Janusz Gryz - Champollion

Na obłupionym, opuszczonym murze ogrodzenia, zarosłym łupianem i głuchą pokrzywą buraka szklarza, rdzawo przydrutowana z głębokimi ranami czasu, sflaczała płachta starej reklamy. Z jej całej obrazowo-literowej figuracji pozostała jakaś fowistyczna magma, rozpływające się kałuże kolorowych plam z nierozpoznawalnymi fragmentami zdeformowanych twarzy, hieroglifami liter, odmarzła noga, oblazły, ze skóry, złuszczony słońcem nos, fiołkowe oko, które wylało się z oczodołu, niebo jak wielkie zgniecione piszczałki organów.

Stoi przed nią i wciąż duka swój pacierz obłędu Champollion przedmieścia. Głęboko poruszony, przesuwa zarosły brudem palec po płótnie, zdając się dostrzegać ukryty związek w tym galimatiasie abstrakcji, odczytywać tajemną mowę chaosu. Obraca gwałtownie opuchłą fioletową głowę, jego podniecenie udziela się rojowi much, które z brzękiem unoszą się w błękitnym, świetlistym powietrzu, by nagłą hordą spaść na tę twarz o skrwawionych wargach i szeroko rozstawionych jak u Cimabuego ropiejących oczach i owrzodzonym czole.

A on depcze trawę wzdłuż malowidła, w natężonym skupieniu badacza porównuje deszczowe fantasmagorie zacieków, analizuje katatoniczne epilepsje dezinformacji, syntetyzuje surrealistyczną orgię koszmarów szaleńca.

Przechodzący statecznym spacerem Pan Prudhomme, którego całym życiem jest czystość, zatrzymuje się na krawędzi chodnika i przygląda się z nadętą drobnomieszczańską głupotą, na ten pełen trudu gorączkowy mozół.