Anna Błachucka - Izol

Izol pojawiał się na zajęciach sporadycznie i to na tych jedynie, na których musiał. I gdyby nie metoda projektów, nigdy by się pewnie nic nie wydało, bo zdolny był jak sam Banach. Zaliczał nie ucząc się wcale i prawie nie chodząc na zajęcia. Na trzecim roku studiów rozpoczęła się praca w grupach. Studenci znali się już dobrze i według sobie tylko wiadomego klucza wchodzili w różne tematy i składy osobowe. Tym razem też tak było. Wszyscy już się "ukonstytuowali" i podzielili kto? co? kiedy?, gdy na salę wpadł Izol, a właściwie wtargnął. Wykładowca popatrzył na niego, dostrzegł zapewne niestaranność stroju, fryzury, bladość twarzy, nie mówiąc o braku właściwych na tę okoliczność zwrotów grzecznościowych i zapytał:

- No i co ja mam z panem zrobić, panie Mariuszu?

Patrzyliśmy wszyscy na kolegę, który wszedł z opakowaniem pizzy i czekaliśmy co się wydarzy. Zapach "neapolitańskiej" rozchodził się szybko. Wciągaliśmy nosami aromat i odruchowo przykładaliśmy dłonie do brzucha. Głód się odezwał. Sprawdzaliśmy czas na komórkach. Dochodziła czternasta. Wykładowca skubał brodę i mruczał coś o sterze, żeglarzu, okręcie... Potem zaczął:

- Mam tu jeszcze jeden temat, ale nie słyszałem nigdy, żeby jedna osoba stanowiła grupę. Może któryś zespół pana przyjmie? Niech pan poprosi. Rozszerzymy jakiś punkt.

Izol oczywiście nie poprosił, to znaczy nie powiedział ani słowa, ale wzrokiem prawie błagał, żeby go przyjąć. Po kolei, jak w jakimś przećwiczonym dobrze scenariuszu teatralnym spuszczaliśmy wzrok, a nawet całe głowy opuszczaliśmy w dół. Wreszcie wykładowca niby to zaproponował, ale tak, że odmówić nie wypadało i powiedział w naszą stronę:

- W czwartym zespole same panie... Temat trudny, a pan Mariusz głowę ma tęgą. Zgadza się pan? Panie coś wymyślą. Ja podpowiadam czwarty punkt projektu. Fizyka i matematyka...

I nawet nie czekał na naszą zgodę, ani na zgodę pana Mariusza, tylko zebrał papiery i skierował się do wyjścia. Izol podszedł do naszego stolika. Pozostali pakowali się w pośpiechu. Może chociaż poczęstuje pizzą - pomyślałam. Ale kiedy podszedł bliżej odechciało mi się poczęstunku. Przez zapach włoskich aromatów przedarł się smród niemytego ciała i niezmienianej odzieży. Wymieniłyśmy spojrzenia. Ala, pierwszy rezolut grupy odpaliła:

- Słuchaj Izol, odezwij się jutro. Dzisiaj bardzo się spieszysz, prawda? My usiądziemy w akademiku i coś ci odkroimy z projektu. Dobra? Wiesz, gdzie mieszkamy?

- Wiem. Jutro wpadnę.

I tyle go widziałyśmy. Ani jurto, ani pojutrze, ani za tydzień. Zbliżał się termin oddania projektu, a Izol się nie pojawił. Zrobiłyśmy za niego co trzeba, a faktycznie musiałyśmy poprosić o pomoc kolegę, który funkcje trygonometryczne miał wykute na blachę. Sporządziłyśmy opisy i pierwszą stronę z naszymi danymi. Tam też, w jednej z rubryk trzeba było wstawić po jakiegoś czarta PESEL i własnoręcznie podpisać się.

- Po co ten PESEL? - pytałyśmy jedna drugą.

Spróbowałyśmy oddać projekt bez jego danych, ale asystent nie przyjął. Postanowiłyśmy, że go odnajdziemy. Niech się chociaż podpisze i poda ten numer. Szukamy więc. Nikt nie wie gdzie on mieszka. W dziekanacie powiedzieli, że informacji o jego czasowym miejscu zamieszkania nie mogą nam udzielić, bo nie gromadzą takich danych.

- Dziewczyny, może na policję trzeba to podać? - służbowo stwierdziła sekretarka, bo jakby co, (tu spojrzała wymownie zza okularów) to mogłoby być na nas. Ledwie ją uspokoiłyśmy, choć w nas również niepokój narastał.

W sobotę poszłyśmy na pizzę. Gadamy o tym projekcie, obmyślamy sposoby dotarcia do Mariusza. Na pierwszym roku go nie było. Pojawił się dopiero na drugim. Od razu był Izol. Kto go tak trafnie nazwał? Zawsze sam, zawsze spóźniony, albo nieobecny. Studia od drugiego roku rozpoczął też Krzysiek. Do niego trzeba iść. W pewnej chwili rozmowa ucichła. Dziewczyny porozumiewawczo mrugają. Nie wiem co się dzieje. Odwracam się. Przy barze stoi Izol. Barman podał mu pizzę i dwie butelki napoju, ten nawet nie zapłacił, tylko odwrócił się i wybiegł.

- Zanim! - krzyknęła Anka.

Poderwałyśmy się w cztery. Jolka została, żeby uregulować rachunek. Idziemy, a właściwie biegniemy. Już nawet nie mamy siły kryć się za drzewami, czy słupami, bo idzie bardzo szybko. Izol kieruje się w stronę osiedla. Wpada do bloku i po dwa schodki pokonuje wysokość czwartego piętra. My zdyszane naradzamy się co zrobić. Anka rozkazuje, żebym to ja poszła i zbadała sprawę, a one będą na tyłach. Chcę wsparcia. Dołącza Ala. Akcja jak w filmie o gangsterach. Nasza "broń" to komórki, no i szybkość w nogach.

Pukamy. Nikt nie odpowiada. Boję się. Pod drzwi podchodzą dziewczyny. Nacisnęłam leciutko klamkę. Drzwi ustąpiły. Do naszych uszu dotarły głośne komendy:

- Ustaw się u góry! Pal! Co się gapisz idioto! Ty z prawej! Padnij! Padnij, kretynie! No nie, co za debil!
W przedpokoju półmrok. Ala krzyczy:

- Halo jest tu kto?

Nikt nam nie odpowiada, tylko jakieś ryki i wrzaski dochodzą z pokoju. Otwieram drzwi. Smród! Pokój zarzucony plastikowymi butelkami po napojach. Jakby wzdęte fale najbardziej zanieczyszczonego morza zastygły na moment i pozowały do zdjęcia. Na parapecie okiennym całe sterty opakowań po pizzie, aż szyb nie widać. Jakby kto żaluzje zaciągnął. Przed komputerem siedzi Izol i rozgrywa jakąś batalię. Krzyczy, komenderuje, wzywa do boju...

Ala szarpie go za ramiona. Izol odwraca się. Wrzeszczy, jakbyśmy były głuche:

- Jak śmiecie mi przerywać! Won! Won, bo nie ręczę za siebie!

Wyglądał przerażająco. Jak w jakimś amoku. Wzrok nieprzytomny, usta gotowe wypowiedzieć każde straszne słowo. Chyba nas nawet nie poznał. Wycofałyśmy się z pokoju i mieszkania najszybciej jak tylko mogłyśmy, prawie skacząc po schodkach.

W poniedziałek Ala powiedziała o wszystkim opiekunowi roku. Nie wiedziałyśmy co dalej robić, więc w ten sposób zrzuciłyśmy z siebie odpowiedzialność. Zajęłyśmy się swoimi sprawami. Wykreślono go z projektu. Oblał rok. Pozostał jakiś niesmak. Nie czułyśmy się z tym dobrze, ale nie umiałyśmy zareagować lepiej, godniej.

Studia przeszły i życie nabrało cech codzienności. Praca, dom, dzieci... Po dziesięciu latach od zdarzenia kupujemy z mężem dla naszego synka grę edukacyjną. W domu czytam opis. Autor gry... Mariusz? Izol? To niemożliwe. A jednak. Kilka telefonów do koleżanek ze studiów i już jestem pewna. Izol jest autorem tej gry edukacyjnej i wielu innych.

Zadzwoniłam pod numer podany do kontaktu. Wywiązała się krótka rozmowa. Zdarzenie, o którym piszę zapamiętał, ale ze względu na jego ciąg dalszy. W zdenerwowaniu nie zamknęłyśmy drzwi od mieszkania i ktoś podał na policję, że właśnie toczy się tam bójka. Przyjechała policja i jeden praktykant tak się zainteresował grą, że zawrócił po interwencji i został u niego do rana. Teraz są wspólnikami.

- Ja nie mam głowy do interesów. Ja wymyślam, on załatwia resztę. Tak naprawdę, to miałem szczęście, że wtedy mnie namierzyłyście. Znalazłem przyjaciela. To ja cię przepraszam, was przepraszam. Dyndałem na tych studiach, zamiast się uczyć. Podaj adres, wyślę twojemu synkowi coś ekstra.

- Jesteś genialny, twoje gry są rewelacyjne, uczą i bawią - powiedziałam. - Gdzie nabyłeś taką wiedzę?

Zaśmiał się i odpowiedział:

- E tam... Zaraz genialny. Geniuszem był dla mnie Edison. Do szkoły chodził podobno tylko trzy miesiące.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

zloty motocyklowe