• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Irena Sawicz - Szukam słów …

    Szukam słów i metafor
    – w imbryczku co śpiewa kawę
    – w ogrodzie wśród kwiatów jabłoni
    – w czerwonych tulipanach i białej róży
    – w świergocie ptaków i małej muszelce

    Szukam pod płaczącym deszczem parasolem
    – gdy słońce świeci kulą ognistą
    – gdy chodzę ulicami miasta
    którego bruk jak wersy
    układa się w strofy

    Szukam słów…

    Może kiedyś narodzi się wiersz?

    Z archiwum

    Jakub Szymczak - W O L N I

    • No, dobra. O Dżordżiego chodzi.
    • A ten co ma tu, kurde, do rzeczy?! Przecież ty się raczej niespecjalnie o niego martwisz.
    • No, nie. Niby nie... Ale przecież jest między nami wszystkimi jakaś solidarność, nie? My, wiecznie młodzi.
    • Solidarność!  - parsknąłem. No, znamy się nie od dziś, to po prostu jak ktoś coś chce, to mówi. No, o co chodzi? Wal.

          Beny mieszał się trochę i szamotał z tą swoją fajką. Spoglądał to na mnie, to na ścianę. Drapał się w potylicę i gładził po małej bródce pod dolną wargą. W końcu rzucił na podłogę melonik i powiedział niespokojnie:

    • Bo Dżordżi coś gada ostatnio, że wyjeżdża.
    • Taa... Jak my wszyscy. No, człowieku! Przecież każdy z nas ciągle o tym mówi... - przez chwilę milczałem. - Tylko dlaczego, to ja się dowiaduję ostatni?
    • E tam... Po prostu ojciec załatwił mu jakąś robotę ostatnio, tyle że gdzieś w Anglii. Za biurkiem.
    • Co?! Powaliło go?

          No, reakcja z mojej strony wydawała się normalna. Od wojska udało nam się wymigać, a ostatecznie Dżordżiego zabierają do jakiejś pracy za biurkiem jak jakiegoś pieprzonego japiszona, na dodatek na obczyźnie? To i my mamy się po studiach „skończyć”? My - wieczni chłopcy - niewinni czarodzieje - mamy ruszyć dupy do pracy jak inni? Nasz sen o wolności... Jakiś skurczybyk postanowił, że nas zbudzi...

     

          Pech.

    • Dorosły jest, według niektórych, ale przecież ma własną wolę. Niech odmówi!
    • Ojciec przed faktem dokonanym go postawił.

          Beny wyglądał na zrozpaczonego. W tym naszym pieprzonym dwudziestosiedmioletnim życiu doszło do żałosnego przełomu. Teraz miał się zacząć prawdziwy syf. Koniec. Ale można chociaż jakoś te dobre dni pożegnać! Trzeba iść natychmiast do Dżordżiego...

     

          Założyłem kolorową koszulę, naciągnąłem szelki i poszedłem do łazienki. Beny stał już przy drzwiach w przedpokoju. 

     

          No i tak to było: Najpierw była podstawówka. - To niewątpliwie trzeba było zrobić, choćby z małą powolnością, która nawet była na rękę tym, którzy dalej iść nie chcieli, bo to jeszcze trzy lata do pełnoletności potem zostają. Liczyć nigdy nie umiałem. I podstawówka to było takie gówno, bo ludziom się zdaje, że ono nie śmierdzi. Tańczyć trzeba było, śpiewać i na dodatek udawać, że to jest całkiem fajna sprawa! Tylko po to, żeby stara wychowawczyni się nie wściekła. A potem się trochę w następnych klasach podrosło i trzeba było zacząć się uczyć. No i ja dalej nie umiałem liczyć, więc miałem problemy. Lektur nie czytałem, bo Sienkiewicz był za nudny a Mickiewicz za trudny. Jeszcze Dickensa lubiłem za te fajne nosy... I tak się brnęło, a w ósmej klasie sobie człowiek przypominał, że to już sama końcówka, i że trzeba coś ze sobą zrobić. Ostatecznie szło się do przeciętnego ogólniaka, byle nie do pracy, zwłaszcza że roztopy w stoczni się zaczęły i się jakaś nadzieja wałęsiła, że jeden syf się na drugi miał zmienić. No, i zmienił się, i jakoś na studia z czasem łatwiej się było porwać. Rodzice jeść dali i mieszkać, to się jadło i mieszkało. Czasem czegoś uczyło. Czasem. Nie twierdzę, że było zupełnie łatwo, bo się trzeba było nieraz namyśleć strasznie byle nie pracować, ale nie chcę żeby mnie brano za jakiegoś męczennika za pracę. Trzeba było i się myślało ile wejdzie. Po polsku, po angielsku się myślało...

     

          Ale to życie studenta musiało się wreszcie skończyć. Oblać znowu głupio skoro się umie to wszystko jako tako, a kończyć już te studia też szkoda. Więc się zaczęło odkładać termin magisterki. Ale to też za wiele nie pomogło. Zwłaszcza, że ostatecznie i tak się nie obroniłem, gdy przyszedł czas. Jakby przespałem obowiązki.

     

          I teraz powtarzam ojcu, że już niedługo. Że szukam roboty, ale ona mnie musi przecież satysfakcjonować! A on macha ręką i odchodzi, czyli mu to chyba tak bardzo nie przeszkadza. Ale Dżordżiego ojciec widocznie z kasą gorzej stoi albo jest mniej wyrozumiały. 

     

          Doszliśmy do kamienicy, w której mieszkał Dżordżi. Ciemno w tym jego zaułku i tylko czekam za każdym razem aż wyjdzie mi kiedyś z bramy jakiś łachmaniarz z kosą i grzecznie poprosi o kasę, której nie mam.

     

          Ceglany budynek z kurzymi jajkami w zaprawie trzymał się nie- źle, mimo że był przedwojenny. Pokryty czymś, jakby tynkiem, tylko że dziwnym i wilgotnym, a u dołu mchem błyszczał w blasku popołudniowego słońca. Beny kopał jakiś kamień przed siebie.

     

          Podeszliśmy do domofonu.

    • Dzień dobry. Jest Jurek? - zapytałem.
    • Tak, proszę... - głos matki Dżordżiego, Bożeny.

          Te co zawsze pachnące wilgocią, skrzypiące schody toczące się w górę na drugie - ostatnie piętro. Na szczycie paproć tuż obok drzwi do jednego z mieszkań. Przezroczyste butelki, omszone zielono wewnątrz, do połowy zalane zimną wodą do podlewania krzaka witającego gości. Słońce przebijające się przez wielkie okno prosto w nasze oczy. Powinniśmy się cieszyć ze słoneczka.

     

          Po chwili przy paproci uchyliły się drzwi, a w nich stał sam Dżordżi w bokserkach i „siateczce”. No i obowiązkowo w czarnych wysokich skarpetach.

    • Co jest, chłopaki?

          Pchnąłem drzwi do środka, przez co Dżordżi uchylił się i ostatecznie odsunął. Wewnątrz panowała wysoka temperatura i słodki drożdżowy zapach - sobotnie popołudnie. Przedpokój był obszerny, jak to w niektórych kamienicach, lecz ciemny i ponury. Wyłożony boazerią, krył za pomarańczową zasłonką rower.

    • W gości przyszliśmy! - powiedziałem.

          W kuchennej futrynie pojawiła się smutno uśmiechnięta, spokojna pani Bożena. Włosy spięte grubą gumką, niebieski fartuszek. Zmęczone dłonie oparte o klamkę.

    • Dzień dobry, pani - odezwał się Beny.

          On oczywiście musiał się niewinnie uśmiechnąć, a taki właśnie uśmiech wymusza na drugiej osobie wzajemność. Poza tym mama Dżordżiego nas lubiła. Bóg jeden raczy wiedzieć za co...

     

          Przeszliśmy z przedpokoju do nory Dżordżiego. Na ścianie Steve McQueen, same ściany ciemnozielone. Było tam też trochę gratów jego młodszego brata, bo dzielili pokój. Usiadłem na dole piętrowego łóżka, Benon wskoczył na górę. W butach.

     

          Dżordżi przyszedł po chwili, już w spodniach.

    • Mama się pyta czy chcecie herbatę i ciasto - zapytał, jakby upokorzony tym obowiązkiem.

          Beny spojrzał na mnie z góry z nadzieją wypisaną w lśniących oczach. Tak na złość mu, najchętniej bym odmówił. Powiedziałbym, że nie, że nie mamy czasu, ale bardzo dziękujemy. Czasem widzę takie wersje wydarzeń w głowie, a potem wracam do rzeczywistości i wtedy asertywność idzie na bok. Poza tym łakomstwo...

    • Jasne - uśmiechnąłem się z przymusem.

          Tak już się jakoś złożyło, że mama Dżordżiego była wyśmienitą kucharką, więc kiedy nadarzyła się okazja, chętnie z niej korzystaliśmy w miarę zdrowego... naszego rozsądku. Jej drożdżówka to miękkie puszyste ciasto, które pachniało na kilometr. Na wierzchu, między kruszonką leżały kawałki owoców. No to wpieprzaliśmy ile było nam podane, a pani Bożena jakoś dziwnie cieszyła się na ten widok rodem z pewnej sceny z „Pianisty” Polańskiego. Lepiej żeby nas widziała tak, niż jakbyśmy byli z „Noża w wodzie”. Chyba... Zawsze przez kilka sekund patrzyła na nas zanim wyszła z pokoju. I teraz też tak było. Beny wdzięczył się do niej jak zawsze, niczym do dobrej babuni. To wszystko chyba przez jego matkę. Potem mama Dżordżiego wyszła, a on sam usiadł na pufie i popatrzeliśmy po sobie.

    • Beny mi mówił.
    • Wiem. Po to tu pewnie przyszedłeś. Pożegnać się.

          Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem. Jego ciemne, blisko osadzone oczy, jasne włosy z grzywką przeczesaną do góry jak u Morriseya i wciągnięte policzki czyniły go dość oryginalnym.

     

          W pokoju cicho grał Waits. „Fumblin' with the bullets”. Wszystko jakieś dziwne i nieobecne - cała ta atmosfera. Jedliśmy drożdżówkę czekając aż rozwinie się rozmowa.

    • Pojutrze - wyszeptał niepewnie, a Beny kaszlnął.
    • Już?! - zapytałem.
    • I co teraz? - Beny uniósł wzrok.
    • Będę przepisywał jakieś artykuły w „The Sun”.
    • Nie wierzę... Nie dość, że każą ci pracować tak nagle, za- granicą w dodatku, to żeby cię dobić, wysyłają cię do szmatławca, którym wstyd się podetrzeć!
    • Hej, spokojnie! Może... może oni maja rację, co?
    • W jakim sensie? - spytałem.
    • No, z tą pracą i w ogóle - wyraźnie stresowały go jego własne słowa - że... może już pora...
    • Już pora dorosnąć, tak? Tak to określają i to chciałeś powiedzieć...

          Szybko wstałem z miejsca, uderzając przy tym w górną część łóżka. Zmierzyłem go karcącym spojrzeniem, które wyraźnie go przybiło. W sumie nie miałem tego na celu. Tak sądzę.

    • Jeśli nawet, to niby po co? Żeby się temu wszystkiemu poddać?!
    • Maciej - nazwał mnie po imieniu po raz pierwszy naprawdę od dawna - to już się nie uda. Dłużej to nie potrwa.
    • Chcesz się przekonać?

          Beny patrzył na nas w milczeniu. Gdy spojrzałem na niego, wzdrygnął się i cofnął w pościeli pod ścianę.

    • Nie. Nie chcę. Normalnie żyć chcę...
    • Taa, ja też. Normalnie, czyli nie martwiąc się o wysokość wypłaty, która cała pójdzie na rachunki i o całe to gówno.
    • Ile ty masz lat? Takie rzeczy muszą się kończyć.
    • Już się zaczęło. Mniejsza z tym. Zbieraj się. Idziemy.

          Nasze plany były zupełnie oczywiste. Pójść na miasto i się nawalić. Napruć się tak, żeby to Dżordżi zapamiętał tam, na wyspach. Żebyśmy pamiętali jak to jest być młodym i wolnym. Cholernie wolnym.

    • Czekajcie. Zagrajmy jeszcze.

          Dżordżi wyjął z szuflady pudełko zapałek. Położył je na krawędzi stołu tak, aby lekko wystawało i stuknął w nie dłonią od spodu. Pudełko poleciało w górę, wykonało obrót, który sprawił, że opadło na krawędź. Zdobył punkt. Mnie się nie udało, bo pudełko przewróciło się na płasko. Beny zdołał przerzucić pudełko tak, że ustawiło się w pionie. Pięć punktów - cała pula. Długo graliśmy, aż do pokoju zapukał i wszedł ojciec Dżordżiego.

    • Co jest? - zapytał Dżordżi.
    • Wychodzicie już?
    • No, to jest chyba ostatnia wspólna okazja, nie? Wolałbym nie przypominać ci czemu.

          Pan Andrzej spuścił głowę, uśmiechając się kwaśno.

    • Właściwie to nie wiem czy warto było.
    • Teraz? Teraz mi to mówisz?! Najpierw załatwiasz mi pracę, do której nie chcę iść, a dziś mówisz, że masz wątpliwości?!
    • Nie od razu będzie cię praca satysfakcjonować! Poza tym dzięki temu będziesz dalej od piekła.
    • Co?!
    • Ech... Rosja nam nie ułatwia życia ostatnio. A ci cholerni naukowcy też nas chcą zniszczyć tą swoją „czarną dziurą”.
    • Taa, a kalendarz Majów się kończy w dwa tysiące dwunastym. (chociaż już pewnie po polskim Euro). Za dużo wiadomości oglądasz, tato.

          Ojciec pożegnał się i wyszedł. Dostrzegłem, że podobnie się poruszali. Widać Dżordżi odziedziczył chód po ojcu. Charakterystycznie ustawiane stopy, na zewnątrz. I lekko przygarbiony. Minimalnie. Ręce często w kieszeniach, ale nie jest to chód „bamberski”, jak to określał mój dziadek, ale chód dość obojętny. Taki „na siłę” i niezależny. Ciekawe...

     

          W tle leciał już Miles Davis. Ten facet był niesamowity. Potrafił tak grać, że człowiek nie musiał nic pić, żeby się dobrze bawić. Był jak Joshua Redman i Charlie Bird Parker razem wzięci. Był niesamowity od początku swojej kariery. A później naprawiał innych. Taki Michael Jackson. Nie znoszę gościa. Davis ze swoją doskonałą ekipą zagrali jego „Human Nature” tak, że człowiek nie może ruszyć z przytłoczenia doskonałością, pięknem... To samo z „Time after time”, Cyndi Lauper. Kawałek obrzydliwy! I ten klip. Rzygać się chce od tego ckliwego gówna. Przyszedł Davis i naprawił. Nic dodać, nic ująć. Mistrz, i jeszcze pomocny do tego.

     

    Tym razem leciały u nas kawałki ze „Siesty”. Hipnoza.

     

          Potem wyszliśmy. Zastanawiałem się nad tym, jak to się dzieje, że muzyka ma nad nami taką kontrolę. Byliśmy od niej uzależnieni. Wszędzie była z nami. Wzięliśmy więc ze sobą moją gitarę, którą zawsze trzymałem u Dżordżiego, żeby było łatwiej, a Beny miał harmonijkę, Dżordżi pałeczki. Poszliśmy na Stary Rynek zagrać “In the Ring of fire” - Johnny Cash i “Passanger” - Iggy Pop. Ktoś tam nawet się zatrzymał, posłuchał. Wystukał rytm stopą. Zwykle trochę starsi. Dodawaliśmy starówce trochę uroku. I tak nie dorównamy Wrocławowi czy Krakowowi. Potem ludzie nas zwyczajnie olali, więc zagraliśmy im jazgotliwą i nieskładną wariację na temat różnych pomysłów Komedy.

     

          Poszliśmy do domu Łotra Szymona.

     

          Podeszliśmy do jego kamienicy. Tuż pod okno i zaczęliśmy wołać. Beny zagwizdał na dwóch palcach. Nic to nie dało.

    • Tej! Sajmon! Jesteś tam? - zupełny brak odpowiedzi zbił nas nieco z tropu, bo Sajmon zawsze był w domu, jeśli nie był gdzieś z nami.

          Sprowokowało nas to do konkretniejszego działania, bo mięliśmy pewność co do jego obecności w domu. Zaczęliśmy grać „Subterranean Homesick Blues” Dylana. Znacznie przyspieszona wersja. Szarpałem w struny jak szalony, czułem ból dłoni. Beny dmuchał w harmonijkę jak najęty, a Dżordżi wykorzystał jako perkusję pobliskie śmietniki, barierki i donice na kwiaty. Dokładnie tak, jak kilka minut temu na moście. Gardło jednak mnie zawiodło. 

     

          “Get sick, get well

     

          Hang around a ink well

     

          Ring bell, hard to tell

     

          If anything is going to sell

     

          Try hard, get barred

     

          Get back, write brile

     

          Get jailed, jump bail...” 

     

          Po prostu pędziłem, aż mi tchu brakło. Po chwili Szymon wychylił się jednak przez okno. Czarne włosy jak krucze pierze, zaczesane do tyłu. Ten sam wzrok ciemnych oczu, które z dziesiątego piętra można dostrzec wraz ze źrenicami. Spory z niego był facet.

    • Czym sobie zasłużyłem na rozkosz bycia obudzonym podziemnym bluesem pełnym tęsknoty za domem, panowie?
    • Niczym. Chyba, że policzysz to sobie za spanie twardsze niż trup! Potrzebny nam jesteś! - zawołałem - Schodź! Albo nie! My do Ciebie przyjdziemy, bo trzeba gdzieś instrumenty zostawić!
    • Dla was zawsze mam miejsce...

          Weszliśmy na górę. Szymon zdążył się ubrać w swoją skórzaną kurtkę. Do tego czarne - słynne już - okulary. Ci, którzy nas mijali na ulicy musieli mieć nas za niezłe dziwadła.

    • Czołem! - kolejny niedzisiejszy zwrot, jak u Benego - tylko za depozyt wam służę, czy jeszcze coś chcecie? - był wesoły i rześki, ale i tak wyglądał na nieźle skacowanego.
    • Dziś balujemy, Sajmon. Dżordżi się żegna ze starym bytem i nam ucieka na obczyznę do pracy. Trzeba nam, żeby pamiętał te lepsze dni, a nie, że go tam wciągnie robota bez reszty.

          Beny już siedział na łóżku. Wiadomo jak.

    • No, dobra - Szymon był zakłopotany, chwycił się za kark - a mieliśmy wiecznie młodzi być. Co się stało?
    • Budzimy się ze snu. Nie to ważne... - uśmiechnąłem się sztucznie.
    • Zaraz, panowie! - przeciągnął Sajmon - To znaczy, że... że się kończymy? Tak... po prostu?
    • Na to wygląda. Odpływamy z Nibylandii.
    • Dobra, ale najpierw Gin!
    • Nigdy nie odmawiam Ginu z tonikiem - zaśmiał się Dżordżi.
    • I słusznie!
    • Słusznie!

          Minęły ze trzy kwadranse zanim pozbieraliśmy się ze swoich miejsc. Siedzieliśmy tak pijąc, brzdąkając na instrumentach. Wspominając dawne czasy.

     

          Dżordżi opowiadał historię swojego młodszego brata, który w podstawówce nie chcąc iść do szkoły łyknął trochę środków na przeczyszczenie i faktycznie nie poszedł, no bo jak... Tyle, że potem musiał węgiel kupić, żeby go przystopowało. I gdy szedł do apteki spotkał jakichś dwóch nadgorliwych policjantów. Ci podeszli do niego, żeby go spisać i zapytali, czy nie powinien być teraz w szkole. Odpowiedział im, że jest chory, a oni na to, że to ciekawe, że skoro nie dość chory by chodzić po ulicach, to znaczy, że na wagarach, i, że zabiorą go do szkoły. On na to, że to nie jest możliwe, poza tym nie ma plecaka, a ci młodzi gliniarze zupełnie go nie słuchali. Skończyło się przykrym wypadkiem na tylnym siedzeniu radiowozu. Policjanci wściekli się i zaczęli mu wymyślać, iż za to zapłaci, że to skandal, i dusili się w smrodzie. Zabrali go brudnego na komisariat, tam musiał się umyć i jakoś to poszło. Został zaproszony do komendanta głównego, który powiedział, że panowie policjanci są sobie sami winni, a tapicerkę wyczyszczą też samodzielnie. I oni tam ponoć nawet stali ze smutnymi minami. Brat Dżordżiego uśmiechnął się do nich, mówiąc: “Mówiłem, że jestem chory”.

     

          Chłopaki uwielbiają takie opowieści, choćby nie wiem jak bardzo obrzydliwe były. Coś jest w tym naszym rodzaju, co sprawia, że nas to bawi, jako młodych mężczyzn. Ale tak ogólnie, bo ja i Beny nie mieliśmy z tego takiego szaleńczego ubawu jak Dżordżi i Łotr Sajmon, który rechotał, oblewając się przy tym wódką.

     

          Potem zebrał wszystkie szklanki i zaniósł je do zlewu w kuchni. Jedną tylko zostawił.

    • Tej nie myjemy. Ta zostaje. Wódka wszystko odkazi - przetarł ją ściereczką i włożył do szuflady - Farwell, my lovely...

          Poszliśmy znów na Stary Rynek. Sajmon szedł z przodu. Za nim, tanecznym krokiem, obracając się w lewo i w prawo, szedł Beny podśpiewując pod nosem i klaszcząc w dłonie przy każdym obrocie.

    • Co ty jesteś, kurde, pieprzony Fred Astair? - zapytałem.
    • Chcesz być moją Ginger? Bądź moją Gingrer, Zbyniu!
    • Lepiej nie! - zaśmiał się Dżordżi.

          Szymon zwolnił kroku, w końcu się zatrzymując. Ściemniało się. Słyszałem głosy. Zauważyłem, że coś jest nie tak. Szybko zorientowałem się, że moje przeczucia były zupełnie słuszne. Niedaleko barki podeszli do nas dwaj goście. Tacy, co nas raczej nigdy nie polubią. Zbyt wiele razy się z podobnymi im szaleńcami spotkałem, by tego nie wiedzieć. Zawsze kończyło się jatką. Czasem wygrywałem, ale rzadko, bo oni noszą kastety albo inne draństwo i sobie nie sposób z tym poradzić.

     

          Luźne, błyszczące w świetle pomarańczowych latarni dresy i równie połyskliwe czubki głów zbliżyły się do nas.

    • Ej, nie wiecie, która godzina? - zapytał jeden z nich, żując gumę z otwartymi ustami.
    • No, nie bardzo - odpowiedziałem.
    • A w mordę, kurwa chcesz?! - zapytał drugi próbując chwycić mnie za gardło. W porę się usunąłem.

          Wyższy zbliżył się do mnie, by mi się przyjrzeć. Kiedy wziął zamach, Dżordżi podłożył mu nogę i przeciągnął ją do siebie. Gdy ten się przewrócił, Beny naskoczył mu na brzuch. Znów usunąłem się w ostatniej chwili i szarpnąłem przy tym tego, który wcześniej mnie zaatakował, by znalazł się na moim miejscu. Po chwili został pokryty (ku swemu wyraźnemu niezadowoleniu) resztkami przetrawionego kebabu i innych ciekawych produktów spożywczych. Ubrudził spodnie. Właściwie byłem bardzo zadowolony. Ciągle pojawiają się tu kolejni idioci, którzy nie tolerują niczego poza sobą. Niech czasem poznają, jak smakuje sos, którym nas częstują (skoro już jesteśmy w gastronomicznych tematach).

     

          Brudny, z obrzydzeniem na twarzy podszedł do brzegu rzeki i też zwymiotował. Drugi wił się w bólu i coś tam bełkotał, krztusząc się i charcząc. Szymon przewrócił go na brzuch w obawie, że mógłby się udusić. Miał chłopak skrupuły. Nie to co oni. Sam nie miałem do tego głowy, więc może mógłbym mieć go na sumieniu.

     

          Zostawiliśmy ich samych sobie. 

     

          Była mniej więcej dwudziesta trzecia, gdy na Starym Rynku, wokół którego znów zaczęliśmy się kręcić, kilku chłopaków rzucało sobie frisbee. Jacyś żule snuli się po okręgu, inni układali się w kątach i bocznych uliczkach do snu. Kilka młodych dziewczyn rozmawiało idąc od strony mostu na północ. Dało się też słyszeć śpiewy i menelskie zawodzenia.

     

          Dżordżi trochę przesadził z piciem, więc Sajmon go gdzieś zabrał, żeby powtórzyć wyczyn pewnych dwóch gości, których spotkaliśmy wcześniej. Siedzieliśmy z Benym na krawężniku przed biblioteką, pociągając piwo z butelki. Taki mieliśmy zwyczaj, że trzymaliśmy ją przy zwężeniu korpusu i wtedy jakoś łatwiej podchodziło. Podobało mi się tutaj.

     

          Po chwili Beny spojrzał na mnie swym rezolutnym spojrzeniem i wyszczerzył się. Nie miałem pojęcia, co też może mu chodzić po głowie. Patrzył tak przez chwilę i miotał się znów, tyle że teraz wesoło, jakby się wstydził czegoś powiedzieć. Głos łamał mu się. Jęczał i odwracał się. Zaplatał rękę za głowę i drapał się.

    • No, co?! - spytałem.
    • A jak na ciebie przyjdzie czas, to co będziesz robił?
    • Na mnie nie przyjdzie - burknąłem.
    • Przyjdzie, przyjdzie. Na każdego...
    • A ty co będziesz, robił, ha?
    • Pierwszy zadałem pytanie - wyglądał na bardzo zadowolonego i równie podekscytowanego. Jakby już znał odpowiedź i tylko oczekiwał na potwierdzenie.

          Patrzyłem na niego, jak na idiotę. Potem trochę się nawet uśmiechnąłem. To przecież Beny. Na tym polega jego pieprzony urok. To Beny, który rozbawia całą naszą paczkę. Beny... Niedługo pewnie na powrót Piotr Michalik - magister o twarzy piętnastolatka. Dorosłe dziecko. Zabawny chłopaczek z centrum miasta, a jednocześnie stary facet. Być może pisarz, dziennikarz...

    • Będę robił coś łatwego - zaśmiałem się.
    • Znasz się trochę na pisaniu. Na dziennikarstwie.
    • Eee.... Za dużo roboty.
    • Rąk sobie przy tym raczej nie zerwiesz!
    • To wolę już rysować - uśmiechnąłem się.
    • A umiesz? Wiesz co i jak?
    • Nie mam pojęcia!
    • No, to jak chcesz rysować, skoro nie umiesz? W dodatku chcesz na tym zarabiać...
    • To proste - pociągnąłem łyk piwa - rysować, malować, bazgrać... Na przykład taka mała biała kropeczka na czarnym papierze. Co prawda ten pomysł już mi ktoś podpieprzył chyba, ale nie o to chodzi. Jak nie, to robisz parę bezładnych kresek na płótnie. Dziwne numerki do góry nogami albo obrazy prymitywne jak średniowieczne freski. Potem już tylko opowiadasz, że to wszystko dla sztuki. Że to wyraża jakiś zamęt twojego wnętrza albo smutek nad minioną wojną w Somalii. Że ta pustka, co ci się tak naprawdę nie chciało już nic na niej namalować, bo byłeś zbyt nawalony, to ukazuje tak naprawdę głód, jakby Adhid prowadził swoją wojnę. No, a ta plama z ketchupu to nie efekt małego incydentu z kebabem, tylko symbol krwi plemienia Hutu zabitego w Ruandzie. Trochę gadania o trzecim świecie. Hollywood cię kocha! Potem przechodzisz etap Pollocka, może kogoś jeszcze i czterdziestoletni biznesmeni, polscy nowobogaccy, cała klasa średnia i właściciele imperiów cukierniczych będą cię kupować za kupę kasy. Będę się czuł trochę jak Rubik, ale przynajmniej będzie mnie stać na dobre, świeże krewetki...
    • A może naucz się malować. Skandal i hałas połączony z umiejętnościami i kreatywnością, to zawsze coś więcej niż sam skandal i kit, nie?
    • Nie. Jak będę malował jak Hopper i zrobię bydgoskie “Nighthawks at the dinner” albo namaluję wszystkie najpiękniejsze miejskie budynki z jakiejś ciekawej perspektywy, to absolutnie nikt mnie nie zauważy. Dzieciaki z “plastyka” też są w tym względzie na przegranej pozycji. Malują krwawe czachy i ponure gotyckie zamczyska, patrzą w ziemię mówiąc, że ich to wyraża, słuchają Mansona i gadając niezłe głupoty są omijani przez nauczycieli. W sumie nic dziwnego, bo zazwyczaj w tych ich bazgrołach nic nie ma. Ale przez to może się narodzić gdzieś młody Beksiński - mistrz pędzla i zostać przez świat niezauważony mimo wysokiego potencjału. Żałosne.
    • W Japonii podobno mają takich od cholery.
    • A przy tym najwyższy na świecie procent samobójstw.

          Beny patrzył na mnie zdziwiony. Chyba nie bardzo już rozumiał, o czym mówię.

     

          Pociągnąłem kolejny łyk.

    • Jestem nawalony i pieprzę głupoty, Benuś. Tak naprawdę to nic nie będę robił. Umrę jako nierób w domu rodziców. Taki nasz los. Co tak patrzysz?
    • Kurde, stary! Ty nigdy tyle naraz do mnie nie powiedziałeś. Na ogół kończyło się na kilku zdaniach i tylko jak ci przypadł temat...
    • Mówiłem ci, że jestem nawalony.
    • Zwykle im mniej trzeźwy, tym mniej rozmowny jesteś.
    • Przesadzasz.
    • Pęcherz mnie ciśnie, Zbyniu. Zaraz wracam.

           Zniknął w przesmyku, w którym wcześniej zniknęło kilka dziewczyn. Zostałem sam ze swoimi pijanymi myślami. Ogólnie niezadowolony i zgorzkniały. Co naprawdę będę robił? Skończę udawać? Zgrywać wolnego dzieciaka, buszującego w zbożu? Poddam się temu wszystkiemu i przebiorę w ładny czysty garnitur pod krawatem? W czystej, śnieżnej koszuli, ogolony na gładko wsiądę do taksówki i pojadę do redakcji, w której będę pisał oczywistości o gównie w polityce. Każdy o tym pisze. Wszystko już było, to jak mam nie powielać siebie, ani nikogo innego, realizować się i dobrze zarabiać jednocześnie? Utrzymać rodzinę, samochód i dom. Zasadzić drzewo na podwórku i dobrze bawić się z równymi sobie “przyjaciółmi” w jakiejś restauracji? Takie są przecież teraz priorytety. Wymagania wobec mnie i wobec innych. Nowe, zdrowe społeczeństwo. Dobrze odżywione i wyspane w ciepłej pościeli. Nowy, wspaniały świat...

     

          Wszystko już było. Historię powtarzamy na błędach. Muzyka - ta prawdziwa, literatura, film. Wszystko to powielanie wymyślonych wcześniej schematów, choćby ich nawet nie znać. Kto zna Orsona Wellesa? A kto z niego mimo woli nie czerpie? W każdej dziedzinie życia jest jakiś „obywatel Kane”, którego ktoś teraz powtarza, czasem zarzekając się, że to jego autorski pomysł. Nowator... To jedyne, co nam zostało, róbmy to - kopiujmy, ale bez tych wszystkich kłamstw! Jakoś nie mam ochoty brać w tym udziału.

     

          Zauważyłem, że wśród gości rzucających frisbee jest jedna dziewczyna. Siedziała sobie spokojnie na ławce. Przyglądała mi się z nieskrywaną uwagą i uśmiechała się chyba, choć głowy nie daję, bo światło latarni raziło mnie w oczy. Nie byłem pewien, co robić, gdy wstała i ruszyła w moim kierunku. Zacząłem się trochę wiercić, zasłaniać i chyba to dostrzegła, bo zaśmiała się w głos.

     

          Była blondynką. Ubrana w zieloną bluzę z kapturem, granatowe, obcisłe dżinsy i chyba nic poza tym. Jakieś dziwne buty miała na sobie, ale Bóg jeden raczy wiedzieć, jak nazywają się te jedne spośród milionów rodzajów tego, co kobiety wkładają na stopy. Usiadła obok mnie na krawężniku i spojrzała na mnie swoimi dużymi, błękitnymi oczyma, wciąż uśmiechając się. Byłem trochę zmieszany i zaskoczony, więc milczałem, zgrywając twardziela.

    • Wygląda pan, jakby chciał coś powiedzieć.
    • Pan? - zapytałem, zaskoczony zwrotem.
    • Wygląda pan na takiego, który jest skłonny toczyć ze mną tę grę.

          Nie bardzo wiedziałem o co jej chodzi, ale po chwili zrozumiałem, że ona chce tych formalności używać, a ja według niej jestem idealnym do tego adwersarzem. Play the game - pomyślałem.

    • A co, jeśli się pani myli?
    • Cóż, nieomylna może nie jestem, ale instynkt mnie do pana skierował.
    • Ach tak! Dobrze, więc, proszę pani. Porozmawiajmy. Proszę jednak narzucić ciekawy temat.

          Otworzyła torebkę.

    • Życzy pan sobie ogórka?
    • Ogórka?! - wykrzyknąłem w zdumieniu, patrząc na zielone warzywo w jej dłoni.
    • Ogórka. Są zdrowe na cerę, a na głodnego rozmawia się trudno.
    • Och - sięgnąłem po ogórka małosolnego, przygryzłem go i z pełnymi ustami zapytałem: - A jaki miała by mieć ta nasza rozmowa temat? Namyśliła się pani?
    • Intelektualny, oczywiście - przeciągnęła.
    • Intelektualny! Hmmm... A konkretnie? Uprzedzam, że w dziedzinie fizyki kwantowej nie będę skłonny do dialogu.

          Dziewczyna zaśmiała się.

    • To może polityka? Wprawdzie fizyka kwantowa przeszła mi przez myśl, ale skoro okazał się pan taki czujny...
    • Polityka - przeciągnąłem z zainteresowaniem w głosie - dorośle będziemy więc rozmawiać. No, dobrze... Ojciec opowiadał mi nieco o polityce rosyjskiej i sam nawet nieco rzuciłem okiem.
    • No, jak miło.
    • Mam tu na myśli ostatnie poczynania ich rządu.
    • Ach, no to faktycznie smutna sprawa.
    • Smutna? - mówiąc to, zauważyłem że osiągnąłem pożądany efekt, to znaczy zdziwienie na jej twarzy - ona nie jest smutna! Ona jest żałosna!
    • Och... - westchnęła. - Już myślałam, że się panu wydaje radosna. Te krwawe kampanie w Gruzji, to zachowanie wobec państw ościennych.
    • To lekceważenie apelów ze strony Europy - dodałem bezwiednie.
    • Za nic sobie mają godność swoich ofiar.

          Rozmowa była sztuczna, podniecenie jednak prawdziwe.

    • Odnoszę wrażenie, że z tego szykuje się coś większego, że oni tworzą coś nowego.
    • Wzorem epoki stalinizmu.
    • Nie stosujmy tak drastycznych porównań - próbowałem załagodzić.
    • Jak to?! Budowa..., odbudowa imperium! Nawoływanie do zwiększenia przyrostu naturalnego. Stalin chwalił się przecież potężną piechotą.

          Zastanawiałem się, jak to się dzieje, że ta młoda, piękna dziewczyna ma takie pojęcie na ten temat. Jak to się dzieje, że ją to interesuje, że poświęca na to swój czas. Przejmuje się. Wplątała się w te sprawy i już się z nich nie wyplącze. Ta droga jest bezpowrotna. Tułać się trzeba po kraju pełnym nienawiści, po świecie pełnym wrogości zrodzonej z władzy, do której podobno trzeba dorosnąć. I ona zaczęła już swoją tułaczkę. Ja... ja myślałem, że jeszcze mnie to nie dotyczy, choć tak naprawdę tułałem się od zawsze... Tak naprawdę tułam się ze sztuczną świadomością bycia poza tym. Iluzją wolności, w rzeczywistości byłem niewolnikiem nie tylko otaczającego mnie świata, ale i samego siebie.

     

          Ogarnął mnie smutek, który niezręcznie próbowałem ukryć przed rozmówczynią.

    • Pana to przytłacza.
    • Nie. Skąd... znaczy, owszem ale nie do końca to jest powodem.
    • Powodem czego? Smutku na pańskiej twarzy?

          Westchnąłem.

    • Pani mnie chyba lepiej zna niż ja sam. I to również jest przytłaczające.
    • Czy ja wiem? Świadomość, że ktoś może mnie znać aż tak dobrze byłaby nawet powodem do radości, optymizmu... Jednak nieumiejętność poznania samego siebie... To faktycznie nie budzi w człowieku szczęścia.
    • Ale kto zna samego siebie? Ten, komu się tak wydaje musi być jeszcze głupszy ode mnie... Ma pani rację... z tą polityką. Rosjanie podbijają świat, posuwając się przy tym do okrucieństw i do dumnego pokazywania w publicznej telewizji materiałów z Gruzji, przedstawiających stosy martwych ciał, płonące domy i płaczące okaleczone dzieci po to, by podnieść własne morale. To brzmi absurdalnie...
    • To powinno przerażać a nie podbudowywać.
    • To prawdziwe, najprawdziwsze przedstawienie nas samych. Ale nas to nie powinno interesować. Powinniśmy śmiać się i bawić. Tańczyć na grobach naszych przodków.
    • Słucham?!
    • Nieważne. To prawdziwe i prawdziwsze nawet niż pani, czy ja siedzący tutaj. Bo nas może tu nie być. Możemy w każdej chwili rozejść się, pójść gdzieś razem, ale wojny będą się toczyć. Nie da się tego odwrócić.
    • Naszego spotkania również. Stało się. Jesteśmy tu i rozmawiamy, a nawet jeżeli pan stąd pójdzie, nie wymaże pan z kart własnej historii tej chwili, nie przywróci pan straconych minut i powietrza, które pan zużył na oddech. Tyle, że my możemy to wszystko prowadzić w dobrym kierunku. Może się z tego urodzić coś dobrego. Możemy zrodzić piękno. Wojna tego nigdy nie stworzy.

          Uśmiechnąłem się.

     

          Frisbee wpadło mi pod nogi. Wygrzebałem je i podałem właścicielowi, który zdążył już do mnie podbiec.

    • Dzięki - odezwał się - Patryk, jestem. Widzę, że poznałeś już...
    • Cicho! - dziewczyna przerwała, przykładając mu dłoń do ust - psujesz zabawę.
    • Acha - odezwał się w stylu Bogata. Nie przeszkadzajcie sobie.

          Odszedł.

    • To mój kolega. Przychodzimy tu razem z jego bratem i kilkoma znajomymi. O tej porze, bo wtedy właściwie robi się tu najciekawiej. Ta zabudowa, ten klimat najbardziej oddziałuje na człowieka w świetle pomarańczowych latarni, kiedy Twardowski nie wyskakuje już przez okno, dzieci nie karmią gołębi, a menele nie wołają tak często na winko, bo śpią.
    • Hmmm... lubi pani... Lubisz stare miasto nocą, ciemne zaułki i wąskie uliczki, tak?
    • Coś w tym rodzaju. To utwierdza człowieka w przekonaniu, że właśnie tyle lat mają otaczające go mury. Że niektóre z tych domów pamiętają czasy, kiedy wszystko było zupełnie inne. Kiedy na wiadomość czekało się trzydzieści dni a nie trzydzieści sekund.
    • Nie lubisz szybkiej korespondencji przez internet? - zdziwiłem się.
    • Lubię, robię to często, ułatwia mi to życie, a gdyby tego nie było, narzekałabym. Ale czasem tęsknię trochę... Piszę z jednym kolegą na papierze. To coś dziwnie przyjemnego, to oczekiwanie na odpowiedź. Czekanie aż w skrzynce znajdzie się koperta.
    • Rozumiem... chyba.

          Spostrzegłem, że rozmawiamy już zupełnie normalnie. Jakbyśmy się znali o dawna. Przyjacielska rozmowa bez ograniczeń. Rozmawialiśmy jeszcze dosyć długo i zacząłem się zastanawiać gdzie tak długo podziewa się Beny. Okazało się, że cały czas czeka na mnie na ławce przed antykwariatem, ale nie śmie przerywać nam rozmowy ani przyłączyć się. Dziewczyna dostrzegła go i moją uwagę skupioną na nim a nie na jej słowach.

    • To... na mnie już pora. Na ciebie chyba również...
    • C..co? Słucham? Przepraszam - zmieszałem się - pewnie mi się nie przedstawisz?
    • A ty?
    • Ja... ja nie wiem kim jestem.
    • Zgrywasz się, może być Agnieszka.
    • To może być Maciej - uśmiechnąłem się pod nosem.

          Wyglądała na zawiedzioną. Przypuszczam, że miała nadzieję na dłuższą znajomość. Nie wiem, jak to się robi. Wymienia numery telefonu czy jak na filmach biegnie do domu razem pod pościel, a potem budzi się rano, zapala papierosa, parzy kawę i siedzi przy kuchennym stole w milczeniu. Wspólnym milczeniu, a potem przywiązuje się do siebie nawzajem i rodzi tak zwaną miłość, która trudna ale silna trwa we wszystkich nieszczęściach i dba się o to, żeby taki poranek z kawą i papierosem - z siedzeniem na brzegu łóżka przez minutę w ciszy - miał miejsce zawsze i nie został zapomniany. A potem dba się o to, by nie odwracać się w łóżku plecami, by całowało się czoło o poranku, gdy druga osoba śpi tylko dla tej zasady - dla samego siebie - by pamiętać ile druga osoba znaczy. Przemknęło mi to wszystko przez myśl w kilka sekund, ale skutecznie wyparłem to, uznając za nieistotne. Agnieszka...

     

          Odeszła. Po chwili sam też dźwignąłem się z krawężnika i poszedłem w kierunku Benego. Budynki mieniły się w pomarańczowej poświacie. Bruk pod moimi stopami lśnił od mżawki, która właśnie zaczęła padać. Zapach wilgoci unosił się w powietrzu. Beny z rękoma w kieszeniach przeskakiwał z nogi na nogę, jakby było mu zimno. Patrzył na mnie pytająco. Bez słów spojrzałem mu znacząco w  oczy i ruchem głowy wskazałem kierunek, w którym zamierzam pójść. Planowałem odnaleźć Dżordżiego i Szymona, ale tylko jedno miejsce przychodziło mi do głowy. Miałem nadzieję, że się nie mylę.

     

          W milczeniu, Beny sztywnym krokiem i ja z rękoma w kieszeni i szyją  skrytą w ramionach, zgarbiony od chłodnego deszczu, ruszyliśmy w kierunku Młynów.

     

          Deszcz nasilał się. Uderzał w moje ciało grubymi, ciężkimi kroplami, które tylko trochę poddawały się działaniu wiatru. Lekko ochrypniętym głosem nuciłem sobie “Lust For Life” Popa, Beny natomiast milczał. Spodziewałem się, że zacznie po chwili tańczyć śpiewając “Singing in the rain”. On jednak naciągnął mocniej na głowę melonik, na którego rondzie zebrało się sporo wody, która spłynęła mu pod rękawy marynarki. Wstrząsnął nim dreszcz.

    • Hej, Groucho! Co tak milczysz?

          Chyba mnie nie usłyszał - pomyślałem - z początku zdawało mi się, że to hałas deszczu mnie zagłusza, ale on był po prostu pogrążony we własnych myślach.

     

          Na Wyspie było ciemno. Ledwo odnajdywałem drogę, obawiając się jakiegoś ataku zza pleców. W tym deszczu moje zmysły mocno osłabły. Byliśmy zupełnie przemoknięci. Błądząc wzrokiem po Wyspie w poszukiwaniu reszty paczki, zastanawiałem się, co może chodzić Benemu po głowie. Woda zalała mi oczy. Deszcz zawsze, choćby w najdziwniejszy sposób, krzyżował mi plany. Nie znosiłem go.

    • Hej! Beny, no stój! - zawołałem i tym razem musiał mnie usłyszeć.

          Mimo to parł do przodu w milczeniu, zupełnie się nie przejmując moimi staraniami. Przyspieszyłem kroku by go wyprzedzić i zastąpiłem mu drogę. Chwyciłem go za ramiona i zbliżyłem swoją twarz do jego, patrząc mu w oczy. W mroku widziałem jedynie błysk. Kiedy nim szarpnąłem, usłyszałem plusk wody, która zebrała się na naszych ubraniach.

    • Co jest? Co jest, Beny?!
    • Oni mają rację.
    • O czym ty, kurde, gadasz?
    • Nie możemy więcej udawać, że nic się nie zmienia. Gówno nam to daje.
    • Jak to? Jesteśmy poza tym wszystkim, czego się brzydzimy! Mamy wszystko gdzieś, Beny! Nie pamiętasz?
    • Nie. To nie tak jest poukładane. Nie jesteśmy tymi, za których chcemy, żeby nas brano. Jesteśmy sztuczni. Jesteśmy iluzją.

          W tym chłopaku chyba coś pękło, a po chwili i we mnie.

    • Posłuchaj. Żyjemy tak odkąd się znamy. Było coś źle? - broniłem walącej się fortecy. - Może i trochę się pogubiliśmy, ale komu to się nie zdarza, co?
    • Jesteśmy, kurwa, dorosłymi ludźmi! - oczy zaczęły mu bardziej błyszczeć, głos łamał się. A próbujemy być jak dzieci. Ja też sądziłem, że to nam daje jakąś wolność, ale to gówno prawda. Sądziłem, że dzięki temu stawiamy sobie inne priorytety, ale już sam fakt, że tak myślimy wyklucza tego realność! To tylko pozór, Maciej. Marna próba bycia kimś innym, nawet nie do końca z buntu, ale z wygodnictwa.

          Mówił przez zęby i nazwał mnie po imieniu.

    • Daj spokój...
    • Nie. Nie...

          Powtarzał to słowo, oddalając się ode mnie “na wstecznym”. Przypominał teraz nieco Olivera Twista, w tym swoim przemokniętym, staromodnym ubranku ze smutną miną. Nie wiem jak ja wyglądałem, ale na pewno równie żałośnie. Wszyscy byliśmy żałośni, ale tak naprawdę to ja byłem tego esencją. Wierzyłem w te wszystkie głupoty, które stworzyliśmy, będąc już chyba ostatnim gorliwym ich wyznawcą. Ostatnim idiotą. I z tym będę się musiał pogodzić?

     

          Beny odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem zniknął mi z oczu, pozostawiając mnie samemu sobie. Zawiedziony, zbity pies - tym byłem. Osiadłem twardo na mokrą trawę. Deszcz lał, a godziny mijały coraz wolniej...

     

          Nagle zrobiło się jeszcze ciemniej, a w potylicy poczułem silny ból. Usłyszałem kroki i krzyk. Kolejne kopnięcia w brzuch wysłały mnie do Rygi.

    • Teraz ty się może wykąp we własnych rzygach, ha?!

     Czułem jak twarz mi puchła.

    • Nie każ mi wstać i ci oddać, wredny skurczybyku! - wybełkotałem resztką sił.

          Potem zrobiło się zupełnie ciemno i cicho, a deszcz przestał mi już przeszkadzać. Poprzedził to dziwny, silny ból głowy, który trwał jedynie ułamek sekundy. 

     

          O świcie już nie padało. Byłem skostniały, jakbym wstał z grobu lub przynajmniej z nagrobka. Zaschnięte błoto przywarło mi do koszuli i do spodni. Z trudem pozbierałem się z ziemi i chwiejnym krokiem podążyłem w kierunku wody. Chciałem obmyć twarz, ropiejącą brew. Nad skarpą usłyszałem szelest.

    • Dżordżi? - zapytałem.
    • Nie ma! - usłyszałem odpowiedź.
    • Szymon?
    • Obecny - jego głos był zmęczony, osowiały, lecz miał twarde brzmienie.

          Sajmon wszedł do mnie na górę i stanął niecałe pół metra ode mnie. Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów.

    • Stary, wyglądasz jak gówno. Co się stało?
    • E, mała potyczka z dziewczynami.
    • Chciałbym je poznać - zaśmiał się. - A gdzie Beny?
    • Do domu poszedł... Tak sądzę. A Dżordżi?
    • Najpierw sobie trochę porzygał, jak chyba każdy tej nocy - spojrzał znacząco na moją pierś - ostatecznie zmył się do domu, bo trochę go zmogło. Ja stwierdziłem, że w końcu tu przyjdziesz i postanowiłem zaczekać, ale mi się przysnęło. Widząc cię stwierdzam, że ciebie też coś uśpiło.
    • No, tak - oblizałem rozciętą wargę.
    • Na mnie pora, skoro już tak się to wszystko układa.
    • Szymon! Co ty o tym wszystkim myślisz?
    • Ale o czym?
    • No, o tym, co ostatnio. Wszystkie nasze pomysły i zachowania przez te lata i o wyjeździe Dżordżiego...
    • Co myślę? Myślę, dobrze źle się bawiliśmy, ale trochę się też pomyliliśmy. Było minęło. Teraz przyjdą pewnie jakieś zmiany. Ale nie wyobrażam sobie Benego innego niż tego, którego widziałem kilka godzin temu.
    • Taa - uśmiechnąłem się pod nosem - dobra, to cześć.

          Przebyłem budzący się do życia Stary Rynek, okryty lekką mgłą, niby błękitną aurą i po chwili znalazłem się na Gdańskiej. Zszedłem w dół i skręciłem w Dworcową, gdzie mijałem mężczyzn idących do pracy. Każdy z nich ubrany w lepiej lub gorzej skrojony garnitur, a pod nim biała koszula i krawat. Czarne, skórzane buty zlewały się z zaprasowanymi w kant spodniami. Idealnie zaczesane włosy i zadbana cera. Żadnych ciemnych worów pod przekrwionymi oczami. Nawet nosy im nie błyszczały. Pudrowane manekiny. Zawsze unikałem takiego stylu. Nawet na wszelkiej maści chwalebne okazje w szkole przychodziłem raczej luźno. Ci faceci byli pochłonięci swoimi obowiązkami już od wielu lat. Pewnie zaczynali, gdy byli młodsi ode mnie. Niektórzy z nich rozmawiali przez telefony komórkowe z żonami, kończąc konwersacje słowami “kocham cię” lub “ucałuj ode mnie nasze słoneczko”; zakładam, że to o ukochanej córce. W sumie byli zadowoleni, weseli, a patrząc na mnie, wyrażali obrzydzenie. Byłem przecież brudny i pobity.

     

          Po drodze mijałem też ekipę sprzątającą, która powitała mnie słowami: “Hej, zmieścisz się nam w naszym pachnącym bagażniku. Nadasz się tam, śmieciu!”. Widziałem też kilku drobnych sprzedawców, przyjmujących dostawy pieczywa. Powoli rodził się nowy dzień. Nowy dzień...

     

          Doszedłem do dworca kolejowego i udałem się w kierunku jednego z kilku przystanków autobusowych. Wszedłem do autobusu i usiadłem przy oknie tyłem do kierunku jazdy, czekając aż ruszy. Nie miałem biletu. Postanowiłem odwiedzić brata. Rodzice nie byliby zadowoleni z widoku, jaki sobą prezentowałem tego poranka.

     

          Gdy autobus ruszył, oparłem głowę o szybę i patrzyłem na to, co pozostawiałem za sobą. 

     

          Obserwowałem puste ulice, jak kolejne ich fragmenty oddalały się. Powoli brukowe jezdnie śródmieścia zmieniały się w asfaltowe, dziurawe pasy, oddzielone od chodnika trawą. Ulice nie były już takie wąskie. Później pojawiło się na drodze więcej samochodów, wciąż jednak nie tak wiele, by wydawały z siebie stłoczony, wielkomiejski ryk. Było to raczej spokojne pomrukiwanie, na które nikt nie zwracał uwagi. Na parkingach widać też było nieszczęśników, którzy próbowali bezskutecznie odpalić silniki swych aut, by ostatecznie kopać je gniewnie w opony.

     

          Przed szpitalem wsiadł do autobusu bezdomny. Był brudniejszy ode mnie i strasznie śmierdział. Uznałem, że to nie jego wina i spłyciłem swój oddech.

     

          Zmierzył mnie wrogim spojrzeniem i zaczął bełkotać:

    • Młodzi to zaraza jednak! Jak rząd... Za komuny to było dobrze. Do trzynastej trzeba było czekać, ale było dobrze! - spojrzał na swoje buty - człowiek by chciał tylko trochę odpocząć, to nie! Ciągle go tylko mendy spisują. Jebane kurwy... Wczoraj podjechała suka i mnie chcieli do izby zabrać, a ja trzeźwy byłem. Nie piję, bo nie mam za co. Spałowały mnie psy i zabrały.

          Gdy skończył, uznał że okazuję mu nieco za mało uwagi...

    • Ty gnoju, ty! Chcesz się bić? Jak ci wpierdzielę gnoju... ty...
    • Bus dojechał do przystanku niedaleko stawu. Wysiadłem, zostawiając menela i ruszyłem w kierunku mrówkowca. Wystukałem kod i wszedłem do klatki schodowej. Winda znów nie działała i musiałem iść schodami. Na każdym półpiętrze czytałem obskurny napis na brudnej, zniszczonej i obdartej częściowo z tynku ścianie, który mówił: “Żądasz czystości, dbaj o nią sam!” Gdy dotarłem na siódme piętro, skręciłem z wewnętrznego korytarza na galerię, gdzie dzwoniłem domofonem przez dobre pięć minut. Cisza. Opadłem na podłogę i oparłem się o ścianę, dłonie splatając między nogami.

          Po chwili drzwi otworzyły się. Wstałem szybko i zobaczyłem w drzwiach Anię - dziewczynę Pawła.

    • A ty co tu robisz? - zapytała.
    • Dzwoniłem, ale nikt nie odbierał. Nie moja wina, że mnie tu nie chcecie gościć.
    • Ludzie śpią o tej porze! Też bym chciała. On jeszcze śpi. Kurde, jak ty wyglądasz? Coś się stało?

          Szybko się do mnie zbliżyła. Chwyciła za policzki, naciągnęła powieki i przyjrzała oczom.

    • Dostałeś?
    • Trochę.
    • Idź, może go dobudzisz. Idę do pracy.

          Wszedłem na galerię. Wyjrzałem przez barierkę, ale zakręciło mi się w głowie, która i tak mocno mnie bolała. Ciągnąc wzdłuż ściany, doszedłem do drzwi mieszkania Pawła. Zacząłem pukać. Zacząłem walić pięścią. Uderzyłem głową o drzwi, które uchyliły się po chwili.

     

    - Domofonu nie znasz?! - zapytał ze złością.

    • Nieważne.

          W mieszkaniu panował zaduch. Z ciemnego przedpokoju udałem się do ciasnej łazienki.

    • Dostałeś wpieprz?
    • No.
    • Dresy?
    • No. A kto inny? Co u was? Wszystko okej?
    • Nie. Ani się okres spóźnia.
    • Znam takich, co by się cieszyli.
    • A ja nie. Umyj się i przebierz w coś mojego. Jakby cię mama zobaczyła...
    • To by mnie zgnoiła.
    • Fakt. Ja idę dalej spać. Możesz coś puścić.

          Podszedłem do wieży w pokoju, włożyłem do odtwarzacza Doorsów. Ustawiłem na “The End”. Poszedłem pod prysznic.

     

          W szafie odnalazłem garnitur Pawła. Założyłem go. Przez chwilę w to nie wierzyłem. Miałem spory kłopot z krawatem. Pamiętałem jednak, że ojciec na siłę nas tego uczył i jakoś to sobie przypomniałem.

     

          Zastanawiałem się, co będą tego dnia robili Dżordżi i Sajmon. Beny... Co będzie czuła Agnieszka... Czy wieczorem wróci na Stary Rynek? Czy rozpoznałaby mnie, jeśli bym przyszedł.

     

          Podszedłem do nieoświetlonego akwarium, w którym pływały martwe ciała rybek, nie nakarmionych od tygodni. Rozkładały się i śmierdziały.

     

          Poprawiłem krawat i wyszedłem z mieszkania.

     

          Idąc ulicą, spotkałem dwie dziewczyny. Była już chyba dziewiąta rano. Okazało się, że są świadkami Jehowy. Zaczęły mi opowiadać o zbliżającym się zbawieniu, o smutku wśród młodych ludzi, którego nie można niczym wytłumaczyć. Były miłe i uśmiechały się. Słuchałem ich wywodu dobre pięć minut zauważając, że ich słowa brzmią, jak zapisane wcześniej i wyuczone regułki. Nie było w tym prawdziwości. Dały mi dwie gazetki i adres strony internetowej, na której mógłbym dowiedzieć się więcej o bożych planach wobec mnie. Wsunąłem karteczkę z adresem do jednej z gazet i uśmiechając się dyskutowałem o dzisiejszym świecie. Myślę, że zrobiłem na nich wrażenie chętnego do dyskusji i pozytywnie nastawionego chłopaka, który prawdopodobnie stanie się niebawem członkiem zgromadzenia. Pożegnaliśmy się wesoło. Gdy wyszedłem za zakręt, wrzuciłem gazetki do śmieci.

     

          Szedłem przed siebie, mijając masę ludzi, idących we wszystkie strony, psy szczekające na mój widok i dzieci trzymające się kurczowo swoich matek.

     

          Znów zaczął padać deszcz.  
     
     
     

     

    Wyróżnienie w konkursie „Moja pierwsza książka” - proza

    Janusz Orlikowski - Tutaj

    tam gdzie szatan udaje Pana Boga
    jest miejsce na rozpacz i zgnuśniałe dni
    pustą radość tę dobytą z ego gdy
    czar wieczoru którego jeszcze nie ma

    bo:

    tam gdzie szatan udaje Pana Boga
    plan zarysowany przez jego ogon
    goni dni wspomina – nigdy teraz
    które jest mu jak kropidło i woda

    bo rzeka płynie  jakby w miejscu była
    gdy patrzeć na nią nie cielesnym okiem
    a śmierć przychodzi łatwiej i choroba
    rozpacz nie zna teraz zna ją tylko czas

    ten zabójca radości wiecznej chwili
    konfident marzeń i wspomnień które są
    lancą i koniem jeźdźca co bez głowy
    gna w to miejsce na rozpacz i zgnuśniałe dni