• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ewa Klajman-Gomolińska - Coś się kończy, coś się zaczyna - wyrok, nadzieja czy dotykanie prawdy...

    Pisanie - o czym stanowi książka - jest ogromnie ważkie i frapujące dla wszystkich analfabetów wtórnych, którzy nie potrafią; primo – przeczytać książki od początku do końca, secundo – zrozumieć słowa napisanego i wysnuć samodzielnie wniosków. Zresztą, nikt tym się nie przejmuje; wprost przeciwnie młodzież kształci się na brykach, a jak się zmęczą czytaniem streszczeń to oglądają sfilmowane dzieła literackie.

    Powikłania tej, bądź co bądź, choroby jawią się bezmyślną paplaniną w kółko raz przeczytanej czyjejś opinii do takiego stopnia, aż osiągnie ona na tyle wysokie stężenie, że będzie jak amen w pacierzu. Przykre. Ja pochodzę jeszcze z tego pokolenia, kiedy to wstyd było nie przeczytać, nie znać, nie mieć swojego(własnego) zdania. Ale ja jestem już stara i powinnam myśleć o umieraniu, a nie burzyć się idioceniem społeczeństwa.

    Przykładów można mnożyć, weźmy choćby „Mistrza” Bronisława Wildsteina. Każdy przeciętnie inteligentny czytelnik z elementarną wiedzą na temat antropologa teatru Jerzego Grotowskiego dostrzeże aluzje literackie do osoby jego i teatru. Tak jak zauważy osobę inscenizatora Konrada Swinarskiego oraz tło polityczno – społeczne powieści. Ale to nie jest prymarny zaczyn książki, to jedynie jej konkretny merytorycznie kręgosłup, na który autor zręcznie naniósł całą anatomię ludzkich wątpliwości i rozterek. I uczuć, o które wiecznie samotny tułacz walczy, bo ich mieć nie może. Nie może, bo przyczynowo-skutkowa natura płaci konsekwencją za podejmowane wybory i decyzje. Zapętlamy się nieodwracalnie, nawet jeśli wydaje się nam, że uciekliśmy; hamartia ludzkiego losu. Nie rozumiem więc dlaczego uważa się, że jest to powieść o Grotowskim. Skąd takie płaskie, jednowymiarowe postrzeganie świata literackiego?

    Dla mnie „Mistrz” to przede wszystkim wielka powieść o tęsknocie. Bezustannej i rozrywającej człowieka na kawałki dzień po dniu. To książka o odwiecznym poszukiwaniu dopełnienia siebie (animus) przez i poprzez pierwiastek połowy (anima), implikowanym w poszukiwanie prawdy. Życie jako wielki potwór rozszarpuje nas po trosze na każdym przystanku i stajemy się strzępami siebie i jako te strzępy poszukujemy połowicznego dopasowania siebie, co naturalnie skazane jest na niepowodzenie, fragmentaryczność natrafia na fragmentaryczność jedynie. Można wszystkie bohaterki wildsteinowskie sprowadzić do jednego mianownika i uzyskać kobietę idealną, to jest taką, której cechy stanowią cechę zbioru. Pierwiastek żeński, którego bezskutecznie poszukuje mężczyzna, jest kryształem rozbitym na tysiące kawałeczków, wyobrażeniem o nim i wspomnieniem snu, który miałby być realem z całą wiarą w zaistnienie snu. Mężczyzna chce wierzyć w braterstwo i przyjaźń przekraczającą granice życia i śmierci. Chce mieć swojego mistrza, wielki autorytet, który nie tylko wskaże drogę, wytyczy cel i pozwoli zrozumieć istotę, ale poprzez potęgę swoją roztoczy wielki parasol, pod którym można wszystko – skryć samotność swoją, odstawić alienację na pół godziny, poprosić o kompas, napić się i nie mieć kaca. Wildsteinowscy bohaterowie plączą się po świecie chcąc scementować porozrzucane członki swoje, wciąż z nadzieją, która żyć dawno już nie powinna.

    Za Ernestem Renanem można powtórzyć tylko „Cóż jest okrutniejszego niż nieunikniona częściowość każdego życia (…)?”.

    Uważam natomiast, że napiętnowane w recenzjach powtórzenia są celowym zabiegiem artystycznym mającym na celu wprowadzenie czytelnika w zawiły stan mantry, w rodzaj czytelniczego odurzenia, poprzez które jest on w stanie dopiero zrozumieć stan psychofizyczny bohaterów; ich stopień wrażliwości na wspomnienia oraz rodzaj specyfiki uzależnień, natręctw i bezsilności.

     Nieznośna lekkość bytu w nieznośnej grze pieniądza – tym traktuje książka Stefana Pastuszewskiego „Coś się kończy, coś się zaczyna…”. Człowiek skazany na obcość wśród tego samego gatunku; samotny albo samotnik; alienacja paradoksalnie wynikająca bardzo często z zależności od innych ludzi, sytuacji, warunków; co w efekcie staje się uzależnieniem na całe życie.

    „A przecież życie nie jest ani dobre ani złe, a przede wszystkim nie ma żadnego sensu w swoich szczegółach i elementach, bo samo w sobie jest sensem” ( „Do życia”) Postrzeganie świata następuje poprzez oko i zmysły człowieka, czyli niemożliwością jest ujęcie globalne. Ten sam obraz widziany inaczej każdej godziny. Nasze emocje i „chcę” też widzi. Widzi dusza, serce. Potrafią też nie chcieć widzieć. Chociaż, jak pisze Pastuszewski w przywołanym już opowiadaniu, „ W społeczeństwie konsumpcyjnym nie ma miejsca na sentymenty”; nie ma miejsca, ale zdarzają się.

    Związki erotyczne są dla pisarza solą tej ziemi. Prześlizgują się ze strony na stronę wplatając w problemy dnia codziennego bohaterów. Zgodnie z naturą i odwiecznym jej prawem; kobieta daje a mężczyzna bierze ( „Pierwszy dzień urlopu”), co w pewnym charakterze staje się, zdaniem autora, rodzajem transakcji handlowej ( nie mylić z prostytucją, ale i tak brzmi źle ). Dużo jest o zmysłowym postrzeganiu świata, o wzrokowym postrzeganiu kobiet przez mężczyzn. To, odwieczna wręcz teoria, że mężczyźni są wzrokowcami a kobiety nie. Otóż ja mam cywilną odwagę przyznać się, że też jestem wzrokowcem i z tą teorią się nie zgadzam. Jako heteroseksualna samica postrzegam fizyczność mężczyzny również i wzrokiem. I takie tam dyrdymały, że dla kobiety liczy się na przykład poczucie humoru faceta można włożyć między bajki. Tak jakby w łóżku chodziło o to, żeby było śmiesznie. To bzdura wynikająca z pruderii kobiet. Oczywiście, obok przebiega równolegle samcze zakłamanie. Wiąże się ono ściśle z wpływem męskiego klimatu, w którym dojrzewa młode samiątko – mężczyźnie nie wypada „o tym” nie mówić, więc często więcej mówi niż robi. Mężczyzna musi kobietę pociągać, również i fizycznie, to działa w dwie strony. To owłosiony lub gładki tors (według gustu) sprawia, że pulsuje w skroniach, a nie to, że np. facet jest odpowiedzialny. Zakłamanie seksualne wynika, jak mniemam, z „kompleksu Ewy”. Kobiety chcą być lepsze, bo mają nieuświadomione poczucie winy za biblijny raj. W związku z tym idzie cała reszta, tj. mężczyźni myślą tylko o jednym, mężczyźni zdradzają. Tylko z kim zdradzają? Z kobietami myślącymi o tym. To ręce kobiety czynią cuda z ciałem mężczyzny, wtrąca wielokrotnie Pastuszewski, z czym się całkowicie zgadzam, ale to pod wpływem jego rąk ona odlatuje. Każda kobieta czująca swoje ciało odczuwa także potrzebę oglądania piękna fascynującego ciała swego kochanka. Więc to poranne kochanie się nie jest wcale zarezerwowane tylko dla mężczyzn. Stefan Pastuszewski jest jednak w tych sprawach jak i w innych, zresztą, bardzo konserwatywny. „ Stworzyłem mężczyznę i kobietę w pełnej zależności od siebie, aby stali się jednym ciałem i jedną duszą. Jej niedostatek uzupełniany jest nadmiarem u mężczyzn i odwrotnie” ( „Bóg tak musiał…”). A więc znów anima i animus…Tyle, że nijak się ma do bohaterów z opowiadań Pastuszewskiego. Kobieta, bowiem, jak rzep siedzi przyczepiona monstrualnymi mackami do jabłka Adama, utrudniając z wolna przełykanie…Zadośćuczynieniem jest nałożenie prezerwatywy ustami. Bohaterki Pastuszewskiego to wiecznie spocone babole kombinujące jak wykorzystać biednego samca, co chcieć w zamian…A przecież życie we dwoje nie powinno podlegać merkantylnym prawom rynku. Fatalne, że autor „Coś się kończy…” tylko na takie karykaturalne relacje damsko - męskie natrafił. Dlatego największe owacje za wytrwałość w swoim stanie otrzymuje bezżenny. W takiej konstrukcji świata trudno się dziwić.

    Najbardziej znamienne opowiadanie w tym zbiorze to „Czarna Manuczyna”, jakże w swym głębokim sensie podobne do przywołanego wcześniej Wildsteina, mówiące o niespełnieniu, poszukiwaniu, tęsknotach…Tyle, że u autora „Coś się kończy…” akcja rozgrywa się w samym kościele; piękniejsze jest zawsze bliżej Boga. Ale Stefan Pastuszewski piszący „tylko recepty i raporty z kolejnych dyżurów”( „Chirurg realny”) jest nade wszystko wielkim obserwatorem życia i jego przemian wszelkich; gospodarczych, społecznych, politycznych. Eksponuje wyraźnie swoje stanowisko roli i powołania pisarza, którego „duchem jest pluralizm”. A liczy się „nie pozór, ale intencja” z opowiadania „ Do życia”. Pastuszewski ma od początku do końca świadomość kruchości i nieuchronnego końca życia, tylko literatura jest na tym świecie wieczna; „wielkie słowo zawsze ciałem się staje” („Chirurg realny”), zostanie tylko po nas to, co napiszemy. A że ”anioły poruszają się z prędkością myśli” („Bóg tak musiał…”) twórczość jest wieczna, bo jej myśl jest Boska. „ A komórkowość tego świata? Czy Bóg stworzył te oto rośliny i inne stworzenia, także ciebie, jako wielkie, jednokomórkowe balony, mające określony kształt?” ( „W ogrodzie mądrości” ) egzystencjalne pytania, poszukiwanie odpowiedzi o sens i cel bycia tutaj, w tym wymiarze i w tej rzeczywistości.

    Nazwanie literatury Stefana Pastuszewskiego sapiencjalną ze względu na sposób traktowania istoty człowieczeństwa i samego życia nie jest przesadą w żadnym stopniu. Tak, zresztą, jak i książkę Wildsteina, więc znów coś łączy te dwie pozycje, jak i próba zmierzenia się z prawdą, końcem i początkiem.

     

    1. Bronisław Wildstein: „Mistrz”. Świat Książki, Warszawa 2004, ss.336.

     2. Stefan Pastuszewski: „Coś się kończy, coś się zaczyna…”. Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, Bydgoszcz 2006, ss.148.

    Również tego autora