Krzysztof Chronowski - Protokół

Ona wchodzi. Ktoś przytrzymuje jej drzwi, kiedy się zamykają, skrzypią przeciągle. Spostrzega, że odpryskuje z nich brązowa farba olejna. Już w progu opada ją zapach cynamonu i nikotyny. On siedzi przy stoliku, twarzą zwrócony do okna. Oboje nie palą już jakiś czas, ale niezbyt długi, przechodzi jej więc przez myśl, czy może będzie im przeszkadzać stojący, papierosowy zaduch? Nad cukierniczką ustawioną na okrągłym blacie zawisa leniwie osa. Muszki owocówki wycofują się, aby zrobić jej miejsce.

Ona usiądzie tyłem do okna, naprzeciwko będzie widzieć regał z książkami. Meble mają wyglądać jak z Desy. Wszystkie stoły, ławy i krzesła są z różnych kompletów. W głębi sali widać, że na drzwiach toalety męskiej rozpięto sepiowy plakat z Gregorym Peckiem, na drzwiach toalety damskiej z Audrey Hapburn. W tle, nie jest pewna, czy pobrzmiewa sama muzyka, czy też są do niej jakieś słowa, jeśli są, nie słyszy ich wyraźnie, na tyle wyraźnie, by uświadomić sobie, że na pewno są. On słyszy muzykę i słowa. Myśli o tym: „kawałek”, „przebój”, dochodzi do wniosku, że nie ma już piosenek. Zastanawia się nawet przez chwilę, czym mogłaby być piosenka? Kiedy ona staje przed nim robi mu się sucho w gardle. W głowę uderza puls. Podrywa się z miejsca, zbyt późno jednak, żeby zdążyć podsunąć jej krzesło. Okno jest lekko uchylone, będą mieć więcej powietrza niż inni. Z pobliskiego przystanku dobiega podzwanianie tramwaju. Przed oczami staje mu wtedy na moment szkolny dzwonek. Zaciska powieki, ale i tak dotyka go ten powidok

Wszystkie książki przed nią, a ponad nim i obok niego wydają się być stare. Widać, że kartkowano je wiele razy. Mają lepkie, szarobrązowe grzbiety od osiadłego na nich kurzu i niezliczonych, papierosowych oddechów. Ułożone są na półkach ciasno. Przychodzi jej do głowy, że literaci z upodobaniem fotografują się w takich miejscach. W którejś wyklejce widziała zdjęcie zamyślonego Modiano patrzącego poza kadr, za nim, jak tutaj, biblioteczka od podłogi, aż do sufitu wypełniona książkami. Czy on to rzeczywiście przeczytał? Wszystko? Można tyle napisać, ale przecież nie przeczytać. Na jednej z półek prawie w samym środku rzuca jej się w oczy wysunięty grzbiet. Wytłoczone litery układają się w: „C-A-L-V-I-N-O”. A więc tak! Calvino. Italo Calvino! Jej Italo Calvino! Tytułu już nie musi dostrzegać wyraźnie, bo zapytana, bez wahania odparłaby, że to: „Jeśli zimową nocą podróżny”. Te właśnie wydanie czytała jeszcze na studiach. Miała je w ręku, gdy tamtego dnia stała w kolejce do dziekanatu, wtedy właśnie ją zagadnął, zwrócił uwagę na książkę, był zaciekawiony, i tak się poznali. Tak się poznali? Nigdy nie skończyła tej lektury. Od ich czwartego spotkania (po którym zdecydowali, że będą razem) zaczęła dodawać w wyobraźni własne rozdziały, ot taka kapryśna zabawa, która niepostrzeżenie przestała być tylko zwykłą zabawą. Uczyniła więc z siebie „czytelniczkę”, z niego „czytelnika” i przyjęła to za coś w rodzaju wróżby: dopóki będzie dopisywać książkę Calvina, dopóty to co powstało między nimi będzie trwać. Od jakiegoś czasu już tego nie robi.

W żeliwnym świeczniku na środku stołu zastygła stearyna przybrała kształt, który nie przypomina niczego, co mogliby opisać słowami. Obok na poplamionej wyschłym czerwonym winem serwetce, wyszytej haftem richelieu postawiono stroik ze sztucznymi kwiatami i kilka tealightów.

On pije już drugą kawę po irlandzku. Oboje wiedzą, że pracuje tu uznany barista, który czasami występuje w telewizji śniadaniowej. Ona w ogóle nie pija kawy, zamawia herbatę malinową z goździkami i cynamonem. Potem sznureczek od torebki okręci wokół ucha filiżanki, a łyżeczką do końca wyciśnie czerwoną esencję. Teraz oboje wyraźnie słyszą Coltrane'a.  

On patrzy w jej niepomalowane paznokcie. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że to robi. Ona patrzy mu na ręce. Jej powieki są delikatnie podkreślone niebieską kredką, poza tym nie ma makijażu. On myśli, że i tak jest piękna, nie musi się w ogóle malować. Dłonie ma nieruchome, chociaż czuje, że powinien gestykulować. Ona chciałaby, żeby gestykulował. On ma bardzo silnie zarysowaną szczękę, ale oczy chłopięce. Kiedy wydyma usta, staje się dla niej kimś innym, ona zawsze tego wyczekuje. Jego kilkudniowy zarost jest szorstki. Czasami jej się to podoba.

On ma na sobie bluzę z kapturem bez żadnych nadruków. Jej długie, pszeniczne włosy rozsypują się na ramionach. Nie kręcą się. Niedawno przycięte końcówki prawie zanurzają się w herbacie. On lubiłby, gdyby plotła sobie długi, gruby warkocz. Ona nie lubi długich, grubych warkoczy, kojarzą jej się z linami okrętowymi.

Z satysfakcją uświadamia sobie, że nie ciągnie jej już do palenia, mimo że trochę drapie ją w gardle. Odtruwanie musi jeszcze potrwać - myśli. Ciekawa jest, czy on też tak to odczuwa. W prostokącie okna ponad jej głową dostrzega przesuwające się chmury, które dozują mu światło słoneczne wedle swojego uznania. Czasem słońce go oślepia. Jemu zdarza się popalać. Nie mówi jej o tym.

Ona odczekuje chwilę, po czym zaczyna układać między nimi rzeczowniki. Jeden po drugim. Po to przyszła. Rozkłada je bez pośpiechu, chce być pewna, że każdy z nich obejrzą dokładnie. Jego monosylaby, bo tym jej odpowiada, próbują się przepoczwarzać z części mowy w części zdania. On zawsze na początku udaje niemotę. Oczywiście spodziewała się tego. Zaraz powinien ujawnić się ze swoimi czasownikami. Ona uważa, że jego słowa są puste, nienaoliwione. Zawsze kiedy wydawały głuchy ton starała się je wypełniać, smarować. Ona mu słowa uziemiała, żeby nie rozchodziły się zbyt daleko, mogłyby spowodować tsunami. Dzisiaj pozwala im swobodnie wybrzmiewać. Nie stosuje żadnych sztuczek magiczek. Słowami można zabijać, to wiedzą oboje.

Ona waży słowa. On coś mruczy, ona mówi, że tego nie widzi. U niej słowa zależą od siebie. I opierają się o siebie. Splatając palce, zwraca mu na nie szczególną uwagę. Ona mówi, że on słowa zmniejsza, że zawsze zmniejszał, małym nie dawał urosnąć, spędzał je i wypędzał. Ona mówi, że on nie liczy się ze słowami. Ona liczy słowa i liczy na słowa. On zaczyna dostrzegać, że słowa wywraca w nice, że one nie służą do komunikacji, że ją ranią. Jego słowa są spadziste, można się na nich ślizgać! Tak! To jedna wielka ślizgawka! Uświadamia sobie, że życie może przepaplać i niczego już na tym nie wygra. Klika coś, jakby przesunięta zapadka, oboje to słyszą? Czują? I ten dźwięk przenosi ich nagle w inną rzeczywistość. Został przejrzany, nie ma co do tego najmniejszej wątpliwości! Teraz dopiero może głęboko odetchnąć z ulgą.

Więc następuje nowe otwarcie. Wprawia się w ruch, wystrzeliwuje do góry jak fontanna, zapala się, zaczyna mówić wszystkimi językami świata, sam siebie niesie! O! Chociaż wystarczyłby przecież jeden znany im obojgu: język? Dialekt? Idiolekt? Jest taki, czy go nie ma?

On jest tak bardzo podobny do jej nieżyjącego ojca. Nie jest podobny do jej ledwo żyjącego ojczyma. Ona jest taka niepodobna do żadnej z kobiet, które znał. No bo przecież nie do jego matki! Co to, to nie! Ale czy ona żyje? Nieraz wydawało mu się, że ona nie żyje naprawdę, że tylko udaje, by zmylić wszystkich dookoła. Kiedyś mówił jej: żyj trochę! I wychodził z domu, aby się włóczyć. Czasami koledzy przywozili go dopiero nad ranem.

Ona mówi, że jest durniem. On mówi, że jest cebulą. Ona stwierdza, że jedno nie wyklucza drugiego. No właśnie! Nie pamięta pytania, jakie jej zadał, słyszy tylko jej odpowiedź: czy można przestać kochać? Zawiesza tą niedorzeczność między nimi: czy można przestać kochać? Zapewne można. Na pewno można. Skąd jej to w ogóle przyszło do głowy!? On tak świetnie umie słuchać. On jako wola i wyobrażenie. Ona natomiast jawi mu się w swojej bluzce na ramiączkach w kolorze popiołu. Na starość powinien stać się pociesznym wujem, takim chodzącym automatem z kondomami. Ona tak go widzi. I do tego ten jej mentorski ton! Na Boga! Wszędzie się wciśnie ton kuchennego poradnictwa!

Czego mu właściwie potrzeba!? – Pyta się ona. Przecież to on czuje się spełniony, gdy wszyscy zostają wprowadzeni w błąd. Jego ojciec, który jak diabeł z pudełka pojawił się dopiero w dwudziestym roku jego życia, zrobił z niego takiego fajnego faceta, to dzięki niemu zdobył sprawność brylowania w każdym towarzystwie. Ten jego pożal się boże Daddy cool - myśli ona – jeśli o nią chodzi, to mógłby się w ogóle nie pojawiać. On dlatego właśnie jest mistrzem pierwszego wrażenia. Dlatego jesienią nosi taliowane płaszczyki. Tymczasem okazuje się, że figofagowanie jest obroną. Może to kolejna ucieczka? Kolejny wybieg? Każdy jego gest opowiada, że wychował się bez ojca. Nawet gdy chce to zataić, jego nieskoordynowane ruchy robią mu wbrew. Zdradzając ojca, zdradzają jego.

Wilgotnieją mu opuszki palców. On myśli, że ona mówi do niego: dlaczego dostrzegasz tylko siebie? A ona po prostu tylko chwilę milczy z zaciśniętymi ustami. Czyżby NAPRAWDĘ nie dostrzegał GO nikt przed nią? Godzina prawdziwych odczuć!? On mówi, że byłby inny, gdyby nie ojciec, ojciec któremu mówi po imieniu, który przedstawiał go już jako kuzyna… Jest pewna, że „byłby” napisze rozłącznie, nawet wymawia to rozłącznie. Tyle czasu bezskutecznie go namawiała, żeby zrobił absolutorium, żeby napisał pracę dyplomową, aż w końcu skreślili go z listy studentów i obudził się z ręką w nocniku! On się obudził, czy ona?

Jemu chodzi o działanie, o ten odświeżający powiew czegokolwiek, tylko nie znudzenia, nudy, nudziarstwa, nudności, potrzebuje czegoś co pobudza krążenie krwi, on całym sobą jest w nieustającym ruchu, mimo że teraz siedzi jak skamieniały - i tak jest przeciwzakrzepowy. Stagnacja go zabija. Ona co rusz powinna mu grozić odejściem, to go przebudza. Działa, choć jest to być może wcale nie właściwe. Ale on sądzi, że słowo: „właściwe” w ogóle nic nie oznacza! Podobnie jak: „normalne”. On musi żyć na krawędzi, dlatego bierze się za skydiving. Niepewność pompuje mu endorfiny, przyspiesza molekuły w organizmie. A potem przeraża go to działanie, spogląda na siebie z boku i uchodzi z niego powietrze. Brzytwa rzeczywistości, nonsensowny pęd, bo przecież trzeba się starać, bo trzeba się rozwijać. Po co? Dlaczego? Dla kogo? Tour de Nic. Wstydzi się siebie. Przeprasza na oślep. Słomiany zapalnik.

Kiedy mówią o dzieciństwie, wpadają sobie w słowa. Mają na myśli nie tyle dzieciństwo, ile dziecięctwo, mniej lub bardziej wymyślone. Bo przecież żadne z nich nie mogło być prawdziwe! Oboje nie zdają sobie z tego sprawy. Nie można im przypisać winy!

On wymyśla dzieciństwo na co dzień. Ona mówi, że jego łapczywość przebiera miarę, że nigdy się nie nadziecinnieje do syta! Biedny idiota. Biedna, kochana idiotka. Ona wskazuje na niego i mówi, że jest chłopcem. On otwiera najszersze oczy na świecie i wylewa się z nich ich najpierwsza świetlistość, na którą ona jest już uodporniona, nie musi odwracać spojrzenia. Ona chciałaby być znowu dzieckiem. On nie chce przestawać być dzieckiem, bo się boi dorosłości. Jak był mały nie wyjeżdżał na wakacje, tak więc teraz wszędzie jest go pełno.

Niebo objawia mu się jako przyszłość, jaskrawa, intensywna, rozwija się nad nim błyskawicznie, jak zbyt gwałtownie pociągnięta roleta. A jej niebo odkrywa się nieśpiesznie, wlecze się, marudzi, klatka po klatce, w slow motion. Ani jednego, ani drugiego zwykle się nie dostrzega! Dopiero gdy powstają wyłomy w rzeczywistości, to wtedy bywa, że głowa sama się zadziera: do góry! do góry! do góry! Czy był moment, że jednocześnie spoglądali w to samo niebo?

Ona słyszy echo swoich własnych, pierwszych kroków! Niebywałe! On, kiedy przymyka powieki pod słońcem, to nadal widzi mikroskopijne cząsteczki tlenu. Nazywa je koralami słońca. Objawia mu się życiodajna niewidoczność. Kiedyś wydało mu się, że usłyszał dźwięk nakręcanej sprężyny świata. Ona w drugiej, czy trzeciej klasie liceum przez mniej niż chwilę widziała zjawę na korytarzu szkolnym i nikomu o tym nie powiedziała. On mniej więcej w tym samym czasie zobaczył płonącego człowieka.

Ile to razy próbowała sama siebie skurczyć na podobieństwo Alicji z Krainy Czarów, tak by czołem dosięgnąć do parapetu, czy blatu stołu? Chciała spojrzeć na świat od pasa w dół. Wystarczało wówczas palcami obrysować siebie na ścianie, żeby móc przez nią przeniknąć. I znajdowała się wtedy w tej republice podściennej, tym jedynym w swoim rodzaju miejscu, nie uznającym niczyjej zwierzchności, jej miejscu sekretnym, po którym poruszać się mogła tylko czymś, co przypominało bobsleje, zwalające się, pędzące na łeb, na szyję po wąskotorowych zakrętasach osadzonych na platformach z kutego żelaza. Było tam też - a jakże! - tyle przestrzeni dla wiatru we włosach! Po prostu Cortázar!

Opowiada mu, jak bawiła się w sklep pod okapem z brystolu, mając na głowie durną czapkę z krepiny. Bez zastanowienia włożyłaby ją ponownie. Gdzie mogą być te koleżanki księżniczki, koledzy piraci, czy rycerze-rabusie w zbrojach z kartonu? Czym są dzisiaj te powracające zapachy tych zabaw, które czasem jeszcze odczuwa, ale które nie wiadomo co teraz mogą znaczyć?

Albo on (nie chce być przecież gorszy) mówi jej, że pamięta tę przyprzedszkolną szopę na narzędzia, z cegieł i dachem z blachy falistej, i tego jej nieodstępnego, wąsatego stróża ze szpadlem, w którego on z kolegami wmawiali przeróżne zbrodnie. A kiedyś podczas dyżuru w szatni wymyślił Złodzieja Czapkowatego i Pana Czaszkę! To by było jak znalazł dla ich dziecka! - Pomyślała tylko, czy może powiedziała? A może on już ma dzieci? Tego przecież nie da się całkowicie wykluczyć. On miewał kobiety, to jasne. Przecież raz wymsknęło mu się to imię. Wepchnęła je w jakąś koleinę wspomnień, dała ugrzęznąć i obłożyła dla pewności samymi nieważnościami. A kim była dla niej ta Niemka z wymiany? – Pomyślał tylko, czy może powiedział? Ona myślała, że nie zauważył, że w ogóle nie patrzył, bo gdyby patrzył, to może by rzeczywiście zauważył, ale ona nie była w stanie uwierzyć, że jemu się będzie chciało…, no właśnie czego?

Jej wydawało się, że on nie jest oparty na faktach. Ale on j e s t oparty na faktach! Teraz widzi to wyraźnie! On fenotyp. Ile to razy opowiadał w sufit swoje życie? Ile razy krzyczał do słuchawki? Ile to razy wyciągała z portfela jego zdjęcie legitymacyjne, żeby je wyrzucić do kosza? (Gdzie się nauczyła tych demonstracji!? Jej siostra jest taka ułożona.) A on teraz, jak gdyby nigdy nic, mówi jej, że cieszył się jak dziecko, kiedy kupił sobie ten sweter za dziewięćdziesiąt złotych, w którym widziała go po raz pierwszy, że był dla niego nagrodą za trzy miesiące pełne wyrzeczeń i odkładania do skarpety. A ta pierwsza woda po goleniu? Ta, którą też od niego wtedy czuła, dobrze pamięta jej mdlący zapach, wydała mu się być perfumami, a przecież nie była, bo nie miał mu kto pokazać różnicy między after shave a eau de toilette. Dzisiaj mogą się z tego oboje śmiać.

Ale czy może im jeszcze chodzić o to, że on woli, gdy dzień się zaczyna, a ona gdy się kończy? Czy nadal ma znaczenie, że jemu bardziej podobają się wycieczki objazdowe po starówkach, że woli Manneken pis, a ona pomosty wrzynające się w jeziora, spływy kajakowe, Mullaghmore? Że być może w takiej sytuacji zamki nad Loarą byłyby czymś po środku.  Czy w ogóle może o to chodzić? Nie! Tu nigdy nie chodziło o żadne wschody, czy zachody słońca!

Ona chciałaby mieć dziecko, to już wiemy. On oczywiście nie chciałby przekazać dziecku ani jednej ze swoich nerwic, dlatego na każdym kroku działa zapobiegawczo, nawet w największym uniesieniu nie pozwala sobie na utratę zimnej krwi. A więc neurastenik? Kto by pomyślał, nikomu nie dawał się poznać z tej strony. W dzieciństwie wycinał żołnierzyki z papieru. Sam robił sobie każdą zabawkę. Mógłby więc zrobić k a ż d ą zabawkę i c h dziecku. Jest teraz nagi. Wydrenowany jej spojrzeniem. Nie wstydzi się. Wzrok nie ucieka mu w górę. On chce wyraźnie żyć. Ona chce żyć. On kiwa głową z uznaniem. Wszyscy poza nimi mogliby powiedzieć, że to oszukaństwo: fajans zamiast porcelany, wanilina zamiast wanilii, głupota, a nie obrazy Hoppera, jej stosikowość, jej OuLiPo, cały jego Pratchett. Ona jest jego ratunkiem. To on jest słaby i nigdy o tym nie zapomniał.

Ona nie obawia się zapachów. Lubi na przykład zapach piwnicznej wilgoci. On przestał odczuwać zapachy. Ona nie widzi wyraźnie barw. On uzależnił się od kawy. W kimś takim jak on musi pozostać jakiś nałóg. On zapomniał, jak to jest się rozglądać. Nie spacerują. Najwyżej przemieszczają się. Utartymi ścieżkami. On, gdy nikt nie patrzy, je łapczywie, jak pies, prawie nie czuje smaku. Ona ma taką aksamitną skórę. Oboje stali się WIDZAMI, oboje to WIDZĄ.

Ale te historie, te, i  wiele innych, już ostygły, już można je wziąć w palce, bez ryzyka oparzeń. On przypomina jej ten pierwszy raz, albo jeden z pierwszych razów, oboje nie byli pijani, a okna otworzyli na przestrzał i wciągali w płuca, zasysali to małe miasteczko, miastko przecież… Poplamione prześcieradło, wilgoć w powietrzu, wszędobylskie komary, których nie zauważali. W ten sposób oznajmiali się sobie nawzajem. W takich chwilach nawet talerze chcą być przy nich. Sztućce ich pokochały, podobnie jak reklamodawcy w gazetach. Przecież to się dzieje wszędzie, nawet teraz, w tylu miejscach, my dziejemy się w tylu miejscach naraz. Ona spogląda na niego pytająco. On wyciągając rękę przed siebie przerywa jej spojrzenie. No więc, co dalej?

Nakrywa jej dłoń swoją, przechodzi ich elektryczność. Nie rozstaną się, dopóki tego nie ustalą. Zmierzch za oknem, gdyby zapadał, miałby kolor rdzy.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież