziemy chodzić do kościoła w niedzielę i święta, bez strachu, że ktoś niepowołany zobaczy, będziemy żyć w Polsce, naszej Polsce, naszej Ojczyźnie!”

To nieważne, że muszę nauczyć się języka polskiego począwszy od alfabetu i elementarza będąc w klasie szóstej, i nieważne, że wieziono nas patriotów, spragnionych polskości jak wody na pustyni, z domu rodzinnego, który przestał być Polską, i nieważne, że wieziono nas do Polski w wagonach bydlęcych jak kolejny transport zaopatrzenia, a podróż na odcinku ok.500 km trwała tygodniami, i      nieważne, że staliśmy godzinami i dniami na bocznicach kolejowych w oczekiwaniu na wolny przejazd - zielone światło, i nikt nie troszczył się o jedzenie i picie dla nas, ludzi bez jednej złotówki w kieszeni. I to też nie miało znaczenia, że podczas przetaczania wagonów na bocznicy w Pucku o mało nie urwało mi ręki, kiedy to z impetem otworzyły się drzwi - wielkie jak ściana wagonu - których uchwyciłam się, aby utrzymać równowagę.

To wszystko nieważne!  

- 2 - 

Łzy radości płynęły, że Puck - ziemia polska - przyjmuje repatriantów, Polaków zza Buga, zza żelaznej kurtyny.

Wreszcie w swojej Ojczyźnie - najbezpieczniejszym domu na świecie.

Na dźwięk słowa Puck ożywają wspomnienia pierwszych dni w Polsce, pierwszych lekcji w szkole podstawowej z języka polskiego i historii Polski, pierwsze przyjaźnie i niezapomniany klimat zadbanego miasteczka - stolicy Kaszubów Belochów - położonego nad zatoką Pucką i zamieszkałego przez słowiańską ludność Pomorza. Mając silne poczucie odrębności kulturowej i językowej, opierali się wpływom niemieckim już od XIV wieku. Miasteczko wyrosło obok portu, który istniał od X wieku, a król Zygmunt I Stary zbudował tu Polską Flotę Królewską, która 28 października 1627 r. odniosła największe zwycięstwo pod Oliwą w bitwie morskiej ze Szwedami. Kilka wieków później, po odzyskaniu przez Polskę Pomorza w 1920 roku, generał Józef Haller dokonał w tymże porcie symbolicznych zaślubin Polski z morzem.

Po latach odwiedziłam port rybacki z kutrami i marinę z jachtami i żaglówkami. Biel żaglówek i jachtów zakotwiczonych w porcie puckim nie może konkurować z marinami ciągnącymi się wzdłuż Lazurowego Wybrzeża Francji i Włoch.  

W dniu św.św. Piotra i Pawła - 29 czerwca - kiedy byłam świadkiem pielgrzymki odpustowej rybaków, płynących po Zatoce Puckiej łodziami przystrojonymi sztandarami, proporcami, feretronami, w świetle kolorowych lamp o zmierzchu, wróciły niezatarte wspomnienia o pielgrzymujących łodziami po wodach Canionu del Sumidero potomkach Indian z plemion Majów, Olmeków czy Tolteków. Podczas meksykańskich świąt, czyli siesty patriotycznej bądź religijnej, całe rodziny wiozą łodziami w modlitwie podziękowania i prośby do Matki Bożej, której figurki są umieszczone w kapliczkach wyrąbanych w skale - wznoszącej się często na wysokość ponad jednego kilometra - kapliczkach zawsze obsypanych świeżymi kwiatami, z blaskiem świec wskazujących bezpieczną drogę pielgrzymującym. 

Puck okazał się tylko przejściowym punktem repatriacyjnym, pomimo że tu spotkało mnie życzliwe i serdeczne przyjęcie ze strony dyrekcji szkoły, nauczycieli i mieszkańców, a rodzinie zapewniano mieszkanie i pracę.

Los wyznaczył mój dom kilkadziesiąt kilometrów dalej. Szkoła Podstawowa na Siedlcach, Liceum Ogólnokształcące im. dr. Władysława Pniewskiego we Wrzeszczu, obrona pracy magisterskiej na Uniwersytecie Gdańskim, a potem zmaganie się z życiem zawodowym i rodzinnym. 

Ale to już nowa karta historii mojego życia w Polskim Domu Rodzinnym GDAŃSK. 
 

      Gdańsk czerwiec 2009

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież