• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Odwiedza nas 277 gości oraz 0 użytkowników.

    Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - Ikona z wnętrza wszechświata dobyta...

    Są na świecie rzeczy, o których się nie śniło FIŁOZOFOM...
    Tak mawiała Stasia od św. ZYTY, kiedy to cały jej ŚWIAT stawał naraz okoniem: KOZA się zerwała z postronka i jak opętana – w jakowymś wariackim widzie – gnała pod jabłonkę co to rosła za szkołą w OWIE; WESTFALKA się uprzykrzała – rozpalić nie chciała... ooo dymiła JAK JASNY GWINT; nawet pompa się na podwórzu zacinała... jęczała... wodą nie bulgotała i tak jęcząc, wypluwała ze swego wnętrza jakoweś MĘTY…

    MĘTY... taak – męty jakoweś się czasami w życiu człowieka pojawiają – pojawiały; FILOZOFIA niewiele tu powiedzieć mogła – chciała; skądś się brały — wszytko zaciemniały – utrudniały.
    No, można by takie ZMĄCONE ŻYCIE poddać chemicznej SEDYMENTACJI... oddzielić osad od klarownej czystej cieczy i ponownie zanurzyć dłoń w czystej wodzie, którą to w jakiś – JAKI? sposób chciałoby się zamienić w ŻYWĄ! by odświeżyć udręczoną bezczelnością ŻYCIA ANIMĘ – rozmarzyła się PANI EGUCKA.
    Bo ŻYCIE BYWA BEZCZELNE... tak, są na świecie RZECZY... o których lepiej nie opowiadać FILOZOFOM, bo miast pociechy z ich ust, dowiedzieć by się można, że WIEM, ŻE NIC NIE WIEM...
    A PANI EGUCKA wiedzieć CHCIAŁA – MUSIAŁA jak odnaleźć źródło ŻYWEJ WODY; nie dla siebie, ale dla uginającego się pod konsekwencjami wynikającymi z ciężaru dźwiganych lat pana Szlacheckiego.
    Bo lekarze teraz tym FILOZOFOM wtórowali i o tym, że WIEM, ŻE NIC NIE WIEM stałe PANIĄ EGUCKĄ zapewniali – informowali.
    Więc może ta MĄDROŚĆ WSZECHCZASÓW – Stasia od św. ZYTY jednak rację miewała, kiedy tak tych FIŁOZOFÓW obśmiewając, innych rozwiązań poszukiwała: kozę przywiązywała staranniej, WESTFALCE popielnik oczyściła, a po wodę chadzała do studni WIELOCHÓW, bo najgłębszą była... woda w niej jak kryształ lała się z WYMBORKA żurawiowego, do WYMBORKA Stasinego...
    Toteż PANI EGUCKA jej poczynaniami zachęcona, też się od tych FIŁOZOFÓW odżegnała i własną strategię walki z przeciwnościami losu uskuteczniała była, jak przystało osobie noszącej KAPELUSZ OPTYMISTY.
    Zdaniem PANI EGUCKIEJ zatem należałoby w inny sposób zająć się ludzkimi słabościami, przypadłościami tajemniczymi, przez lekarzy często – gęsto nie nierozpoznawalnymi, bo każdy z nich zawsze tylko jakowemuś jednemu – jedynemu punktowi ciała oddany; nie w całości osobniczej człeka zbolałego doszukiwali się przyczyny cierpienia, a człek przecież z wielu atomów złożony... osobnik in statu NASCENDI?! jakaż to chmara specjalistów zatem winna stanąć przy łożu boleści pana Szlacheckiego, by każdy element lecząc osobno, wyleczyć jego CAŁOŚĆ?!!!
    ŹRÓDŁO ŻYWEJ WODY? – kombinowała nadal PANI EGUCKA – eee… może jednak lepiej jakimiś CZAKRAMAMI się posłużyć... miejsce MOCY magicznym KAMIENIEM znaczone? Bo KAMIEŃ osobliwy coś znaczyć może? Coś w tym być musi, bo PANI EGUCKA sobie przypomniała, że onegdaj, kiedy to wraz z panem Szlacheckim zwiedzała WAWEL, to stanęła była popod ścianą kaplicy św. GEREONA, bo tam właśnie docierały fluidy wawelskiego CZAKRAMU.
    Było to osobliwe doświadczenie – PANIĄ EGUCKĄ i pana Szlacheckiego przeniknęło łagodne, rozbrajające CIEPŁO – odmienne od uczucia normalnego ciepła – jakoweś CIEPŁO ŻYCIA, które było odczuwalne bodajże przez pół roku, sycąc ENERGIĄ, to może by i teraz CZAKRAMAMI się zająć?
    Jut nie tym WAWELSKIM, bo swego czasu PANI EGUCKA w tanim ezoterycznym piśmie, bodajże GWIAZDY ŚWIECĄ wyczytała – ależ piękna SPISKOWA TEORIA DZIEJÓW... no, no! – że kiedyż to dwaj dziennikarze tejże gazety się nocą na Wawel zakradli, to na dziedzińcu ujrzeli rozkopany olbrzymi dół, w którym tkwił, przygotowany do wydobycia, ów KAMIEŃ MOCY; PANI EGUCKIEJ wyobraźnia natychmiast podpowiedziała, że ów KAMIEŃ MOCY został sprzedany, tak jak wszystko w Polsce – SPRYWATYZOWANY?!!!
    W każdym razie, od tamtej pory, zabroniono wystawania – przystawiania się plecami pod ścianą Kaplicy GEREONA, uzasadniając to możliwością jej zawalenia pod naporem ludzkich ciał... zresztą słabnący z dnia na dzień pan Szlachecki i tak do Krakowa by nie dojechał, zatem pozostał POZNAŃ, bo PANI EGUCKA wysłyszała, że i okolice poznańskiego Starego Rynku jakowymiś fluidami czakramowatymi tez nawiedzane – nawiedzone, a pobyt w tej części miasta nawet i twórczymi mocami owocował.
    Toteż teraz, ulicą PADEREWSKIEGO, ulicą najdroższych magazynów sklepowych Poznania, w stronę STAREGO RYNKU się kierowała... bo jeśli z poznańskiego BAZARU nawet ISKRA NIEPODLEGŁOŚCI POLSKI wyskoczyła kiedy to IGNACY PADEREWSKI z balkonu tam przemawiał – przemówił, to te KAMIENNE MOCE – CZAKRAMY tkwić tam mogły – musiały.
    Zatem PANI EGUCKA penetrację okolic STAREGO poznańskiego Rynku rozpoczęła była właśnie od tej – NAPEWNO! – wyjątkowej ulicy PADEREWSKIEGO.
    Proszę! Majestatyczny swą urodą PLAC WOLNOŚCI przystrojony NEOBAROKOWĄ fasadą BAZARU – od strony ulicy PADEREWSKIEGO NEOKLASYCYSTYCZNY -kierował w stronę Starego Rynku... teraz, mniejsza o tę urodę – CZAKRAMU nam trzeba szukać raczej w jego wnętrzach... zatem tuż z brzegu... jako pierwszy? sklep – magazyn z najwyższej półki DAMSKIEJ MODY... jakieś ENTINO... tutaj wejść nam trzeba? tak, bo moooże... może?! Jakowaś MOC PANIĄ EGUCKĄ tam przeniknie... Wkroczyć tam mogła; ubrana przecież szykownie... sukienka też MARKOWA, choć to marka polska: DOM MODY SKÓRSKA! Zwiewny woal… suknia WENECJA się nazywała... WESZLA – trudno, wejść trzeba – poszukiwanie... przetrząsanie... Czarno ubrana osóbka, niczym subretka, wybiegła jej naprzeciw i zlustrowawszy dokładnie PANI EGUCKIEJ sukienkę, przybraną na dodatek jej dobrymi manierami, entuzjastycznie zapodała:
    – Przyszła pani w samą porę, właśnie przeceniliśmy nasze najpiękniejsze torebki I już nie kosztują sześć tysięcy złotych, ale – proszę sobie wystawić!!! TRZY! Trzy tysiące złotych kosztuje teraz ENTINO! – gdyby panią interesowała nowa kolekcja, no to cóż! Te już po SZEŚĆ…
    – TYLKO po SZEŚĆ? – zapytała zimnym, wyszukanym głosem wielkiej DAMY PANI EGUCKA przyciskając do boku ramieniem nobliwą przedwojenną torebeczkę PARYSKĄ! Z wężowej skórki – CÉCYLIE PUCHE. – Gdyby pani miała torebki po STO DWADZIEŚCIA tysięcy, to być może TAKĄ bym kupiła, ale TRZY TYSIĄCE… SZEŚĆ TYSIĘCY?! O czym my tu mówimy – zniesmaczona PANI EGUCKA obróciła się na pięcie swego lakierowanego sandałka i z podniesiona dumnie głową na wysokiej szyi, ku osłupieniu czarnego wychudzonego widmowego zjawiska, skierowała się ku wyjściu, z trudem utrzymując powagę, bo dopiero za drzwiami parsknęła śmiechem.
    UWIERZYŁA! uwierzyła w te moje OPOWIEŚCI CHIŃSKIEGO MANDARYNA! Teraz ubolewa nad swymi niskimi cenami... nieee... w takim miejscu CZAKRAM się nie skrywa, gdzie tak pospolitymi motywacjami jak CENA... MANY... MANY… MARKA… MARKA… się ludzi oszałamia, ba! Nawet próbuje się ich zawstydzić, że takiego drobiazgu nie mając, jak KASA, GŁUPKOWATEJ ENTINO torebki posiąść nie mogą.
    Nie! – GŁUPKOWATA torebka nigdy, przenigdy się CZAKRAMEM stać nie mogła – była.
    A jednak ten CZAKRAM – PANI EGUCKA to czuła – MUSIAŁ się tu skrywać, bo PANI EGUCKA stąpała teraz lekko, jakby jej wyrosły skrzydła u ramion, zaś jej TRZECIE OKO ukazywało jej pana Szlacheckiego już nie na jego ŁOŻU BOLEŚCI, a zbierającego orzechy – BALACHY w ogrodzie w OPALENICY; sam przecież to dorodne drzewo wyhodował i cieszył się jak dziecko, że rodziło takie OLBRZYMY, które wzbudzały podziw wśród jego przyjaciół – obdarowywał ich nimi.
    TRZECIE OKO ... teraz ono kierowało jej krokami: z pobłażliwym uśmieszkiem na ustach – ach, te witryny z MARNOŚCIAMI tego świata – mijała je spiesznie, biegnąc nieomal w kierunku STAREGO RYNKU, omiatając jedynie wzrokiem wystawione tam okazy miśnieńskiej porcelany, światowe kreacje o zgaszonych wytwornych barwach, by naraz stanąć jak wryta pod BAZAROWĄ SIÓDEMKĄ!!!
    Niewielka witryna sklepu jubilerskiego, z boku wyodrębniona w niej niewielka półeczka... to na niej spoczywał ON!!! CZAKRAM w kształt IKONY wpisany – OCH! chyba Z WNĘTRZA WSZECHŚWIATA DOBYTY – niby niepozorny, mgłą szarości – w odróżnieniu od krzykliwych IKON WIELOBARWAMI pisanych – jak oćmą okryty, bo nie każdemu OKU do dostrzeżenia GO przeznaczony – raczej skrywany.
    Piękno tej CZAKRAMOWATEJ IKONY przedziwną precyzją anielskich skrzydeł: skreślonej – uwypuklonej PANIĄ EGUCKĄ otoczyło – zniewoliło i naraz po paraboli tych linii, czysto kreślonych przestrzeni do tronu ABSOLUTU prowadziło, kosmiczną urodę odtworzyła ręka jakowaś natchniona, bo głowa PLANETARNA wpisaną wen mądrość ujawnianą literą przez Śmiertelnika nieodczytywalną promienistymi liniami bezkresnymi nakazu trwania w przestrzeniach rosnących w nieskończoność… toż to WIELKI WYBUCH! – PANI EGUCKA to pojęła – rozpisane przestrzenie niewymierne rozesłane...
    PANI EGUCKA wstrzymała na chwilę oddech z wrażenia, weszła do sklepu i nie wypowiadając jednego słowa, milkliwej – żaden MARKETING– dziewczęcej sprzedawczyni w powłóczystej szacie wróżki, spiętej przy szyi ogromną ascetyczną srebrną broszą, wskazała palcem na IKONĘ, wyjęła z torebeczki Cécylii PUCHE żądaną przez nią sumę (nadspodziewanie niską – jakiś UPUST?) i trzymając już w dłoni IKONOCZAKRAM, opuściła się na stojącą popod ścianą białą skórzaną otomanę... by kontemplować nadal niezwykłe światy po WIELKIM WYBUCHU, które skrywały – NAPEWNO ! – TAJEMNICĘ ISTNIENIA, której jeszcze nikt nie odkrył... a której oto HIEROGLIF PANI EGUCKA właśnie zdobyła...
    Gdy tak trwała – medytowała, usłyszała za sobą kobiecy głos:
    – Była przeznaczona tylko dla pani, dlatego dostała ją pani po cenie akceptowalnej w pani świecie – musiała trafić przecież we właściwe ręce.
    – Któż to autorem jej, natchnionym BOSKIMI TWÓRCZYMI IDEAMI – zapytała PANI EGUCKA oglądając się za siebie i dostrzegając jeszcze jedną DOBRĄ WRÓŻKĘ w nieokreślonej oryginalności szatę przystrojoną, z twarzą pełną słońca... niby owych LINIOWANYCH BLASKOW IKONOWATYCH.
    – BLIŹNIACZA siostra moja – MONA – BLIŹNIACZYMI liniami połączona w jej dziełach, ja prowadzę tę GALERIĘ ona tworzy i mieszka w swoim STUDIO MG na WIERZBIĘCICACH… teraz ją pasjonuje DADA...
    – Wiem, wiem… DADAIZM mnie też pasjonował, oczywiście poznawczo... lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku to były, kiedy tu, na STARYM RYNKU, kupiłam album malarstwa Paula KLEE... w 1939 roku namalował – chyba trochę prorocze dzieło CZAROWNICE... barwne tony... delikatna ruchliwa KRESKA... podobnie jak tu. Jakże się nazywa ta czarodziejka artyzmu?
    – MONIKA LISIECKA... ooo ... już podaję folder... tam się pani dużo o niej dowie. Ostatnio, zainspirowana właśnie tym DADAIZMEM stworzyła serię grafik zatytułowanych DADA IST NOT DED. Podobnie jak awangardziści europejscy z początku XX wieku używa technik kolażu. Jej prace – minimalistyczne w swej formie, ale bogate w treści. Pozostawiają duże pole do interpretacji i zadawania pytań… niby przypadkowe, ale kierujące się ideą precyzyjnie przemyślanego komentarza współczesnej rzeczywistości…
    – Ale ODWIECZNEJ też – wyszeptała PANI EGUCKA.
    – ...tak, jej nowa wystawa – SERIA: ALERGIA – powstała na bazie niemieckiej książki o ALERGII z 1957 roku. Wystawiała te prace w JAROCINIE, bo ta inspiracja DADAIZMEM jej dzieł, poprzez swój niepokój, znalazła duchową wspólnotę z niedającym się ogarnąć ROCKIEM – dodała. Pani Małgorzata – GOSIA – BLIŹNIACZKA. Podając folder.
    PANI EGUCKA odczytywała... MONIKA LISIECKA – Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu... z wyróżnieniem uzyskała dyplom na dwóch kierunkach – fotografii i grafiki warsztatowej. W 2005 roku założyła STUDIO MG w Poznaniu, gdzie pracuje. Środki wyrazu, komentujące współczesną rzeczywistość to fotografia, grafika czy video kolaż.
    – VIDEO KOLAŻ – zaciekawiła się PANI EGUCKA.
    – Ależ tak – wykrzyknęła entuzjastycznie pani GOSIA (GOSIA – to BLIŹNIACZE STUDIO: M – jak KONIKA; G – jak GOSIA).
    – Zapraszam. do podziemnej części GALERII YES – tak się zwie – pokaż pani coś wyjątkowego! multimedialny performens w rocznicę śmierci Aleksandra McQueena...
    – Wyjątkowego twórcy mody – ucieszyła się PANI EGUCKA.
    – Tak, wystawa MONY nosiła tytuł McQueen BY MY HEARTS – ciągnęła pani GOSIA otwierając komputer; w nim PANI EGUCKA ujrzała cudownie przetwarzające rzeczywistość MODELKI McQueena – zderzenie dwóch światów: świata MODY McQueena i średniowiecznych rycin Leonardo da VINCI...
    – No tak, MONA LISA – MONIKA LISIECKA jeszcze wiecznie żywa – roześmiała się PANI EGUCKA.
    – Ooo... telefon ... przepraszam, odbiorę ... – weseliła się również pani GOSIA. – MONA LISA, jak ją pani nazwała – zaprasza PANIĄ EGUCKĄ na kawę do STUDIO MG... tam prace na najnowszą wystawę MONY... wie pani, ta ALERGIA!
    – Cudownie! będę... ale teraz spieszę zanieść IKONOWY CZAKRAM panu Szlacheckiemu, bo – wiem to na pewno – przywróci mu radość życia, a RADOŚĆ przecież potrafi UZDRAWIAĆ– zawołała PANI EGUCKA i uścisnąwszy serdecznie dłoń pani GOSI, biegła, wspomagana anielskimi skrzydłami IKONY CZAKRAMOWATEJ do tramwaju...
    IKONY Z WNĘTRZA WSZECHŚWIATA DOBYTEJ…