• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Akantnik: Notki o autorach oraz antologia tekstów

    Kolejny rozdział mesjanizmu Polski

    Ludzie to nie szklanki i nie można ich zastąpić. Ból jest nieodłącznym towarzyszem braku. Powołani z nicości przychodzimy na świat z tymczasowym terminem przydatności ciał – naszych mieszkań i naszego osobistego świata, którego końca musimy doświadczyć i pozostaje wiara oraz nadzieja, że nie skończymy w otchłani tejże nicości. Każda śmierć jest strachem, co kryje się za zamkniętymi drzwiami. Jest bolesnym wyrwaniem z objęć najbliższych. Każdy doczeka się katastrofy rozpadu własnego ciała. Lepiej dożyć własnej śmierci niż tych, bez których nie można żyć. To największy dramat ludzkiej istoty. Pięć lat temu umarł Święty Człowiek, który cierpliwie przemawiał do każdego z nas wyrzucając z siebie miliony pereł w ciągu 27 lat. Jego śmierć miała zmienić oblicze tej ziemi, oblicze każdego z nas. Miłość do Ojca Świętego wydawała się być silna, ale nie na tyle, by zgłębić jego nauki. Jakieś to powszechne... Biblii też nie zna w całości każdy. Paniczny strach przed czytaniem ze zrozumieniem albo dresiarskie lenistwo przed intelektualnym wysiłkiem. W każdym razie po pięciu latach jest jak było, poza paroma wyjątkami. Od 10.04.2010r. doszła psychoza zbiorowej rozpaczy i żałoby. Zastanawiam się, jak to się dzieje, że z taką łatwością uzurpujemy sobie prawo do czyjegoś lamentu? Rodzina, bliscy, kochający mają ludzkie prawo w ciszy, intymności, po swojemu, bez fleszy i makijażu, bez szpilek i garniturów poprzytulać wspomnienia, poszeptać w trumnę, skamleć w przestrzeń. Presja w najtrudniejszym momencie życia każdego człowieka – odejścia najbliższych, że wszyscy śledzą każdy twój ruch, patrzą kiedy płaczesz, a kiedy nie i na tej podstawie interpretują skalę twego cierpienia, wypowiadają się, jak sobie radzisz w trudnej chwili... Wypowiedzi kompletnie obcych ludzi, że kochali prezydenta jak ojca, świadczą tylko o tym, że nie kochają swoich ojców albo jeszcze ich nie utracili i nie wiedzą, co mówią. Lech Kaczyński był moim Prezydentem w pełni tego słowa znaczeniu, bo go wybrałam w wolnych wyborach. Czułam się zażenowana widząc pogardę rzucaną na tego człowieka przez kolejne pięć lat i zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że ludzie – ogromne ich liczby, wybierają kogoś spośród nas wszystkich, a potem obrzucają błotem. Prezydent zasługuje na najwyższy szacunek i atencję z racji tej, że jest Prezydentem. Naród, który mówi źle o własnym Prezydencie, mówi źle sam o sobie. Naród, który nie szanuje Głowy swego państwa, nie szanuje siebie. Nie rozumiałam, że można szydzić z człowieka tak bezkarnie; z jego wyglądu albo miłości do rodziny. Ale wybudowaliśmy sobie taki dom, w którym ściany maluje się na modne kolory podłości, małości i jadu. Na czasie jest kopać. Wszelkie wypowiedzi pozytywne traktowane są jako przejaw słabości. Poza tym łatwiej jest zrozumieć w tym kraju seks trzynastolatków niż miłość braterską czy miłość do matki, bo te mają już w naszej mentalności kategorię obciachu. Ale nagle Prezydent wziął i umarł bez przyzwolenia narodu, który nie doczekał się igrzysk w postaci być może przegranej w następnych wyborach. Wrzód wyrzutów sumienia po poniewieranym Prezydencie i jego Żonie pękł. Ci, którzy poniewierali głośno i ci, którzy dali na to ciche przyzwolenie i ci, którzy nie wiedzą, co jest grane, wszyscy razem zjednoczyli się w jednym głosie płaczu za ukochaną Parą Prezydencką. 10 kwietnia dowiedziałam się, że żyję w kompletnie innym kraju i miałam kompletnie innych polityków niż sądziłam. Nagle okazało się, że wszyscy byli niezwykle ciepli, życzliwi, patrioci z dobrymi chęciami, pracujące pszczółki, uczciwi i oddani dla sprawy. Niemalże utopia, ale wypowiadana na takim nerwie historycznym, że nie można już powiedzieć nic innego. O zmarłych nie powinno mówić się źle, ale nie powinno też się kłamać. To nie tylko tradycja, to także jakiś wewnętrzny strach przed zadzieraniem z kimś, kto nie ma już cielesnej powłoki. Jesteśmy krajem niestabilnym emocjonalnie, popadającym ze skrajności w skrajność; od łotrowskiego szyderstwa po majestatyczne uwielbienie. Ale w tymże uwielbieniu ileż egoizmu? Kto rozpacza najmocniej, nie rozpaczać nie wypada... A przecież każdy z nas będzie zmuszony wrócić do swojego życia, mgła żałoby narodowej opadnie, nasze sprawy upomną się o swoje, nasze potrzeby także, nasze relacje odżyją... Kiedy wrzawa narodowa zacznie cichnąć, pozostaną bliscy ofiar tej straszliwej katastrofy w najgorszej fazie przeżywania czyjejś śmierci. Dla nich nastanie czas pustynny; tęsknota, pustka, życie bez większej lub mniejszej części siebie. Towarzyszący im teraz chaos i szarpanina tylko utrudniają dalszą drogę. Żałoba ma swój czas i porządek, określony rytm. Nie wyobrażam sobie, by w mój żałobny czas, gdy opłakiwałam mojego ojca, szły jakieś decybele z zewnątrz, jakakolwiek presja. Wiadomo jest, że osoby publiczne; w tym głowa państwa, traktowane są inaczej - także po śmierci, z publicznym pochówkiem, ale są pewne granice strzegące harmonii, jakiegoś porządku pomiędzy życiem a śmiercią, granice terytorium wolnego człowieka z jego własnym wewnętrznym światem przemyśleń i emocji. Miłość chrześcijańska do drugiego człowieka nakazuje respektować wolność bliźniego i dlatego trzeba umieć wyjść i pozwolić na ciszę. Postawa niektórych przypomina mi mojego wuja z pogrzebu mojego ojca, który z namaszczeniem przemówił w obecności wszystkich zgromadzonych :"nie płacz, nie jesteś sama, odtąd ja zastąpię ci ojca", po czym nie widziałam go przez wiele lat. W każdym naszym geście, wypowiedzianym słowie, kryje się obietnica. To się nazywa odpowiedzialność. Czasami lepiej jest tylko po ludzku zapalić jeden znicz, zmówić „wieczne odpoczywanie", niż dać biednym i nieszczęśliwym ludziom złudzenia, pozory, bo jak inaczej nazwać słowa, które nie znajdą przełożenia czy gesty bez pokrycia, a także nieprzemyślane działania pod wpływem chwili jak sam pogrzeb na Wawelu, który niepotrzebnie podzielił naród w bardzo nieodpowiednim momencie. Stanowimy armię Pana Boga, która bierze każdego dnia udział w wojnie Dobra ze Złem. Każde nasze zaniechanie, brak działania, cyniczne milczenie, ciche przyzwolenie na zło, zarzucanie pajęczyny iluzji i złudzeń, zgromadzenie nie w Jego Imię stanowią również grzech jak wymiernie złe uczynki, które nie tylko zasmucają naszego Stwórcę, ale napełniają kielich zła i tym samym umacniają Lucyfera. Trudno jest być dobrym. Jeszcze trudniej jest być dobrym chrześcijaninem. Najtrudniej jest uklęknąć samemu przed sobą.

    Patrząc na historię Polski trudno nie zgodzić się z autorem „Dziadów Drezdeńskich" oraz „Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego" w sprawie koncepcji mesjanizmu narodowego naszego kraju. Symbolika śmierci Pary Prezydenckiej i licznych wybitnych osobistości w takiej konstelacji czasowo-przestrzennej zapisuje kolejny rozdział historii kraju naznaczonego i wybranego. Kolejna wielka ofiara wyróżniła Polskę pośród narodów świata i skierowała jego uwagę na jej prawdę historyczną w świetle kruchości doczesnego życia i nieuchronności przemijania. Męczeńska śmierć Polaków położona na ołtarzu ideałów wartości patriotyzmu, wolności i niepodległości. Prometejska postawa Prezydenta, który znosił ataki słowne na siebie i swoich najbliższych w imię miłości do ojczyzny to Konradowskie „Ja i ojczyzna to jedno".

    Abstrahując od naszej konkretnej historii; zawsze jest tak, że dopiero odejście bezpowrotne przedstawia rzeczywistą wartość i skalę znaczenia, i dotyczy to nie tylko ludzi. Upadek Konstantynopola w 1453 roku pokazał w kolejnych wiekach ogromną rolę cywilizacji Bizancjum zarówno w nauce, organizacji i administracji jak i religii oraz tradycji. Choć minęły wieki od czasu, gdy legendarny cesarz Konstantyn XI zaginął w czasie walk (niektórzy wierzą, że zapadł się w głąb murów i powróci) to w Europie Środkowej i na Bałkanach, w Turcji i na Bliskim Wschodzie duch Bizancjum plecie warkocz historii tych narodów.

    Nikt i nic dla świata nie umiera tak naprawdę tylko zmienia pancerz swojego bytu. Zmarli tragicznie 10 kwietnia 2010 roku będą żyć we wspomnieniach swoich najbliższych, które staną się ich wspólnymi spacerami po uliczkach wszystkich przeżytych razem lat, intymnymi spotkaniami, których nikt nie podpatrzy. W pamięci Polaków i na kartach historii pozostaną na wieki nazwiska realnych ludzi, a ich dokonania, ważne słowa i prawość życia wzbogacą skarbiec naszej narodowej mądrości.

    Ewa Klajman-Gomolińska

    Literatura w eutanazyjnym świecie

    Niektóre dyskusje wydają się tak dalece bezzasadne, że aż trudno uwierzyć, iż przewijają się jak refren od wieków. Przykładem takowej dyskusji jest udowadnianie konieczności istnienia literatury czyli za Stefanią Skwarczyńską mówiąc „sensownych tworów słownych" z funkcją estetyczną bądź literatury stosowanej; upraszczając i uogólniając; spieramy się o sensowność istnienia zapisów i luster człowieczeństwa.

    Pytanie o ontologiczny sens literatury zawsze nabrzmiewało mocno w okresach historycznych szczególnie dramatycznych, np. rozbiorów Polski, kiedy walka piórem i troska o ochronę dzieł literackich spotykały się ze zrozumieniem w bardzo różnym stopniu.

    Dziś nie jesteśmy pod zaborami tylko w Unii Europejskiej; język polski nie jest piętnowany, tyle że nie można się nim poza granicami terytorialnymi naszego kraju w ogóle porozumieć. Nauka języka angielskiego nie jest restrykcyjna, tyle że nie znać go oznacza bezrobocie oraz całkowitą niemożność przebywania w pewnych kręgach. Złotówka polska nadal ma swoją ważność w budkach warzywniczych, ale wszelkie znaczące transakcje realizowane są w euro. Hymnem Polski nadal jest „Mazurek Dąbrowskiego" kojarzony młodym pokoleniom coraz częściej już tylko z imprezami sportowymi.

    Myślenie aborcyjne ostatnich dziesiątek lat, z którym w większym lub mniejszym stopniu starały sobie poradzić kolejne rządy, zostało poszerzone ostatnimi czasy o myślenie eutanazyjne. Samo myślenie eutanazyjne jest równie naganne jak i tzw. „dobra śmierć", a najbardziej zdumiewająca jest bezwolność człowieka i brak minimalnej nawet trzeźwości. Pandemia eutanazji wniknęła w społeczeństwo niezauważalnie jak grypa, czyli myślenie „czy warto żyć?" i „kiedy można już przestać?" oraz „czy można już lekarzowi pozwolić zakończyć życie?" tudzież o zgrozo „niech lekarz sam zdecyduje" spłynęło na ludzkość z powietrza. Ogół zaczął rozważać, czy dobrze się stało, że kogoś zabili, czy można było jeszcze zaczekać. Rząd przygotowuje projekt testamentu dla każdego z nas, gdzie można będzie sobie zażyczyć mordu na sobie samym, jeśli straci się przytomność (nie wiem czy długotrwale i jak to będzie naliczane; w każdym razie jeśli lekarz uzna, że świadomości już nie odzyskamy). I tak ze świata Orwellowskiego czyli tzw. Wielkiego Brata, w którym nie istniała żadna prywatność, a już tym bardziej intymność, weszliśmy w świat humanitarnych morderstw, w którym dokonuje się gwałtu na Dekalogu i tłumaczy zabijanie człowieka jego dobrem, w którym lekarz przejmuje rolę Boga i decyduje o dacie śmierci, wreszcie staje się oficjalnym katem. Eutanazyjny świat pełen potencjalnych ofiar (każdy może zachorować bądź ulec wypadkowi i stracić przytomność, czyli mieć uszkodzony pień mózgowy czy korę mózgową) oraz usprawiedliwionych morderców, gdybających na ile podtrzymywanie życia chorego jest jeszcze opłacalne; czy to jeszcze człowiek czy już tylko samo ciało...

    Jak w takim eutanazyjnym świecie odnajduje się literatura? Literatura przy której trzeba myśleć, a skomputeryzowanie codzienności niestety wypiera myślenie, zaś łatwość i dostępność klawiatury oraz drukarki powoduje, że tak jak do niedawna każdy czuł się lekarzem (wystarczy znaleźć się w jakiejkolwiek przychodni, by ze zdumieniem stwierdzić, że w kolejce do lekarza czekają nie pacjenci a grupa ekspertów), teraz czuje się i pisarzem. Indolencja twórcza boleśnie odsłania brak oczytania, ale przy tak nadwerężonym kręgosłupie moralnym niespecjalnie jest to przyjmowane czy też brane pod uwagę. Pragnienie ujrzenia swego nazwiska na okładce książki staje się przez twórców zbiorowej narodowej makulatury pragnieniem ponad. I choć literaci są zazwyczaj biedni, co w dobie konsumpcyjnej jest nieatrakcyjne to jednak mentalność konsumpcyjna nakazuje kupić sobie wszystko, na co się ma ochotę, w tym także książkę ze swoim nazwiskiem. Jeśli jednak oszołomienie można porównać do tabletki musującej należy liczyć się z krótkotrwałym stanem rzeczy. Śmietnik zbędnych książek zostanie prędzej czy później uprzątnięty i pozostanie tylko literatura. Sama literatura bez śmieci zakompleksionych snobów. I jak odnajdzie się ta „prawdziwa" literatura w eutanazyjnym społeczeństwie? Patrząc optyką Zbigniewa Herberta, na co szczególnie uczulał profesor Marek Adamiec z Uniwersytetu Gdańskiego w Roku Herbertowskim; czasy wiecznych przedmiotów – drewnianej kołatki czy drewnianej kostki bezpowrotnie już minęły. To, co miało swój czas przed nami i po nas już nie istnieje. Teraz jest era przedmiotów z ograniczonym terminem przydatności do spożycia. Ocean zbyt wielu kolorowych, błyszczących i szeleszczących rzeczy wypychających nasze torby i domy, które w niewyjaśnionych okolicznościach kończą szybko swój krótki żywot z niewiadomych przyczyn, po to by za chwilę wydać krwawicę dokładnie na to samo lub to samo w innym papierku, bo wypchane torby przydźwigane z ostatnich zakupów gdzieś po drodze wsiąkają w iście kamforowym stylu. Świadectwem ludzkiej obecności, historii cywilizacji były także przedmioty, one stanowiły też otulinę rodzinnej sagi, pamiątki przy których wracały wspomnienia jako jedyny sposób na spotkanie z tymi, którzy odeszli. Eutanazyjne czasy nie mają zbytniego sentymentu dla ludzkiego życia a cóż dopiero przedmiotów. Teraźniejszość ma najwyższy wskaźnik wyrzucanych śmieci, czyli tego co niepotrzebne. Trudno uwierzyć, że jednemu człowiekowi każdego dnia jest niepotrzebny co najmniej jeden wielki wypchany worek. Trudno wyobrazić sobie minę archeologa za kilkaset lat, który odkopie to, co teraz wyrzucamy i zacznie rekonstruować nasze czasy. Idąc dalej tropem myślowym Zbigniewa Herberta; w czasach plastików literatura wydaje się być bardziej potrzebna niż kiedykolwiek, gdyż stanie się ona jedynym trwałym śladem, całą esencją naszej teraźniejszości, którą pchniemy w kosmos, w futuryzm, w jutro.

    Każdy literat, nie piszący do szuflady, ma – chcąc nie chcąc – obowiązek zarówno wobec sztuki jak i społeczeństwa, i musi traktować rodzimą kulturę jako część dziedzictwa kontynentalnego. Istotą kosmosu jest energia, która jest energią poprzez napięcie, w związku z czym musi istnieć napięcie w literaturze, by ona żyła oraz musi istnieć napięcie pomiędzy literaturą a egzystencją , pomiędzy literaturą a historią. Utrzymanie tego napięcia gwarantuje utrzymanie życia dla literatury rodzącej się obecnie. Na dalszy plan schodzi przetwarzanie i łączenie, rys dziejów i akt pamięci. Kluczem do utrzymania napięcia jest prawda. Prawda jako córka czasu, która zniszczy w czasie owym wszelkie zanegowanie autentyczności. Prawda jest tylko jedna i ma na imię Dusza. Artysta otrzymał ten jedyny w swym rodzaju dar jakim jest możliwość oddania w sensie przekazu sztuki swej duszy, malutkiej cząstki boskości, która czyni go dzieckiem Bożym. Przytoczę w tym miejscu słowa niekwestionowanego mistrza współczesnej literatury światowej – Carlosa Ruiza Zofona : „Wszystkie książki, każdy tom, który tu widzisz, ma duszę. Duszę swojego autora, a także duszę tych, którzy go czytali i o nim marzyli. Za każdym razem, kiedy książka przechodzi z rąk do rąk, kiedy ktoś nowy zaczyna ją czytać, jej duch rośnie i staje się potężniejszy. Tutaj (Cmentarz Zapomnianych Książek - przyp.) książki, o których nikt już nie pamięta, które zaginęły w mrokach minionych epok, żyją wiecznie, czekając na nowego czytelnika, swoją nową duszę..." (C. R. Zafon „Gra Anioła"). W tym miejscu nie pozostaje mi nic innego jak zacytować Rhondę Byrne autorkę światowego bestsellera „Sekret": „Wdzięczność można z powodzeniem wykorzystać w Procesie Twórczym, by „doładować" to, czego się pragnie.(...) Kiedy wyrażasz podziękowanie, jakbyś otrzymał już to, czego chciałeś, wysyłasz potężny sygnał do Wszechświata. Sygnał ten mówi, że już to masz, ponieważ jesteś przepełniony uczuciem wdzięczności. (...) Powodem, dla którego wizualizacja stanowi tak potężne narzędzie, jest to, że kiedy tworzysz w swoim umyśle obrazy samego siebie pragnącego czegoś, generujesz myśli i uczucia posiadania tego już teraz."

    Akurat cytowana przeze mnie Rhonda Byrne nie jest mi szczególnie bliska, gdyż moja głęboko teologiczna koncepcja człowieka polemizuje z jej wiarą w Wielki Proces i nieskończoność mocy każdego człowieka oraz jego intencjonalnego myślenia, zaś pojmowanie noblisty Alberta Einsteina w roli kapłana przenosi Boga na Najwyższą Inteligencję, który i tak tą Najwyższą i Nieskończoną Inteligencją jest, bo jest Absolutem wszelakim. Zaś Einsteinowska koncepcja iluzji czasu i dziania się równoległego (fizyk zerwał z pojęciem czasu absolutnego) jest w kontekście tej książki transmisją iluzji jej percepcji. Niemniej jednak zestawienie Zafona z Byrne na płaszczyźnie ontologii literatury uważam za odpowiednie i właściwe. Oddana cząstka z duszy z towarzyszącym temu poczuciem wdzięczności Bogu za możliwość aktu i potencjalne spojrzenie czytelnika, np. z XXV wieku oprawia dzieło złotą ramą szlachetności, natomiast „Pełne zaangażowanie w proces synchronii zaprowadzi nas natychmiast na kolejny etap nowej duchowej świadomości. Okryjemy, że większość synchronii przychodzi do nas poprzez prawdy innych ludzi. Kiedy nauczymy się wychodzić z nimi w relację, mając to cały czas w pamięci, możemy wspólnie podnieść proces duchowej ewolucji na jeszcze wyższy poziom" – James Redfield „Niebiańska wizja. Życie w nowej duchowej świadomości".

    Ewa Klajman - Gomolińska

    Tak mi pusto, Panie...

    Życie każdego człowieka jest samotnią w wielkim świecie pełnym samotnych ludzi, rzadko z wyboru, najczęściej z konieczności. Istota ludzka rodzi się do życia w stadzie, ale w mniejszym lub większym stopniu człowiek zawsze jest sam. Egzystencjalizm, jak bardzo byśmy mu się nie przeciwstawiali, do tego się sprowadza. Przedmiotem badań tej filozofii są indywidualne losy jednostki ludzkiej „skazanej na wolność" z ciągłą świadomością nieuchronności przemijania jako źródła pesymizmu oraz poczuciem odpowiedzialności za swój każdy ruch, co stwarza poczucie „lęku i beznadziei istnienia". Istnieje wersja teistyczna i ateistyczna egzystencjalizmu. Jerzy Suchanek podczas wrześniowych „Haustów poetyckich" w Kutnie 2007 r. powiedział w udzielonym wywiadzie Grażynie Baranowskiej „Samotność staje się, czy może; okazuje, nieprzekraczalna, gdy człowiek pozbywa się Boga. (...) Pozbywamy się Boga, gdy rezygnujemy z przeżywania Go w sobie, uzewnętrzniamy Go, a w Jego percepcji ograniczamy się do przestrzegania formalnego rytuału, nie podejmujemy ani emocjonalnego, ani intelektualnego wysiłku bezpośredniego bycia z Bogiem". Mimowolnie przesuwam te słowa na słynny apel Jana Pawła II wygłoszony podczas Liturgii Słowa w Gorzowie Wielkopolskim 02.06.1997r. „Wymagajcie od siebie, choćby inni nawet od was nie wymagali". To nasz Papież Karol mówił też o powołaniu człowieka do istnienia w komunii osób na podobieństwo Boga, o męczennikach jako szczególnych świadkach Najwyższego i wielkiej miłości dojrzewającej w modlitwie. „ Miłość zawsze kojarzy się z sercem, Apostoł skojarzył ją właśnie z tym Sercem, które na Golgocie zostało przebite włócznią setnika. W Nim objawiła się do końca miłość, którą Ojciec umiłował świat." Homilia Jana Pawła II wygłoszona podczas Mszy św. w Zakopanem 06.06.1997 roku. Zarówno rozpętlanie człowieka z jego wewnętrznej samotności jak i wyciąganie ramion do Nieba łączy się, mimo naszych wszystkich buntów, z miłością bez której nie ma nic i z którą jest wszystko. Biblijny Adam żył w raju i miał wszystko, i nie brak było mu niczego, i był zbawiony za życia, a jednak doświadczał samotności i odczuwał głód relacji z innym bytem. Najsilniejszy ponad wszystko okazał się dla człowieka głód miłości. Jerzy Suchanek mówi, że kobieta dla mężczyzny jest bądź pozostaje obietnicą, obietnicą na zespolenie całkowite; psychiczne, duchowe i fizyczne i w tej uzyskanej jedni żyje jedyna nadzieja na dotknięcie przez Boga. Jakby tego nie nazwać i jak długo się nie zastanawiać, to kobieta jest dla każdego mężczyzny progiem do wyjścia z pierwotnej samotności. Dlatego tak ważna, ba, najważniejsza nawet jest tzw. druga połowa. Zespolenie psychiczne i fizyczne, stworzenie jedni z siebie nawzajem daje poczucie bezpieczeństwa i niweluje poczucie osamotnienia. Może go nawet całkowicie zlikwidować, jeśli dojdzie do przeniknięcia z płynami ogólnoustrojowymi również dusz. Bezustanna walka o spełnienie i wypełnienie sobą jest taka sama od wieków, i mimo całkowitej zmiany przestrzeni, w jakiej żyje człowiek, miłość kobiety i mężczyzny wznosi się ponad wszystko. Żadna inna miłość; rodzicielska, braterska, przyjacielska; nie jest w stanie tego zastąpić, bo nie może spełnić się na wszystkich wymaganych i oczekiwanych przez człowieka poziomach. Jerzy Suchanek nazywa to obietnicą. Kobieta jest dla mężczyzny obietnicą i odwrotnie, czy spełnioną? Jeśli tak będzie człowiek osiągnie najwyższy stan szczęścia, a jeśli nie to jego samotność rozepnie się do najodleglejszych punktów i stanie się studnią, z której nie ma już wyjścia i można się w niej jedynie utopić. Taki stan nie potrzebuje wyszukanej nomenklatury, wystarczy go nazwać jak Suchanek jeden ze swoich tomów, czyli „Pusto".

    „Bębny" i „Pusto" to dwa tomy poetyckie Jerzego Suchanka wydane w 2007 roku, które moim zdaniem, powinny ukazać się jako jeden obszerny tom bądź ewentualnie funkcjonować jako „Bębny" t.1 i „Bębny. Pusto"t.2. „Pusto" bowiem jest odpowiedzią na obietnicę jaką bębnią „Bębny". „Bębny" są krzykiem podmiotu lirycznego, wrzaskiem jego gardła, gardła Soły i otoczaków, jedynych tak naprawdę i wiernych przyjaciół męskiego ja wszystkich zawartych wierszy. Poeta rozłożystą frazą z bogatą polszczyzną, strumieniem poetyckiej świadomości zalewa czytelnika swoimi skrajnymi emocjami, wątpliwościami i pytaniami. Sięga swymi utworami w głąb siebie, pewnie wychodząc z założenia, że każdy z nas ma w swoim wnętrzu wszystkie prawdy. I nie trzeba uczonych ksiąg ani dalekich podróży, by odkryć siebie, bo tak naprawdę jest to najważniejsze odkrycie w życiu. Wystarczy zajrzeć w siebie, wsłuchać się w siebie i tam wszystko będzie; nasze dzieciństwo, nasze rozmowy z Bogiem, suma wydarzeń, zmarli widziani już inaczej, z innej perspektywy, życiowi partnerzy, też widziani już inaczej bo „byli", czyli w sensie naszych partnerów też zmarli, tyle że w sensie duchowym. Człowiek jest ograniczeniem sam dla siebie i jeżeli wyjdzie poza te ograniczenia, i pozwoli sobie na autentyczną szczerość wobec siebie może dokonać zaskakujących dla siebie samego odkryć. Cała metafizyka jest niczym innym jak przekraczaniem samego siebie. W „Bębnach" dojrzałe męskie ja poetyckie raz jest małym chłopcem a raz dojrzałym kochankiem, zawsze uwikłany w jakiś ból, który próbuje przełknąć w gorzkim tonie i do własnej matki, i nawet do Boga. Kiedy ta gorączka przestaje bębnić w skroniach pusto się staje. Pusto nie zawsze oznacza to samo, bo pusto to nic się nie dzieje, pusto to samotność, pusto to także pozbycie się garbu, pusto daje nadzieję na wypełnienie, pusto następuje po naszych wojnach. Odwieczne pytania człowieka odwiecznie pozostały bez odpowiedzi, a próba zdobycia świata nikomu się nie udała. Deszcz dźwięków „Bębnów" czy ascetyczne i tajemnicze „Pusto" otworzy w czytelniku głębsze pokłady transcendencji to już kwestia wrażliwości percepcji, ale obie te książki są dążeniem jednostki do wyzwolenia poprzez artykułowanie swoich obsesji, które są tak naprawdę obsesją zbiorowości. Bo im więcej ludzi nas otacza, tym ostrzej widoczna jest odrębność do zachowania niedostępności z zaznaczoną tajemnicą owej wstydliwej chronicznej samotności, a przecież już Juliusz Słowacki zatytułował jeden ze swych wierszy „Kiedy się w niebie gdzie zejdziemy sami...". Pokrzepiająca wydaje się nauka wypływająca z filozofii Maxa Schelera dotycząca stosowania obiektywnej hierarchii wartości „Jeśli wiemy, co jest dobre i co lepsze, to wiemy też, jak należy postępować, jedno z drugiego wynika". Wiedzieć to jedno, ale przecież sam wielki Fiodor Dostojewski uważał, że nie ma większego piekła dla człowieka ponad niemożność kochania. I można przeczytać o sztuce miłości wszystko dziesięć razy Ericha Fromma, by skończyć pytaniem Jerzego Suchanka „Po co to wszystko, jeśli nie urodzimy się jeszcze raz, żeby całym życiem wypełnić cienie w uścisku, w wybuchu?" (z wiersza „Cienie", „Bębny"). Mistrz Suchanka to Blaise Cendrars, który na własne życzenie nazwał się człowiekiem rodzącym się z żaru i popiołów (blaise i cendres) – z posłowia Kazimierza Brakonieckiego, autora przekładu na język polski poezji B. Cendrarsa, do tomu „Wiersze" Olsztyn 2002. Autor „Bębnów" oddaje swą twórczością hołd autorowi „Wielkanocy w Nowym Jorku", podobnie jak Cendrars autorowi „Strefy" – „Cios podnosi/ Francję / Paryż / Całe pokolenie / Zwracam się do poetów którzy byli obecni / Przyjaciele / Apollinaire nie jest martwy / Szliście za pustym karawanem / Apollinaire jest magiem" („W hołdzie Guillaume Apollinaire'owi"). Jerzy Suchanek, jak zaznacza w przywołanym już wywiadzie, ma nadzieję, że stąpa sam po swojej drodze poetyckiej, ale na tej drodze potrzebne są mu światełka wielkich, jakimi są ekspresjoniści. Blaise Cendrars (przedstawiciel pierwszej francuskiej awangardy) o temacie tu podjętym mówił „Jakie jest Miłości imię mojej miłości?/ Wchodzę widzę umywalkę szpilkę/ Do włosów zapomnianą w kącie / Albo na marmurze / Kominka albo leżącą / W szczelinie parkietu / Za komodą / Ale jej imię Miłości jakie jest imię mojej miłości / W lustrze?" („ Hotel des Estrangers" Paryż, 1917). Skąd się bierze ta ludzka niemoc na miłość, dlaczego wciąż żywe są słowa Martina Heideggera „Nauczyliśmy się wiele, ale miłości się nie nauczyliśmy"? Jest to tym bardziej dziwne, bo nawet z punktu widzenia teologicznego człowiek w swej jedności duszy i ciała jest od samego początku istnienia zdefiniowany przez i poprzez relację z płcią przeciwną. Zresztą ten wymiar teologiczny płciowości człowieka najbliżej złączył z wymiarem antropologicznym tegoż największy autorytet naszych czasów Jan Paweł II.

    Może zbyt przesadnie idealizujemy miłość i nie możemy później przenieść jej na twardy grunt rzeczywistości? Edward Abramowski uważał, że nasza podświadomość jest źródłem piękna, twórczości i przeżycia estetycznego. Z „sądu estetycznego" wynika, że przyznajemy we wspomnieniach więcej piękna, nastroju i uroku niż podczas percepcji (Jan Kaczyński „Myśl estetyczna Edwarda Abramowskiego" Olsztyn 1988). Jeśli połączyć to z chemicznymi zmianami zachodzącymi w mózgu w fazie zakochania oraz z poglądami Baudelaire'a, że jedyną rozkoszą miłości jest wyrządzanie zła otrzymamy odpowiedź, skąd bierze się nasz lęk pierwotny przed oddaniem całkowitym siebie drugiej osobie, który nazywamy rezygnacją z wolności własnej, a w klatce której nie znajdujemy szczęścia i w rezultacie wolność tą zwiemy samotnością. „Nie dzwonię. / Nie odbieram. / Pusto. / Pukam. / Pusto. / Nie odpukuje." („Pusto w dzień" z „Pusto"). Filozofii Jerzego Suchanka najbliższy jest moim zdaniem ideoegzystencjalizm zwłaszcza z uwagi na wierność wobec własnego ego, literackiego ego, treści ponad, nad i formę, a metafizyki ponad, nad i treść. Tymon Zaborowski powiedział, że „Miłość dają skrzydła niesłusznie poeci", gdyby tak uznać, podobnie rzecz by się miała z cierpieniem „Nie bluźń, żem zranił Cię, lub jeszcze ranię, / Bom Ci ustąpił na mil sześć tysięcy; / I pochowałem łzy me, w Oceanie, / Na pereł więcej!..." Cyprian Kamil Norwid „Trzy strofki".

    Nasze przeżycia, blizny, obsesje i lęki stanowią o naszej ludzkości. Poeci mają dar utrwalenia słowem tego, co płynie bądź sączy się w każdym. Już sam Arystoteles przecież mówił o kosmicznej sile miłości, a kosmos to chyba dla nas wszystko, co postrzegamy i postrzec zdołamy, do czego najdalej odwołać się i sięgnąć zdołamy. To chyba tyle..."Że wzięła w siebie dwa nasze obrazy / I przybliżyła łącząc je rękoma, / Chociaż nas tylko łączyły wyrazy" Juliusz Słowacki „W Szwajcarii".

    Ewa Klajman - Gomolińska

    Tancerka tańczy, mężczyzna patrzy...

    Świat będzie istniał, dopóki choć jedna tancerka będzie na nim tańczyć. A później to już tylko mężczyźnie pozostanie upewnić się, czy nigdzie jej nie ma, zwinąć się w embrion i zasnąć.

    Taniec jako forma ruchu wyrażających emocje człowieka towarzyszy mu przez całą ewolucję. Może być sztuką, terapią i rozrywką, można tańcem afirmować miłość do Boga albo przynależność do określonego środowiska. Zawsze jednak pozostawał i pozostanie taniec sposobem wyrażenia głębokiego erotyzmu, którego z różnych względów i sytuacji, wyrazić się inaczej nie da. Kobieta jako samica należąca do fauny wyrzuca z siebie w rytm muzyki sygnały o swojej seksualnej gotowości i potrzebach, które są wyłapywane przez mężczyzn, świadomie lub nieświadomie, zdecydowanych na spełnienie siebie poprzez nią. To jeden ze sposobów funkcjonowania natury człowieka, uderzająco podobny do tańca godowego zwierząt, tyle że u zwierząt nie wzbudza pruderyjnego wstydu ani zdziwienia. U zwierząt popęd seksualny jest czymś oczywistym i bezwzględnie musi być zaspokajany; ludzie zaś czasami uważają, że zamiast seksu wystarczy zjeść duże ciastko z kremem.

    Barbara ma 46 lat i jest przedszkolanką w najnowszej książce Stefana Pastuszewskiego pt. „Tancerka". Urodziła dwie córki, a jej małżeństwo z pierwszą miłością – Jarosławem poległo na polu rzeczywistości. Połączyła ich pierwsza burza hormonów, która niekoniecznie wiąże się zawsze z miłością i nie zaraz powinna być przypieczętowana ślubami na wieki, ale że nagminnie tak się dzieje, z nimi też tak było. „Niecierpliwość nasza, młodość każą nam zerwać owoc niedojrzały, w istocie swojej tylko pozór owocu, ale całe nasze jestestwo pragnie owocu dojrzałego. I to dojrzałego od razu, będącego w pełni, a nie dochodzącego do dojrzałości, tak jak młoda żona na naszych oczach, a raczej w naszych rękach, do dojrzałości dochodzi. A to nie to! Mężczyzna ze swojej pierwotnej natury nie jest hodowcą, tylko myśliwym i w istocie swojej interesuje go łup najlepszy, pełen, dojrzały" (s. 28).

    Początek ich związku sunął sprawnie po jego ejakulacjach i jej nie udawanych orgazmach. Z czasem, gdy zapach prześcieradeł zaczął się ulatniać, przyszły problemy związane z jego coraz częstszymi nieobecnościami w domu i wychowywaniem tendencyjnym córek przez Barbarę w stronę „facet to twój wróg". Nieobecności w domu stały się nieobecnościami w łóżku...Tak się zastanawiam, bo nic na ten temat Pastuszewski nie napisał, a może jeszcze na domiar złego Barbara zaczęła mówić do męża w sypialni głosem dziecka, bo tego to już żaden normalny mężczyzna nie zdzierży...W każdym razie Jarek ją zdradził, z czego nie należy robić podstawowego powodu rozkładu ich małżeństwa, bo zdrada nie bierze się z powietrza. Zdrada jest najczęściej konsekwencją poważnego rozkładu istniejącego jakiś czas – dłuższy lub krótszy – i nie dotyczy ona tylko zespolenia cielesnego czy duchowego z inną osobą, ale przede wszystkim stanowi niemożność realizacji i spełnienia w jakimś obszarze ze swoim partnerem, najprościej ujmując bez powoływania przyczyn destrukcji związku. Jednak to jest teoria , a praktyka jest jak w „Tancerce" – Barbara zdradę męża uznała za definitywny rozpad związku, bo to wynika ze skłonności człowieka do upraszczania wszystkiego, co się da oraz jego braku odpowiedzialności za winy własne. Chęć zemsty za upokorzenie doznane w wyniku zdrady oraz gra hormonów i poczucie seksualności jako tożsamości płci wyzwalają w bohaterce taniec. „Kobieta w tańcu rzeczywiście ma boską moc. – To ja, piękna, przeraźliwie piękna. To ja, naczynie piękna i życia..." (s. 18). I stało się tak, bo jak zauważa Barbara słowami będącymi prawie tytułem przedostatniej książki Pastuszewskiego „Coś się kończy, coś zaczyna..." (s. 20). „Tańczyła najczęściej sama, z założonymi na kark rękoma, bo wtedy czuła tę magiczną komunię z czymś Innym, tę kosmiczną moc, to kosmiczne słońce wokół. Kołysała się w takt muzyki przepływającej przez cały wszechświat, w jego wymiarze przestrzennym i czasowym, no i oczywiście, przepływającej przez nią. Czuła wówczas, że może znaleźć się w każdym miejscu i w każdym momencie. Ona – integralna część kosmosu. Było to uczucie wszechmocy bez mała Boskiej" (s. 23).

    Tańcem swym Barbara przywołała Bogumiła swego, by mieli swoje noce i dnie; on – reprezentant postawy moralnej jak u Dąbrowskiej, tyle że widziany oczami moralności narratora innych czasów niż przywołana kobieta, pisarka Maria Dąbrowska i ona – stale niezaspokojona i nie umiejąca docenić ani uszanować daru losu.

    „Przedziwna korespondencja dwóch nieświadomości, niezwykłe przyciąganie. Zanik indywidualnych bytów stanowiących o sobie, a powstanie jednego, wspólnego" (s. 31). Za dużo w tym wszystkim było konformizmu z obu stron, którego namiętność nie ogarnia. Fundamentem miłości prawdziwej jest odpowiedzialność za pierwszą osobę liczby mnogiej; to znaczy, że odpowiadam za moją połowę jak za siebie samą czyli współistniejemy. Żadnych rynkowych spekulacji i egoizmu, bo w konsekwencji nastąpi unicestwienie. Wyobrażenie bohaterki Pastuszewskiego na ten temat było zgoła inne „Miłość była jej niezbędna do kreacji ego kobiety, ale miłość oczywiście odbita, księżycowa. Ktoś musiał ją kochać, aby ona kochała. Zrobiłaby więc dla tej miłości wszystko, tak jak wszystko zrobiłaby dla dzieci, tylko że jak od dzieci niczego nie oczekiwała w zamian; no, może trochę pamięci, tak tutaj na wiele i to bardzo wiele liczyła" (s. 37). Po paru latach mówiła: „ – On mnie nudzi – skarżyła się . – Człowiek – robot. Nawet gdy kocha, to kocha." (s.89). „ Od pewnego czasu czuła się przygwożdżona tym związkiem, a ona przecież chciała tańczyć. Znów tańczyć." (s. 90). Historia związku Barbary i Bogumiła kończy się jej odejściem i jego samobójstwem. Z moralizowania narratora tej książki oczywistym jakby się wydaje, że Bogumił popełnił samobójstwo przez Barbarę, a co za tym idzie wszystkie kobiety to wredne modliszki „Egoizm kobiecy nie jest agresywny i nie ma wcale złego nacechowania, bo czy złe może być to, co jest naturalne? Wynika ono z faktu, iż światem kobiety jest ona sama, a równocześnie ona jest w całym świecie. Tu i tam. Jedna kobieta i wszystkie kobiety zarazem. Nie zdziwiłbym się, gdyby nauka udowodniła kiedyś, że kobiety to istoty ze wszech miar kosmiczne. Bez początku i końca, ani czasowego ani przestrzennego." (s. 55). Nie zrewanżuję się w tym miejscu stwierdzeniem, że wszyscy mężczyźni to dranie, bo po pierwsze tak nie uważam, po drugie nie o rewanż chodzi, a po trzecie daleka jestem od wszelkich uogólnień i ściągania do jednego mianownika.

    Suicydologia czyli dział psychiatrii zajmujący się samobójstwem z jego etiologią jak i samą terapią niedoszłych samobójców podaje obiektywne statystyki, w których znajdują się przyczyny tak zdesperowanych i nieodwracalnych czynów z podziałem na płeć, wiek, wykształcenie, etc...Samobójcami są zarówno kobiety jak i mężczyźni w różnym wieku, a przyczyna zawodu miłosnego jest jedną z wielu i wcale nie jest najczęstszą. Dla mnie bohater Pastuszewskiego to nie jest Werter z „Cierpienia młodego Wertera" Johanna Wolfganga Goethego, którego powód samobójstwa pozostaje bezdyskusyjny i jest nim nieodwzajemniona miłość do Lotty. Bogumił przeżywa bardzo poważny wypadek, w wyniku którego traci swoje narządy płciowe. Jest to ogromny dramat dla mężczyzny, który jeszcze po drodze gubi swoją pozycję zawodową, na którą pracował całe życie. Niemożność zaakceptowania takiej sytuacji życiowej, czyli trwałego kalectwa, utraty męskości, zmiany warunków ekonomicznych i odejścia kobiety dała w rezultacie tak drastyczny koniec. Myślę też, że Barbara odeszła nie z powodu jego kalectwa, ale braku miłości, gdyż żadna choroba nie jest w stanie zagrozić prawdziwemu uczuciu. Tak jak z samobójstwami, które są popełniane przez tą wielką siłę namiętności jaką jest miłość, natomiast nie są popełniane np. z powodu niezaspokojonych potrzeb seksualnych.

    Tak zupełnie w środku gdzieś „Tancerki" padają słowa narratora, które są kluczem całej jej treści i które sygnalizują jednocześnie czystą prowokację Stefana Pastuszewskiego w jego atakach na płeć piekną: „ Obwiniam za to wszystko nie te trzy słabe kobiety, ale nasz XXI wiek, wiek wszelkiej inflacji. Doszło w nim bowiem do przesadnej demokratyzacji konsumpcji. Każdy dziś może się nażreć. W różnym stopniu, oczywiście, ale może się nażreć. I to wszystko. Maszyny produkcyjne, w tym przede wszystkim wytwarzające żywność, obracają się coraz szybciej i przy coraz mniejszych kosztach. Wszystkiego jest dużo, bardzo dużo, za dużo. Niektórzy płacą podwójnie, potrójnie i dziwią się , że tak mało, bo żreć chcieliby ekskluzywnie. Inni zadłużają się nieprzytomnie i, nie mogąc spłacić długu, popełniają samobójstwa. Uprzednio, oczywiście, nażarłszy się. A jeszcze innym wystarczą odpadki, których też jest dużo, aż do przesytu dużo. (Może to nawet i dobrze; gdzieś te wciąż odradzające się w kolejnych pokoleniach ludzkie energie muszą się skanalizować. Kiedyś kanalizowały się w wojnach, dziś w konsumpcji, czyli per saldo jest lepiej.)" (s. 41). Bardzo znacząca postawa pisarza wobec jednego z największych zagrożeń współczesnego świata, jakim jest rozpasana i niczym niepohamowana konsumpcja. Konsumpcja, która wchłonęła cały system ludzkich wartości, w której tracimy tę część cywilizacji (jako sumy doświadczeń pokoleń), której nie da się zmierzyć ani policzyć. Inwestuje się w to, co empirycznie ma przynieść konkretny i namacalny efekt.

    Póki ziemia będzie się kręcić, tancerka będzie wirować razem z nią. I co, który z panów zechce jej towarzyszyć? W pubie nad piwem będą się zarzekać, że żaden z nich jeszcze nie zwariował, a potem kaskadą gwiazd powędruje jeden z nich pod jej dom licząc, że tancerka od teraz będzie już tańczyć tylko dla niego. Bo miłość przekłada się na szaleństwo; pod jej wpływem zaskakujemy siebie sami. Ale to żaden archaizm leksykalny, bo przecież wieczna jest „Pieśń nad pieśniami".

    Stefan Pastuszewski: „Tancerka". Instytut Wydawniczy „Świadectwo", Bydgoszcz 2007, ss. 104.

    Każda utopia ma swoje dno. O poezji Dariusza Dorna

    Nasze poszarpanie i pogmatwanie w życiu daje szansę na poszarpaną i pogmatwaną utopię. Coś, w co chcemy wierzyć i jeśli wierzymy nasza fragmentaryczność staje się bardziej całkowitą całością a nasze bóle bardziej znośnymi. Istotna jest wiara w nas samych, a więc też w bliźniego, w ramię, które przy nas jest i pomaga (przynajmniej czasami) nieść nasz krzyż.

    „szanować kobiety które nas wybrały

    na ojców swoich dzieci kochanków tyranów

    rozmawiać z nimi kochać i wybaczać

    bo właśnie one zamkną nam powieki" („W pięciu punktach", str.33)

    Książka DARIUSZA DORNA „Z dna utopii" nie jest, jak wydawać by się mogło po cytacie powyżej, dydaktyczną, wręcz przeciwnie, podmiot liryczny w niej rozlicza się sam ze sobą, sam sobie odpowiada na bliżej nie postawione pytania. Utopią może być tylko chwila, mała porcja życia, jeśli będziemy się nią odpowiednio delektować. Przemija szybko i można nie zdążyć zasiąść do stołu.

    „kiedy robiłem ostatnie zdjęcia

    mojej umierającej na raka matce

    wiedziałem że pozostaną już na zawsze

    zamknięte w blaszanym pudełku" (Gdzieś indziej", str.42)

    Klimat utworu bliski „Pełnego morza" Wojciecha Bonowicza.

    Tytuł tomu pochodzi od inicjującego go wiersza i stanowi wykład egzystencjalny o ludzkiej predestynacji z racji bycia człowiekiem. Jest w zasadzie bardziej polemiką z utopią jak u Tadeusza Konwickiego w „Małej Apokalipsie" czy u Stanisława Ignacego Witkiewicza w „ Pożegnaniu jesieni" i w „Nienasyceniu" (problematyka atrofii metafizyki). Być człowiekiem znaczy u Dorna wypływać na powierzchnię wbrew wszelkim prawom fizyki, podtapiać się oraz tkwić na dnie. I choć jesteśmy w swoim życiu „poszukiwaczami czarnej perły na dnie z którego i tak / nie wyłowimy nigdy jednorodnego absolutu może jedynie / niepotwierdzoną nadzieję spłaszczoną do informacji / w komercyjnych rozgłośniach inferna" to „zabieramy z sobą oprócz pytań łyk tlenu i nieskończony / balast asocjacji(...)", „czy prawa fizyki które zabiły syna dedala / odnoszą się również do nas poszukiwaczy graala / na dnie". Cóż, „wieczni poszukiwacze bursztynów" póki są poszukiwaczami wierzą w odmienność swego losu od tych, którzy nie są „nieustannie wzruszeni / miodem (...) metafory".

    Strona 1 z 5