• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ewa Klajman-Gomolińska Literatura w eutanazyjnym świecie

    Ewa Klajman-Gomolińska

    Literatura w eutanazyjnym świecie

    Niektóre dyskusje wydają się tak dalece bezzasadne, że aż trudno uwierzyć, iż przewijają się jak refren od wieków. Przykładem takowej dyskusji jest udowadnianie konieczności istnienia literatury czyli za Stefanią Skwarczyńską mówiąc „sensownych tworów słownych" z funkcją estetyczną bądź literatury stosowanej; upraszczając i uogólniając; spieramy się o sensowność istnienia zapisów i luster człowieczeństwa.

    Pytanie o ontologiczny sens literatury zawsze nabrzmiewało mocno w okresach historycznych szczególnie dramatycznych, np. rozbiorów Polski, kiedy walka piórem i troska o ochronę dzieł literackich spotykały się ze zrozumieniem w bardzo różnym stopniu.

    Dziś nie jesteśmy pod zaborami tylko w Unii Europejskiej; język polski nie jest piętnowany, tyle że nie można się nim poza granicami terytorialnymi naszego kraju w ogóle porozumieć. Nauka języka angielskiego nie jest restrykcyjna, tyle że nie znać go oznacza bezrobocie oraz całkowitą niemożność przebywania w pewnych kręgach. Złotówka polska nadal ma swoją ważność w budkach warzywniczych, ale wszelkie znaczące transakcje realizowane są w euro. Hymnem Polski nadal jest „Mazurek Dąbrowskiego" kojarzony młodym pokoleniom coraz częściej już tylko z imprezami sportowymi.

    Myślenie aborcyjne ostatnich dziesiątek lat, z którym w większym lub mniejszym stopniu starały sobie poradzić kolejne rządy, zostało poszerzone ostatnimi czasy o myślenie eutanazyjne. Samo myślenie eutanazyjne jest równie naganne jak i tzw. „dobra śmierć", a najbardziej zdumiewająca jest bezwolność człowieka i brak minimalnej nawet trzeźwości. Pandemia eutanazji wniknęła w społeczeństwo niezauważalnie jak grypa, czyli myślenie „czy warto żyć?" i „kiedy można już przestać?" oraz „czy można już lekarzowi pozwolić zakończyć życie?" tudzież o zgrozo „niech lekarz sam zdecyduje" spłynęło na ludzkość z powietrza. Ogół zaczął rozważać, czy dobrze się stało, że kogoś zabili, czy można było jeszcze zaczekać. Rząd przygotowuje projekt testamentu dla każdego z nas, gdzie można będzie sobie zażyczyć mordu na sobie samym, jeśli straci się przytomność (nie wiem czy długotrwale i jak to będzie naliczane; w każdym razie jeśli lekarz uzna, że świadomości już nie odzyskamy). I tak ze świata Orwellowskiego czyli tzw. Wielkiego Brata, w którym nie istniała żadna prywatność, a już tym bardziej intymność, weszliśmy w świat humanitarnych morderstw, w którym dokonuje się gwałtu na Dekalogu i tłumaczy zabijanie człowieka jego dobrem, w którym lekarz przejmuje rolę Boga i decyduje o dacie śmierci, wreszcie staje się oficjalnym katem. Eutanazyjny świat pełen potencjalnych ofiar (każdy może zachorować bądź ulec wypadkowi i stracić przytomność, czyli mieć uszkodzony pień mózgowy czy korę mózgową) oraz usprawiedliwionych morderców, gdybających na ile podtrzymywanie życia chorego jest jeszcze opłacalne; czy to jeszcze człowiek czy już tylko samo ciało...

    Jak w takim eutanazyjnym świecie odnajduje się literatura? Literatura przy której trzeba myśleć, a skomputeryzowanie codzienności niestety wypiera myślenie, zaś łatwość i dostępność klawiatury oraz drukarki powoduje, że tak jak do niedawna każdy czuł się lekarzem (wystarczy znaleźć się w jakiejkolwiek przychodni, by ze zdumieniem stwierdzić, że w kolejce do lekarza czekają nie pacjenci a grupa ekspertów), teraz czuje się i pisarzem. Indolencja twórcza boleśnie odsłania brak oczytania, ale przy tak nadwerężonym kręgosłupie moralnym niespecjalnie jest to przyjmowane czy też brane pod uwagę. Pragnienie ujrzenia swego nazwiska na okładce książki staje się przez twórców zbiorowej narodowej makulatury pragnieniem ponad. I choć literaci są zazwyczaj biedni, co w dobie konsumpcyjnej jest nieatrakcyjne to jednak mentalność konsumpcyjna nakazuje kupić sobie wszystko, na co się ma ochotę, w tym także książkę ze swoim nazwiskiem. Jeśli jednak oszołomienie można porównać do tabletki musującej należy liczyć się z krótkotrwałym stanem rzeczy. Śmietnik zbędnych książek zostanie prędzej czy później uprzątnięty i pozostanie tylko literatura. Sama literatura bez śmieci zakompleksionych snobów. I jak odnajdzie się ta „prawdziwa" literatura w eutanazyjnym społeczeństwie? Patrząc optyką Zbigniewa Herberta, na co szczególnie uczulał profesor Marek Adamiec z Uniwersytetu Gdańskiego w Roku Herbertowskim; czasy wiecznych przedmiotów – drewnianej kołatki czy drewnianej kostki bezpowrotnie już minęły. To, co miało swój czas przed nami i po nas już nie istnieje. Teraz jest era przedmiotów z ograniczonym terminem przydatności do spożycia. Ocean zbyt wielu kolorowych, błyszczących i szeleszczących rzeczy wypychających nasze torby i domy, które w niewyjaśnionych okolicznościach kończą szybko swój krótki żywot z niewiadomych przyczyn, po to by za chwilę wydać krwawicę dokładnie na to samo lub to samo w innym papierku, bo wypchane torby przydźwigane z ostatnich zakupów gdzieś po drodze wsiąkają w iście kamforowym stylu. Świadectwem ludzkiej obecności, historii cywilizacji były także przedmioty, one stanowiły też otulinę rodzinnej sagi, pamiątki przy których wracały wspomnienia jako jedyny sposób na spotkanie z tymi, którzy odeszli. Eutanazyjne czasy nie mają zbytniego sentymentu dla ludzkiego życia a cóż dopiero przedmiotów. Teraźniejszość ma najwyższy wskaźnik wyrzucanych śmieci, czyli tego co niepotrzebne. Trudno uwierzyć, że jednemu człowiekowi każdego dnia jest niepotrzebny co najmniej jeden wielki wypchany worek. Trudno wyobrazić sobie minę archeologa za kilkaset lat, który odkopie to, co teraz wyrzucamy i zacznie rekonstruować nasze czasy. Idąc dalej tropem myślowym Zbigniewa Herberta; w czasach plastików literatura wydaje się być bardziej potrzebna niż kiedykolwiek, gdyż stanie się ona jedynym trwałym śladem, całą esencją naszej teraźniejszości, którą pchniemy w kosmos, w futuryzm, w jutro.

    Każdy literat, nie piszący do szuflady, ma – chcąc nie chcąc – obowiązek zarówno wobec sztuki jak i społeczeństwa, i musi traktować rodzimą kulturę jako część dziedzictwa kontynentalnego. Istotą kosmosu jest energia, która jest energią poprzez napięcie, w związku z czym musi istnieć napięcie w literaturze, by ona żyła oraz musi istnieć napięcie pomiędzy literaturą a egzystencją , pomiędzy literaturą a historią. Utrzymanie tego napięcia gwarantuje utrzymanie życia dla literatury rodzącej się obecnie. Na dalszy plan schodzi przetwarzanie i łączenie, rys dziejów i akt pamięci. Kluczem do utrzymania napięcia jest prawda. Prawda jako córka czasu, która zniszczy w czasie owym wszelkie zanegowanie autentyczności. Prawda jest tylko jedna i ma na imię Dusza. Artysta otrzymał ten jedyny w swym rodzaju dar jakim jest możliwość oddania w sensie przekazu sztuki swej duszy, malutkiej cząstki boskości, która czyni go dzieckiem Bożym. Przytoczę w tym miejscu słowa niekwestionowanego mistrza współczesnej literatury światowej – Carlosa Ruiza Zofona : „Wszystkie książki, każdy tom, który tu widzisz, ma duszę. Duszę swojego autora, a także duszę tych, którzy go czytali i o nim marzyli. Za każdym razem, kiedy książka przechodzi z rąk do rąk, kiedy ktoś nowy zaczyna ją czytać, jej duch rośnie i staje się potężniejszy. Tutaj (Cmentarz Zapomnianych Książek - przyp.) książki, o których nikt już nie pamięta, które zaginęły w mrokach minionych epok, żyją wiecznie, czekając na nowego czytelnika, swoją nową duszę..." (C. R. Zafon „Gra Anioła"). W tym miejscu nie pozostaje mi nic innego jak zacytować Rhondę Byrne autorkę światowego bestsellera „Sekret": „Wdzięczność można z powodzeniem wykorzystać w Procesie Twórczym, by „doładować" to, czego się pragnie.(...) Kiedy wyrażasz podziękowanie, jakbyś otrzymał już to, czego chciałeś, wysyłasz potężny sygnał do Wszechświata. Sygnał ten mówi, że już to masz, ponieważ jesteś przepełniony uczuciem wdzięczności. (...) Powodem, dla którego wizualizacja stanowi tak potężne narzędzie, jest to, że kiedy tworzysz w swoim umyśle obrazy samego siebie pragnącego czegoś, generujesz myśli i uczucia posiadania tego już teraz."

    Akurat cytowana przeze mnie Rhonda Byrne nie jest mi szczególnie bliska, gdyż moja głęboko teologiczna koncepcja człowieka polemizuje z jej wiarą w Wielki Proces i nieskończoność mocy każdego człowieka oraz jego intencjonalnego myślenia, zaś pojmowanie noblisty Alberta Einsteina w roli kapłana przenosi Boga na Najwyższą Inteligencję, który i tak tą Najwyższą i Nieskończoną Inteligencją jest, bo jest Absolutem wszelakim. Zaś Einsteinowska koncepcja iluzji czasu i dziania się równoległego (fizyk zerwał z pojęciem czasu absolutnego) jest w kontekście tej książki transmisją iluzji jej percepcji. Niemniej jednak zestawienie Zafona z Byrne na płaszczyźnie ontologii literatury uważam za odpowiednie i właściwe. Oddana cząstka z duszy z towarzyszącym temu poczuciem wdzięczności Bogu za możliwość aktu i potencjalne spojrzenie czytelnika, np. z XXV wieku oprawia dzieło złotą ramą szlachetności, natomiast „Pełne zaangażowanie w proces synchronii zaprowadzi nas natychmiast na kolejny etap nowej duchowej świadomości. Okryjemy, że większość synchronii przychodzi do nas poprzez prawdy innych ludzi. Kiedy nauczymy się wychodzić z nimi w relację, mając to cały czas w pamięci, możemy wspólnie podnieść proces duchowej ewolucji na jeszcze wyższy poziom" – James Redfield „Niebiańska wizja. Życie w nowej duchowej świadomości".

    Również tego autora