Anna Augustyniak - Tylko proch

Pamięci F. 

 

Każdego dnia garścią tabletek Ewelina przepędza cierpienie. Boi się teraz tak wielu rzeczy. Ale nie jego ducha. Czuje, że on jest gdzieś obok. Chce wyciągnąć rękę i przytulić się, pogłaskać jego czarne włoski. Codziennie staje przy oknie i szuka go wzrokiem. Patrzy gdzie się bawi. A gdy przesunie się nagły cień, Ewelina na chwilę przestaje oddychać. Próbuje wyłowić jakiś dźwięk. Usłyszeć jego głos. Codziennie też płacze. I robi to zawsze do momentu aż zaczyna brakować łez. 
Choć czasem Ewelina wstydzi się tego, że czuje ulgę. Nie ma nic na barkach, nie musi się o niego wciąż bać, chronić go przed światem. Tak lekko było jej wtedy, gdy poszli do parku na pierwszy samotny spacer. Dreptali jak dwoje staruszków miedzy piaskownicą a karuzelą. - Co być zrobił, gdybyś zobaczył go teraz na huśtawce? - zapytała. - Obudziłbym się - odparł on metalicznym głosem.

 

To wtedy zaczęły się te sny. Nocą przenosiła się w tamten czas, kiedy palono jego ciało. Zostawał jej w rękach tylko proch. Szarobrunatny. 
 
Od tego dnia co chwilę dowiadywała się, że kolejna koleżanka jest w ciąży i po cichu nosiła te ciąże razem z każdą z nich. One myślały, że znalazły dobrego ducha do wypłakania się. A Ewelina najczulszym wewnętrznym uchem rejestrowała drobiazgi, z których znów rozbudowywała swój wyimaginowany brzuch. Ale kiedy przychodziło rozwiązanie one miały swoje maleństwa, a ona zupełnie wyczerpana tym ogromnym wysiłkiem, zostawała sama. Raz zdarzyło się, że jej ciężarna przyjaciółka poroniła. -  Wypadła ze mnie mała krwista galaretka - zwierzała się Ewelinie do słuchawki. - To nie było dziecko, nijak nie wyglądało na człowieka i odpłynęło rurą kanalizacyjną do rzeki. Co ja mam robić - łkała nieprzerwanie. 
- „Co teraz Gośka powinna zrobić?” - myślała Ewelina przed snem.- Gdyby uznać galaretkę za człowieka trzeba by ją pochować. Najpierw ochrzcić, bo nieochrzczonemu człowiekowi ksiądz nie odprawi pogrzebu. Potem kupić malutką trumienkę w kolorze srebrnym. Tylko jak to wszystko załatwić? Czy wyniki badań galaretki będą wystarczającym dowodem dla kościoła? A jeśli płód był martwy to co? - mnożyła pytania i kierowała je do samej siebie. 
- Przecież nieżyjącym nie udziela się sakramentów. No, zawsze jeszcze można było powiedzieć: - Galaretko, jeśli żyjesz, ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Inaczej to dziecko nie ma szans na zbawienie. Choć przecież to nie jego wina, że technicznie coś było nie tak. Na szczęście istnieje biblijna sprawiedliwość, ta podług św. Pawła. Wszyscy, którzy nie mieli dostępu do chrztu zostaną wpuszczeni do wiecznego raju. Ot i miłosierdzie boże, nawet dla galaretek. 

 

Prawie co noc przenosiła się w tamten czas, kiedy palono jego ciało. Najpierw tuląc, wnosiła go do samochodu. Potem kołysała jak do snu. Na koniec zawsze zostawał jej w rękach tylko proch. Szarobrunatny. 

 

Rano obudził ją dzwonek. Gorączkowo szukała na szafce budzika, żeby wyłączyć ten ostry dźwięk. Wreszcie musiała otworzyć oczy. Jaki dziś dzień? Sobota. Nie muszę iść do pracy, więc dlaczego ten budzik nie przestaje dzwonić, dlaczego w ogóle dzwoni?

 

- Pani otworzy! -krzyknął listonosz, gdy usłyszał szuranie jej kapci po gołej terakocie.

 

- Kot znów gdzieś zaciągnął chodnik, jak mu się to udaje - pomyślała.

 

- Przecież jest taki malutki! Była wściekła, gdy zaczynała czytać list z zagranicy, ale w trakcie lektury to uczucie szybko mijało. „Powiem Ci, że owszem, większość moich obaw zniknęła - pisała Beata - czuję się gotowa do tego kroku. Co prawda nie mogę zapomnieć tamtego dnia, kiedy moja krew wsiąkała w tę obcą, arabską ziemię, a moja skóra bledła coraz bardziej. Ale teraz wszystko się zmieniło. On znów nazywa mnie boginką z Kairu...”. Ewelina nie mogła czytać dalej, łzy lały się ciurkiem. Cieszyła się ze szczęścia Beaty, podzielała jej obawy i nawet cierpiała razem z nią. I cierpiała też zupełnie sama. „Weź urlop i natychmiast przyjedź do mnie. Bez Ciebie to się nie może udać - kończyła list Beata”.

 

- Czy ona zapomniała o tym co się stało? Ewelina zaśmiała się gorzko. - Nikt już nie myśli o tym co przeżyłam? Wszyscy mnie traktują jak dawniej. Nie wiedzą, że wciąż go przywołuję stamtąd. Nie wiedzą jak bardzo pragnę go dotknąć albo zobaczyć, choćby i z daleka. Żeby tylko zamajaczył, zatrzymał na chwilę wzrok. Żeby dał się sobą nasycić.

 

 
Co noc przenosiła się w tamten czas, kiedy palono jego ciało. W krematorium ułożyła go w trumience wyściełanej białym pluszem. Tak ładnie wyglądał. Na koniec zawsze zostawał jej w rękach tylko proch. Szarobrunatny.

 

 
Jakby ten dzień inaczej wyglądał, gdyby wszystko potoczyło się tak jak to zaplanowała. Wystarczyło jedno pęknięcie w łańcuchu zdarzeń i lawa się rozlała. Teraz Ewelina może tylko patrzeć. Biernie. Patrzenie samo w sobie jest biernością. Choć czasem pozwala dojrzeć 
do czynu. Ewelina na chwilę przytula głowę do ściany, potem patrzy na wysokie drzewa za oknem i czuje się jak wtedy w dzieciństwie. Przeżyła już kiedyś jedno takie popołudnie pełne pustki wokół niej. Biegała wtedy od okna do drzwi. Jak zwierzę zamknięte w klatce obijała się o ściany. I krzyczała sama do siebie. Ten dzień wniosła w dorosłe życie jak posag. I teraz rozkwitł, zadomowił się. Od jego śmierci stał się jej codziennością. Jak wschody i zachody słońca.

 

Ewelina gasi światło, podchodzi powoli do okna. Znów patrzy na te same drzewa. Na te same zasłony w oknach sąsiadów po drugiej stronie ulicy. Jej świat. 
Między dwoma budynkami. Odgarnia włosy z oczu. I patrzy. Wciąż czeka.

 

 
Co noc przenosiła się w tamten czas, kiedy palono jego ciało. Tak ładnie wtedy  wyglądał. Tylko język wciąż wysuwał mu się z buzi. Ale to dawało złudzenie życia, jak w filmach animowanych. Aż szkoda go było palić. Na koniec zawsze zostawał jej w rękach tylko proch. Szarobrunatny. 

 

Po dziesięciu dniach od jego śmierci Ewelina znalazła w lodówce zeschnięty serek w złotym papierku. I przypomniała sobie tamten moment jak wahała się i podzieliła serek na dwie części. Odłożyła kawałek na później. Na potem. Ale potem już się nie zdarzyło.

 

Potem tylko z przyzwyczajenia rozglądała się za nim. Patrzyła gdzie jest. Czy nie zrobi sobie krzywdy. Skąd mogła widzieć czy nagle znów nie bawi się nożyczkami i jak kiedyś nie obetnie sobie grzywki do gołej skóry. Ale czasem zapominała o nim. I jak ją coś rozbawiło, śmiała się. Aż jej było wstyd. Bo przecież on umarł. Powinna wciąż czuć ten ogromny, piekący żal... Do siebie? Do lekarzy, którzy nic nie mogli zrobić? Do Boga? 

 

Co noc przenosiła się w tamten czas, kiedy palono jego ciało. Nie dała go pochować. Nie chciała się z nim rozstać. Zamknęła go w srebrnym pudełku i teraz nosi ze sobą wszędzie. Szarobrunatny proch.

 

 
Ewelina zobaczyła wtedy jak wygląda koniec świata. A w ciągu następnych miesięcy przeżywała go niejednokrotnie. Wszystko straciło sens. Zapomniała czym jest nadzieja. Za to został w niej ten obraz. Patrzyła przez szpitalne okno na chmury. A one leniwie sunęły jedna za drugą.

I nagle na niebie pojawiło się to dziecko. Leżało na plecach i machało prawą stópką. Nie zatrzymało się ani na chwilę. Płynęło wśród innych kłębiastych chmur. Odchodziło od niej. Powoli znikało. Najpierw głowa, potem rączki, tłuściutki brzuszek, a na końcu nóżki. Kiedy odpłynęło, na niebie długo jeszcze wiła się wstążka z niebieskiego kaftanika.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież