• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Irena Sawicz - Szukam słów …

    Szukam słów i metafor
    – w imbryczku co śpiewa kawę
    – w ogrodzie wśród kwiatów jabłoni
    – w czerwonych tulipanach i białej róży
    – w świergocie ptaków i małej muszelce

    Szukam pod płaczącym deszczem parasolem
    – gdy słońce świeci kulą ognistą
    – gdy chodzę ulicami miasta
    którego bruk jak wersy
    układa się w strofy

    Szukam słów…

    Może kiedyś narodzi się wiersz?

    Z archiwum

    TADEUSZ BURACZEWSKI - Nec temere, nec timide

    Komisarz wystawy „Titanic" Jan Doc miał nie lada kłopot. Właściwie wszystko już było przygotowane, sklamrowane i zapięte na ostatni guzik, a tu taka techniczna niespodziewana zagwozdka.
    W końcu sztuka jako taka , bez niespodzianek nie przypomina życia, a nawet różniczki z tej art-żyjni, jak zwykł ten znany mu doskonale archipelag performance & instalacji, nazywać dynamiczny Pantokrator sztuki XXI-wieku. Hala 89A  historycznie kojarzona jeszcze z zakładami Schichau`a (Schichau-Werft Danzig) i legendarnymi łodziami podwodnymi  typu U-boot,  teraz była flagowym obiektem Centrum Kultury – Hanza. Hala – potęga – lotniskowiec na sto metrów długa, z galeriami biegnącymi na wysokości drugiego piętra, pełną gastronomią, rzec by można stanowiła idealny szkielet uniwersalny do zainstalowania melanżu współczesnych sztuk wszelakich. A miała to być w tym magicznym miejscu, wystawa ostatnia. Niestety już ostatnia. Jan z wielkim trudem przekonał ojców miasta, że tytuł  tej uni-wystawy - „Titanic" -  nie zostanie społecznie ani środowiskowo źle odebrany. Idea, którą chciał tu urzeczywistnić poprzez sztukę, symbolizować miała nieuchronność zmian w naszej dookolności, zgodę na nowe a nieprzewidywalne, ze świadomością zmierzchu, ba - śmierci starych form klasycznych, a zakorzenionych w naszej świadomości. Mozaikę treści dalekich od sztampy i zadęcia. Egzystencję w blaskach i półcieniach epoki komputera.
    Oto międzynarodowy deweloper wygrał konkurs na całą dzielnicę na terenach po-stoczniowych. Jej tradycyjna nazwa , wybrana z konkursu - „Heveliusz" – myliła  nieco. Tylko nieco... Projektant tegoż przedsięwzięcia, jakiś genialny Włoch, niczym Gaudi, uwiódł włodarzy grodu nad Motławą wyjątkowo śmiałą i nieskrępowaną wizją architektoniczną. Spoglądał Jan na komputerową wizualizację onego „Heveliusza", wykonaną tak plastycznie, że dającą niemalże wrażenie kolorowego hologramu jakby z innej planety. Coś na miarę architektury Dubaju czy centrum Berlina, a zarazem bardziej majestatyczne, wręcz królewsko potężne w konstrukcji, a wyrafinowane w kosmizującej śmiałej formie. Na stoczniowym nabrzeżu wyposażeniowym, aż po odległy pirs*, celowało w chmury dziewięć różnych  wieżowców, stylizowanych jakby na potężne lunety i niebosiężne teleskopy astronomiczne. Całość stanowiła zaś proporcjonalne odwzorowanie Scutum  Sobiescianum – Tarczy Sobieskiego, konfiguracji gwiazd tak nazwanej przez odkrywcę - gdańszczanina Jana Heweliusza na cześć króla-bohatera odsieczy wiedeńskiej. Dziewięć najsilniej świecących gwiazd i ta najważniejsza – czyli  á ,okrzyknięta przez astronoma Ioanniną. I w tym właśnie miejscu na ziemi wyrastał teleskopową formą, najwyższy z kompleksu, smukły drapacz chmur. Czyli w tym w tym miejscu gdzie stoi (jeszcze) po-U-bootowa  Hala Sztuki – Hanza. I w niej Jan Doc przewidział właśnie tę wielką instalację znanej performerki i improwizariuszki, obecnie z Bremy – Zety Hywas. Instalację nazwała ona „Wieża Babel", w krótkim mailu do Jana informowała lakonicznie : „Robert Fripp zrobił mi doń pół godziny niezłej muzyczki, coś w klimacie „Epitaph" – będziesz zadowolony ;) na sicher"... Pamiętał, że onegdaj lubił pomrukiwać  - "Between the iron gates of fate,The seeds of time werde sown – And watered by the deeds of those, Who know and who are known;fragment nieśmiertelnego hitu King Crimson. Ech Zeta – kiedy jeszcze była sopocianką i wystawiała w Łaźni swoje pierwsze „wypieki" wyobraźni nieokiełznanej...Obrazy a potem instalacje... Kiedyś w jej mieszkaniu, improwizowali według już li tylko jej choreografii, własną „piramidę miłości", dość luźno nawiązując do piramidy jej koleżanki (po kądzieli skandalu) - Kozyry. Ech...było...

    Jerzy Pikul - Jak

    Moi rodzice  
    nie musieli nikogo pytać.
    Dobrze wiedzieli
    jak żyć.
     
    Nie szkodzili sąsiadom
    ani bliskim ni dalekim ludziom,
    ani ojczyźnie.
    Wyznawali zasadę:
    nie czyń drugiemu...