Edward Szopa - Wróciłem bogaczem (1)

Darek na mój widok oniemiał... On, tak szybki i składny w słowach, naraz zapomniał języka w gębie? Mówiły natomiast jego oczy: Jak to się stało, że ja ze zwalistego i krzepkiego chłopa, stałem się patykowatym i wychudzonym starcem?! Bo w mierze, w jakiej ubyło mi kilogramów (prawie 20!), przybyło jakby lat. Ten rok objawiał się jako szczególny okres w moim życiu, który powstał ze „sprasowania” przynajmniej 10 lat. Jeśli nie więcej.

Zmiany te dostrzegłem przeglądając się w lustrze w toalecie na lotni­sku w Chicago, gdy pożegnałem się z Kasią. Dosłownie „zaryłem się” przed swoim odbiciem – patrzył na mnie jakiś zabiedzony starzec w wielkim zdumieniu i prze­rażeniu zarazem. Takie samo wrażenie od­niosłem, gdy po raz pierwszy spojrzałem na swój portret. Nie ukry­wałem wówczas zawodu.
Jasiu Salamon, wyraźnie przyzwyczajo­ny do tego rodzaju reakcji swych modeli, odrzekł,  że przecież nie brał ode mnie pieniędzy, więc oddał mnie takim, jakim mnie widział i jakim jestem naprawdę. Tyle że, oczywiście – w rzeczywistości, w jakiej objawię się za 10 lat. To nic innego jak instynkt portrecisty, który pozwala wyprzedzić czas. To jedna z głębszych tajemnic sztuki. Wtedy widziałem się tylko na blejtramie, bo pod pretekstem, że musi jeszcze długo popracować nad tym wyjąt­kowym studium (ale masz człowieku gębę!) zatrzymał płótno. Kiedyś praca ta zdobyła nagrodę w konkursie portretu męskiego i została zakupiona – czego nie chciał mi wyjawić – przez muzeum. A ten doskonały pej­zaż „Biała Skała” (moje Pieniny są zawsze pejzażem goto­wym, czyli nie wymagającym ingerencji malarza...) daj tej swojej Kasi zza oceanu...
Acha, nie zapomnij przysłać mi centa, bo moneta z najodleglej­szego miejsca przynosi szczęście. Widzisz,  jak tobie się darzy od czasu, gdy dostałeś od misjonarza ten dziurkowany pieniążek z Japonii. Jedynego zresztą duchownego, o którym wyrażałeś się z niekłamanym podziwem... No i jakąś fotkę. Jeśli będziesz w Nowym Orleanie to ujęcie na statku Missisipi lub na tle „Tramwaju zwanego pożądaniem”, zaś z Houston – sprzed frontu tamtejszej Opery czy w ogóle najnowocześniejszego na świe­cie Downtown, natomiast z San Francisco sprzed Hotelu Fairmont, (bo prze­cież wszyscy muszą go zaliczyć!) czy też z najbardziej fotogenicznego mostu – Golden Gate Bridge. Tylko uważaj, żeby nie przechylić się zanadto za poręcz, bo ubyłby mi model. I rozmów­ca...
Życzenia Jasia Salamona spełniłem tylko w pierwszej części. Kasia, uradowana wspaniałym podarkiem, ochoczo utwierdziła przy­lepcem centa do listu, w którym kazała mi napisać, żeby malarz z Floriańskiej, nie popadł w obłęd posiadania i nie przehulał pieniążka!...
Teraz stanowiłby dla Jasia Salamona jeszcze atrakcyjniejszą propozycją portretową. Mój konterfekt zatytułowałby pewnie „Powrót Kacpra z saksów”...
Za fizyczną zmianą poszła również i duchowa przebudowa. Tę pierwszą zapewne szybko odnowię, zaś tę drugą... Odczytując dalej wzrok Darka, żałowałem, że ów wielorok, nie spotkał mnie wcześniej. Zna­cznie wcześniej, byłoby wówczas zasadniczą cezurą w moim życiory­sie. Od tej kreski pewnie bym też inaczej zaczął. A teraz najwyżej zamyka mi ona rachunek życia...
Milczenie zaczynało nam ciążyć, przerwałem je więc:
- No, Darek, przekroczże ten próg, wszak to nie Rubikon... Stoimy w drzwiach, niczym zamienieni w słup soli, bo ja także jestem zaskoczony twoim widokiem. Tak, prawie w takim samym stopniu, jak ty moim! Tyle, że z krań­cowo różnym odczuciem. Wyglądasz... No, jak wyraziste zaprzeczenie mojego obrazu: kwitnący i z tym zadziwiającym mnie zawsze impetem wewnętrznym...
- Może raczej mniej zwiędły i wypalony, choć tylko tak się przedstawiam w zestawieniu z tobą, Kacper. Ale istotnie, u mnie też zaszły zmiany. Nastąpiło właściwie gruntowne przeistoczenie - przestałem pić! Tak, tak, dokładnie rok temu, w dniu twojego wy­jazdu, choć wypiłem strzemiennego!
- Ależ, Darek, wtedy markowałeś picie. Poza mną nikt nie zwrócił jakoś uwagi, że jesteś wyjątkowo trzeźwy.
- Cóż, ja też, podobnie jak ty, Kacper, pomyślałem, że muszę coś ze sobą zrobić. Odmienić się do tego stopnia, żeby narodzić się niejako na nowo. Ale nie mówmy o mnie, bo to w końcu nic wielkiego, wystarczyło się tylko mocno zaprzeć!
- Jak to nic wielkiego?! Przecież to cud! Najprawdziwszy cud, który staje się przecież udziałem niewielu ludzi. Właściwie to nie znam podobnego przypadku, żeby w pojedynkę, sam zewrzeć się ze so­bą i zwyciężyć! Nie pada już na twoją twarz złowróżbny cień, najwyraźniej przestał kołować nad tobą ten stale dziobiący paw... celował zawsze w lewą skroń...
Darek słuchał moich słów niczym jakiejś muzyki. Wiedziałem nawet jakiej - muzyki dzwonów i muzyki organowej, której urokowi poddał się kiedyś w Kamieniu Pomorskim, kiedy to moja Kasia, podówczas jeszcze szkrab, namówiła organistę, bo nikt i nigdy nie odmawiał jej prośbie, na koncert. I nagle ru­nęła na nich - jak mi relacjonowała córcia - Niagara dźwięków...
Nieraz też tak myślę, że to prawdziwy cud. Darek z wdzięcz­nością przyznał mi rację. Jednak o ton, potem.
- Tyś, Kacper, dzisiaj bohaterem.
- Bardzo smętnej story… Zobacz,  o tym przypętało mi się nawet ja­kieś angielskie słówko, nie posądzasz mnie chyba o snobizm?
- Skądże, chłopie. Trudno by ci się zresztą było puszyć z tą udręczoną gębą. Opowiadaj wreszcie o wyprawie po Złote Runo?
- Złote Runo, Eldorado... Mamy na to swojskie, dalece odmito­logizowane, określenie: saksy!
Darek począł omiatać mnie znów tym samym wzrokiem, którym ba­dał mnie na progu. I zawsze, jak bywało podczas spotkań w dawnej przeszłości, zaraz wszystko wiedział:
- Inaczej żebranina i upo­dlenie i na to wskazuje przynajmniej twój stan, mizeroto. Jesteś bowiem w sumie rozczarowany wyjazdem. Żałujesz pewnie,  że w ogó­le tak nieszczęsna myśl pojawiła się w twojej głowie?!
Miał jak zwykle rację, ale uraziła mnie jednak trochę taka uwaga. Nie miałem mu tego za złe, przecież niebawem na pewno się zreflektuje i przyzna, iż powodował nim imperatyw. Należała mu się wszakże mała przygana:
- Czyżbyś mnie tak mało znał, Darek? Ty, taki bystry i niesłychanie spostrzegawczy? - strzał okazał się celny, gdyż Darek zmitygował się. Przedtem zerknął na mnie, żeby sprawdzić pomyłkę: - Pewnie, pewnie, musiała być głębsza motywacja.
- Pozostańmy jednak przy pierwszym wrażeniu, bo w gruncie rze­czy chodziło o zarobek, łatwiejszy, a przede wszystkim pokaźniejszy zarobek. O tym myślałem już na studiach, zgłosiłem się też, gdy otwierała się możliwość atrakcyjnej pod tym względem i stoso­wnej do wieku pracy - do zbioru winogron... Ktoś sprytniejszy jednak mnie ubiegł... Mniejsza z tym, choć może i do ciebie coś dotarło? Nie, ty już wypuściłeś się na szersze, pozauczelniane wody... Wyniosłem wtedy przynajmniej jedną, korzyść - podciągną­łem się we francuskim, którego próbowała mnie uczyć rozczulają­cej dobroci ciotka Zenka, pani Ruta…
- Jej bratanek natomiast, to kawał miglanca, ale mów dalej - Darek przeprosił za wtręt.
- Szkoda tylko, że z tego rozpędu nie zabrałem się za angiel­ski, bo kiedy po wielu, wielu latach wreszcie się nim zająłem, to z jego opanowaniem miałem już bardzo poważne trudności - umysł wszak zakrzepł i mniej chłonął. Motywacja jego poznania była znacznie mocniejsza - zapraszała mnie córcia, która opuściła mój dom, jako jeszcze...
- No,  już podlotek.
- A teraz już pannica. A właściwie stara panna, bo tamtejsi, nie zdradzają nadmiernej gorączki do ożenku... Popadam jednak chyba w nazbyt płaczliwy ton. A ty, Darku, druhu serdeczny, oczekujesz ode mnie tymczasem... Może zatem mój monolog - niech będzie, że rozmowę przeprowadzę inaczej. Jedyny to przypadek, kiedy żałuję, że nie pijesz, po paru kieliszkach gwarzyłoby się nam już zupeł­nie inaczej, bardziej swobodnie i bezpośrednio... Zacznę więc na sucho. A w pierwszym rzędzie wyjdę od proporcji: To, co u nas, a tam, w Ameryce, ma się w stosunku... Właściwie to trudno go wyrazić, a szkoda, gdyż tego rodzaju porównanie daje zazwyczaj najpełniejszy obraz. Składający się zresztą z samych różnic. Choćby ta ogromna przestrzeń. U nas horyzont (także myślowy) zamyka się tuż, tuż, a tam - bezkres. U nas wszystko małe i ciasne. I przaśne! Gdy wróciłem tutaj, do swego M-5, to jakby mnie ktoś wepchnął do klatki. Poczułem się tam jak ptak. Tam oczywiście prze­malowany ptak! O, bez natrętnej analogii do Kosińskiego, którego lekturą bardzo się zresztą rozczarowałem. Ale, jeśli zmierzamy tym tropem, to rzeczywiście, każdy z nas, przybywający tam, do Stanów czy raczej do Eldorado, musi stracić barwne piórka i przysto­sować się do jednego koloru: zielonego! Bo jedynym miernikiem wszystkiego jest dolar! I w ten sposób z ornitologii przechodzi­my do codzienności. A ta zawsze osacza brutalnie. I rzadko kto wy­trzymuje zderzenie z rzeczywistością. Potworniejszej po wielokroć od najgorszych nawet wyobrażeń...
Wiedziałem, że mówię chaotycznie i z dala od głównego sensu, ale w Darku znajdowałem bardzo wdzięcznego słuchacza. On naprawdę chłonął każde moje słowo. W napięciu oczekiwał na kolejny opis i paralele. Byłem mu też bardzo wdzięczny, bo wszyscy moi dotych­czasowi słuchacze odnosili się do moich wypowiedzi ze stale ro­snącym dystansem. Oni najzwyczajniej nie chcieli mi wierzyć. Za­stanawiali się też, w jakim celu się zgrywam, stają, się zupełnie kimś innym, niż się spodziewali... Darek za to doskonale wyczu­wał stan mojego ducha, czemu dał niezwłocznie wyraz:
- I tu oto dochodzimy wreszcie do źródła mojego zdumienia, a właściwie przerażenia na twój widok, Kacper! Widok katorżnika!
- Pięknie - jak to u ciebie bywa - trafiłeś Darek. Bo to rze­czywiście najwłaściwsze słowo na określenie mojej sytuacji. Wi­dzisz, jawi się otóż paskudna analogia - w miejsce dawnej katorgi syberyjskiej, pojawiła się katorga dolarowa... Nie powiem, ja osobiście miałem, oczywiście od pewnego czasu, ułatwiony żywot, bo przecież zaprosiła mnie córka, ale los tych, którzy muszą obłędnie gonić za robotą, za jakimkolwiek zajęciem i pracują na czarno, a więc za półdarmo, albo jeszcze gorzej, jest nie do po­zazdroszczenia. Ile ci ludzie zaznają upokorzeń i upodleń, żeby cokolwiek zarobić, zarobić parę nędznych dolców, gdyż na tych biedakach bogacą się ci, co... Nie, nie znają bardziej zawodu czy są lepiej przygotowani, lecz posiedli największą sztukę - po­sługiwania się językiem! Myślę tu głównie o inteligentach - choć to określenie nie bardzo pasuje do kogoś, kto nie zna obcych ję­zyków - którzy tam bywają pomywaczami, kucharzami, o to już wielka szansa! Skorzystałem z niej i dogadzałem panu profesorowi, Polakowi zresztą z pochodzenia, ogrodnikiem (też nim byłem, a jakże!), opiekunami dzieci (rzecz miała się podobnie) i osób starszych, tyrają na budowach w najgorszych warunkach i za psie pie­niądze. To właśnie w Houston wdałem się w pogawędkę z jednym z na­szych i usłyszałem to złowieszcze słowo: szczuropolacy...
- Sądziłem, że wymyślił je Edward Redliński, pełen wszak zawsze ciekawych inwencji słowotwórczych?
- Nie zapominaj, że był także dociekliwym reportażystą... Dzwonek u drzwi przerwał brutalnie moje wynurzenia. Darek też się skrzywił na intruza:  
- Nie ma nic gorszego,  jak gość nie w porę. Przy tym natarczywy... Dlaczego, Kacper, nie idziesz otworzyć drzwi? Dziwi mnie, że jesteś tak cierpliwy. Jak w ogóle możesz nie reagować na tak ostry sygnał?
- Bo zdaje się,  że wiem, kto tak bardzo chce się ze mną zobaczyć, źle mówię - nie zdaje mi się, wiem na pewno kto naciska klawisz dzwonka - głębiej zapadłem w fotel i zająłem pozę klienta poczekalni. Darek dorzucił z wyrzutem:
- Więc dlatego zwlekasz z otwarciem. Ależ nachalny...
- Podzwoni sobie i niebawem pójdzie. Oczywiście - tu ubiegam two­je pytanie - że wie doskonale, iż jestem w domu, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, że nie spieszno mi do jego widoku. Oj, bardzo nieśpieszno!
- Zadziwiające coraz bardziej... czego też chce ten tam?
- Naprawdę, nie domyślasz się! Po prostu dowiedzieli się o moim powrocie z Ameryki. Słusznie, z Eldorado! No i chcą cos urwać z for­tuny, ze Złotego Runa! Bo są przecież święcie przekonani, że wróci­łem bogaczem... Wróciłem bogaczem... - naraz spostrzegłem, że Darek tężeje, zaczyna się następnie wiercić niespokojnie i zupełnie bez­sensownie. Reflektuję się też: - Darek, ciebie przecież te słowa w żadnym razie nie dotyczą. Absolutnie w żadnym! Przysięgam! W każdym razie nie bierz tego do siebie. I nie w ten sposób kojarz moje sło­wa i zachowanie. Ach, ta twoja nadwrażliwość!  Darek, druhu mój, ty jesteś poza wszelkim...
- Uspokój się, Kacper, nie biorę tego do siebie, skądże, tylko bardzo mnie ciekawi, z jakimi propozycjami przychodzi ten ktoś. Może to przeczucie wielkiego zdarzenia, w jakim przyjdzie mi uczestniczyć?
Odetchnąłem z wielką ulgą. Jednocześnie skarciłem się, że przez moment zwątpiłem w szlachetność mojego przyjaciela. Otrzymałem więc kolejny sygnał, że ze mną dzieje się coś niedobrego, a obja­wia się to jakąś przykrą nadpobudliwością. Zanadto się najeżam w oczekiwaniu ataku, który przecież nie następuje. Poza tym ciekawe jednak, co też miał na myśli mój serdeczny gość w tym zastanawia­jącym: „Może to przeczucie wielkiego zdarzenia?” Cóż, wszak wielokrotnie przekonywałem się, że Darek obdarzony jest wręcz proroczymi właściwościami. Z drugiej strony, nie pozwolę się namówić, żeby wpuścić natręta. Niepotrzebny był nam trzeci. Powiedziałem więc do Darka:
- Tacy, jak ten tam, zaczynają niczym sępy kołować... W pierwszym rzędzie chcą pożyczyć jakieś te głupie - według nich 10 tysięcy dolarów. Następnie rzucają olśniewającą (niby mnie!) myśl założenia wspólnego interesu... Powiedz mi, Darek, dlaczego mam się z nimi dzielić. Dlaczego bez wysiłków, wyrzeczeń i kosz­tów, mają stać się udziałowcami jakiejś firmy?!
- Po prostu myślą, że tam, za Oceanem, dolary można pozyskać tak łatwo, jak liście z drzewa. Drzewa Dobrego i Złego... Pewnie stąd się to u mnie wzięło, że tak Biblia, jak i Mitologia, dostar­cza… Ale dajmy temu spokój. Lepiej powiedz mi, Kacper, kto to jest ten tamten? Czyżby....?
- Tak, trafnie się domyślasz, to Zenek!
- A więc jednak Zenek! Ten niebieski ptak, z którym onegdaj prowadziliście „twarde męskie” życie?
- Właśnie, właśnie, niebieski ptak, uczulony na dotyk ziemi...
- Nigdy się jakoś nie mogłeś do niego przekonać. Nie dociekam je­dnak i tym razem twoich uprzedzeń. A tymczasem z Zenkiem bywało czasem zupełnie fajnie, miewał zwariowane pomysły. Inteligentna bestia, tyle, że lekkoduch. I czasem też ladaco...
- Lepiej już raczej ciągnij swoją „story” - Darek dał za wy­graną, czynił to jednak niechętnie, cos w nim bowiem nadal tkwi­ło ze spodziewanego „zdarzenia”...
- Dziękuję ci, może później ci to bliżej wyjaśnię... Otóż ja mogłem, ma się rozumieć, czyli poniewierki i pomiatania, uniknąć, ponieważ moja córcia, nie pozwalała mi na podjęcie jakiegokolwiek zatrudnienia... Dzieci przecież nigdy nie wiedzą, że ojciec chce dla nich dobrze. A od bezczynności można zwariować. Poza tym ni­gdy nie byłem na czyimś utrzymaniu, to ja raczej je zapewniałem. A poza tym bilet kosztował mnie prawdziwą fortunę. Z uzyskaniem wizy też miałem kłopoty. Musiały się więc choćby zwrócić koszty... I tu dochodzę do tego, od czego powinienem właściwie zacząć moją opowieść, która sprawiła,  że cię, mój ty przyjacielu, zamurowało, gdy mnie wreszcie odnalazłeś po powrocie zza Wielkiej Wody... Ka­sia - i tu też uprzedzam - pracuje u swego ojczyma. Zajmuje się komputerową obsługą jego instytutu...
- Kasia i komputer?!
- Tam to naturalne, że muzyczka, zapis nutowy... Może troszkę ina­czej: klawiaturę fortepianu zastąpiła klawiatura komputera. Z do­skonałym pożytkiem dla siebie i dla swego szefa, którym faktycz­nie jest jej matka!
- A twoja była, pierwsza zresztą, żona.
- Zawęźla się to nieprawdopodobnie...
- W sumie fascynująco. Potwierdza się, że życie samo pisze naj­lepsze scenariusze, a propos, nie myślałeś o napisaniu o tym wszystkim, skoro los sam ci dostarcza osnowy na intrygującą powieść? Już nawet raz w naszej  rozmowie padł jej tytuł: „Wróciłem bogaczem!”
- Zaczyna to, w rzeczy samej, brzmieć nieprawdopodobnie. A to tymczasem zaledwie cząstka mojej gehenny... Natomiast, co do twojej propozycji pisarskiej, Darek, to oczywiście, że spożytkuję litera­cko moje istotnie niezwyczajne perypetie, ale to nastąpi chyba póź­niej, bo nie wiem po prostu, jeśli przeznaczenie dyktuje mi bibliografie, w którym momencie owej powieści się aktualnie znaj­duję... Ale wracajmy na ziemię, tak, amerykańską ziemię. Na począ­tek zająłem się edukacją przyrodniego braciszka Kasi. Chłopca zre­sztą rezolutnego... Później, by nie wikłać się w okoliczności, zo­stałem ogrodnikiem (zawsze z moją żoną w tle, ujmującym tle, bo z basenem, domkiem letnim, ze wspiętymi wysoko sosnami i pilnie strzyżonym przeze mnie trawnikami), następnie zaś... Przy powtórnym spot­kaniu opowiem coś więcej,  i jeszcze więcej...
- Rozumiem cię, Kacper, tego naraz nie da się połknąć.
- I przetrawić! Dodam tylko, że poddany niebywałej próbie, wy­trzymałem jednak to piekło. Mało tego, odnalazłem się wewnętrznie i okrzepłem duchowo. Dystans czasowo-przestrzenny ułatwił mi ponadto dokonanie rozliczenia z dotychczasowym życiem. I wyłącznie w tym sensie wróciłem stamtąd bogaczem! I naprawdę trafnie uchwyci­łeś tytuł ewentualnej książki.
- Jednym słowem, zdobyłeś prawdziwy i trudny do oszacowania skarb... Dla odmiany powiedz coś może o tym zwariowanym tempie, ek­stra fachowości amerykańskiej?
- Jak już mówiłem, tam chodzi o to, aby złapać jakąkolwiek ro­botę, niezależnie od tego czy się ją zna czy nie! Kiedy ktoś z wykształceniem humanistycznym zabiera się do układania takiego na przykład parkietu czy płytek ceramicznych kominka, to z góry wia­domo, co z tego wyjdzie. Rozpędziłem więc partaczy. Kasia w krzyk, że co sobie wyobrażam... Zmieniła zdanie, kiedy sam wziąłem się do solidnego mocowania klepek, utwierdzania ceramiki... Tu, Darek, winien jestem ci pewną dygresję. Kiedyś jeszcze przed studiami, na które nie mogłem się dostać... No, wiesz już wszystko o Albinosie - Jasiu Szczęsnym... Otóż wtedy pracowałem na przetoku kolejowym. Ponieważ pieniążki wyciekały zawsze o wiele za szybko, dodatkowo zatrudniałem się wraz z Zenkiem, bo czasem do mnie dołączał i w tym charakterze, u cieśli i cykliniarzy... No, mniejsza z tym, wte­dy w każdym razie ułożyłem w domu córci wszystko jak należy. Wypa­dło to też imponująco. Ona zaś nagrodziła mnie najwyższym uznaniem określając go jednym słowem: majstersztyk! Prawda, Darek, że pię­knie i jakby skądś znajomo to brzmi?!  I w ten sposób podreperowa­łem sobie autorytet. I ten właśnie moment uważam za jeden z lep­szych. Nie tylko podczas pobytu w Stanach, ale i całego życia!

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

zloty motocyklowe