Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478
  • +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ewa Klajman-Gomolińska - Kolejny rozdział mesjanizmu Polski

    Ludzie to nie szklanki i nie można ich zastąpić. Ból jest nieodłącznym towarzyszem braku. Powołani z nicości przychodzimy na świat z tymczasowym terminem przydatności ciał – naszych mieszkań i naszego osobistego świata, którego końca musimy doświadczyć i pozostaje wiara oraz nadzieja, że nie skończymy w otchłani tejże nicości. Każda śmierć jest strachem, co kryje się za zamkniętymi drzwiami. Jest bolesnym wyrwaniem z objęć najbliższych. Każdy doczeka się katastrofy rozpadu własnego ciała. Lepiej dożyć własnej śmierci niż tych, bez których nie można żyć. To największy dramat ludzkiej istoty. Pięć lat temu umarł Święty Człowiek, który cierpliwie przemawiał do każdego z nas wyrzucając z siebie miliony pereł w ciągu 27 lat.

    Jego śmierć miała zmienić oblicze tej ziemi, oblicze każdego z nas. Miłość do Ojca Świętego wydawała się być silna, ale nie na tyle, by zgłębić jego nauki. Jakieś to powszechne... Biblii też nie zna w całości każdy. Paniczny strach przed czytaniem ze zrozumieniem albo dresiarskie lenistwo przed intelektualnym wysiłkiem. W każdym razie po pięciu latach jest jak było, poza paroma wyjątkami. Od 10.04.2010r. doszła psychoza zbiorowej rozpaczy i żałoby. Zastanawiam się, jak to się dzieje, że z taką łatwością uzurpujemy sobie prawo do czyjegoś lamentu? Rodzina, bliscy, kochający mają ludzkie prawo w ciszy, intymności, po swojemu, bez fleszy i makijażu, bez szpilek i garniturów poprzytulać wspomnienia, poszeptać w trumnę, skamleć w przestrzeń. Presja w najtrudniejszym momencie życia każdego człowieka – odejścia najbliższych, że wszyscy śledzą każdy twój ruch, patrzą kiedy płaczesz, a kiedy nie i na tej podstawie interpretują skalę twego cierpienia, wypowiadają się, jak sobie radzisz w trudnej chwili... Wypowiedzi kompletnie obcych ludzi, że kochali prezydenta jak ojca, świadczą tylko o tym, że nie kochają swoich ojców albo jeszcze ich nie utracili i nie wiedzą, co mówią. Lech Kaczyński był moim Prezydentem w pełni tego słowa znaczeniu, bo go wybrałam w wolnych wyborach. Czułam się zażenowana widząc pogardę rzucaną na tego człowieka przez kolejne pięć lat i zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że ludzie – ogromne ich liczby, wybierają kogoś spośród nas wszystkich, a potem obrzucają błotem. Prezydent zasługuje na najwyższy szacunek i atencję z racji tej, że jest Prezydentem. Naród, który mówi źle o własnym Prezydencie, mówi źle sam o sobie. Naród, który nie szanuje Głowy swego państwa, nie szanuje siebie. Nie rozumiałam, że można szydzić z człowieka tak bezkarnie; z jego wyglądu albo miłości do rodziny. Ale wybudowaliśmy sobie taki dom, w którym ściany maluje się na modne kolory podłości, małości i jadu. Na czasie jest kopać. Wszelkie wypowiedzi pozytywne traktowane są jako przejaw słabości. Poza tym łatwiej jest zrozumieć w tym kraju seks trzynastolatków niż miłość braterską czy miłość do matki, bo te mają już w naszej mentalności kategorię obciachu. Ale nagle Prezydent wziął i umarł bez przyzwolenia narodu, który nie doczekał się igrzysk w postaci być może przegranej w następnych wyborach. Wrzód wyrzutów sumienia po poniewieranym Prezydencie i jego Żonie pękł. Ci, którzy poniewierali głośno i ci, którzy dali na to ciche przyzwolenie i ci, którzy nie wiedzą, co jest grane, wszyscy razem zjednoczyli się w jednym głosie płaczu za ukochaną Parą Prezydencką. 10 kwietnia dowiedziałam się, że żyję w kompletnie innym kraju i miałam kompletnie innych polityków niż sądziłam. Nagle okazało się, że wszyscy byli niezwykle ciepli, życzliwi, patrioci z dobrymi chęciami, pracujące pszczółki, uczciwi i oddani dla sprawy. Niemalże utopia, ale wypowiadana na takim nerwie historycznym, że nie można już powiedzieć nic innego. O zmarłych nie powinno mówić się źle, ale nie powinno też się kłamać. To nie tylko tradycja, to także jakiś wewnętrzny strach przed zadzieraniem z kimś, kto nie ma już cielesnej powłoki. Jesteśmy krajem niestabilnym emocjonalnie, popadającym ze skrajności w skrajność; od łotrowskiego szyderstwa po majestatyczne uwielbienie. Ale w tymże uwielbieniu ileż egoizmu? Kto rozpacza najmocniej, nie rozpaczać nie wypada... A przecież każdy z nas będzie zmuszony wrócić do swojego życia, mgła żałoby narodowej opadnie, nasze sprawy upomną się o swoje, nasze potrzeby także, nasze relacje odżyją... Kiedy wrzawa narodowa zacznie cichnąć, pozostaną bliscy ofiar tej straszliwej katastrofy w najgorszej fazie przeżywania czyjejś śmierci. Dla nich nastanie czas pustynny; tęsknota, pustka, życie bez większej lub mniejszej części siebie. Towarzyszący im teraz chaos i szarpanina tylko utrudniają dalszą drogę. Żałoba ma swój czas i porządek, określony rytm. Nie wyobrażam sobie, by w mój żałobny czas, gdy opłakiwałam mojego ojca, szły jakieś decybele z zewnątrz, jakakolwiek presja. Wiadomo jest, że osoby publiczne; w tym głowa państwa, traktowane są inaczej - także po śmierci, z publicznym pochówkiem, ale są pewne granice strzegące harmonii, jakiegoś porządku pomiędzy życiem a śmiercią, granice terytorium wolnego człowieka z jego własnym wewnętrznym światem przemyśleń i emocji. Miłość chrześcijańska do drugiego człowieka nakazuje respektować wolność bliźniego i dlatego trzeba umieć wyjść i pozwolić na ciszę. Postawa niektórych przypomina mi mojego wuja z pogrzebu mojego ojca, który z namaszczeniem przemówił w obecności wszystkich zgromadzonych :"nie płacz, nie jesteś sama, odtąd ja zastąpię ci ojca", po czym nie widziałam go przez wiele lat. W każdym naszym geście, wypowiedzianym słowie, kryje się obietnica. To się nazywa odpowiedzialność. Czasami lepiej jest tylko po ludzku zapalić jeden znicz, zmówić „wieczne odpoczywanie", niż dać biednym i nieszczęśliwym ludziom złudzenia, pozory, bo jak inaczej nazwać słowa, które nie znajdą przełożenia czy gesty bez pokrycia, a także nieprzemyślane działania pod wpływem chwili jak sam pogrzeb na Wawelu, który niepotrzebnie podzielił naród w bardzo nieodpowiednim momencie. Stanowimy armię Pana Boga, która bierze każdego dnia udział w wojnie Dobra ze Złem. Każde nasze zaniechanie, brak działania, cyniczne milczenie, ciche przyzwolenie na zło, zarzucanie pajęczyny iluzji i złudzeń, zgromadzenie nie w Jego Imię stanowią również grzech jak wymiernie złe uczynki, które nie tylko zasmucają naszego Stwórcę, ale napełniają kielich zła i tym samym umacniają Lucyfera. Trudno jest być dobrym. Jeszcze trudniej jest być dobrym chrześcijaninem. Najtrudniej jest uklęknąć samemu przed sobą.

    Patrząc na historię Polski trudno nie zgodzić się z autorem „Dziadów Drezdeńskich" oraz „Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego" w sprawie koncepcji mesjanizmu narodowego naszego kraju. Symbolika śmierci Pary Prezydenckiej i licznych wybitnych osobistości w takiej konstelacji czasowo-przestrzennej zapisuje kolejny rozdział historii kraju naznaczonego i wybranego. Kolejna wielka ofiara wyróżniła Polskę pośród narodów świata i skierowała jego uwagę na jej prawdę historyczną w świetle kruchości doczesnego życia i nieuchronności przemijania. Męczeńska śmierć Polaków położona na ołtarzu ideałów wartości patriotyzmu, wolności i niepodległości. Prometejska postawa Prezydenta, który znosił ataki słowne na siebie i swoich najbliższych w imię miłości do ojczyzny to Konradowskie „Ja i ojczyzna to jedno".

    Abstrahując od naszej konkretnej historii; zawsze jest tak, że dopiero odejście bezpowrotne przedstawia rzeczywistą wartość i skalę znaczenia, i dotyczy to nie tylko ludzi. Upadek Konstantynopola w 1453 roku pokazał w kolejnych wiekach ogromną rolę cywilizacji Bizancjum zarówno w nauce, organizacji i administracji jak i religii oraz tradycji. Choć minęły wieki od czasu, gdy legendarny cesarz Konstantyn XI zaginął w czasie walk (niektórzy wierzą, że zapadł się w głąb murów i powróci) to w Europie Środkowej i na Bałkanach, w Turcji i na Bliskim Wschodzie duch Bizancjum plecie warkocz historii tych narodów.

    Nikt i nic dla świata nie umiera tak naprawdę tylko zmienia pancerz swojego bytu. Zmarli tragicznie 10 kwietnia 2010 roku będą żyć we wspomnieniach swoich najbliższych, które staną się ich wspólnymi spacerami po uliczkach wszystkich przeżytych razem lat, intymnymi spotkaniami, których nikt nie podpatrzy. W pamięci Polaków i na kartach historii pozostaną na wieki nazwiska realnych ludzi, a ich dokonania, ważne słowa i prawość życia wzbogacą skarbiec naszej narodowej mądrości.

    Również tego autora