Bogusław Mucha - Tajemnica Śmierci w Wenecji

Nazwisko Tomasza Manna (1875–1955) – najwybitniejszego prozaika niemieckiego pierwszej połowy XX wieku –  kojarzy się przede wszystkim z jego intelektualnymi powieściami: kroniką świetności i upadku czterech pokoleń rodziny kupieckiej – Buddenbrookowie (uhonorowaną Nagrodą Nobla) oraz z Czarodziejską górą – ukazującą obraz duchowego kryzysu Europy w przededniu pierwszej wojny światowej. Mniej znany jest natomiast Mann jako autor kilkudziesięciu nowel i opowiadań, z których największą sławę zyskała Śmierć w Wenecji (1912), przełożona na wiele języków obcych (w tym na turecki i japoński) i zekranizowana przez Luchino Viscontiego (1971).


Geneza wspomnianej noweli wiedzie nas do znanej z plaży i kąpieliska o światowej sławie wyspy włoskiej Lido – należącej administracyjnie do Wenecji (Lido di Venezia). Było to miasto od dawna bliskie i drogie Mannowi, niemal w takim stopniu jak rodzinna Lubeka. Nie po raz pierwszy i ostatni opuścił ją wraz z żoną Katią, udając się w połowie maja 1911 roku do słonecznej Italii. Pisarz chciał w ten sposób poratować swoje zdrowie oraz zrealizować wcześniejszy zamysł stworzenia dzieła o historii namiętności sędziwego Goethego do młodziutkiej Ulryki von Levetzow. Rychło jednak porzucił ten zamiar na korzyść opracowania wątku o homoerotycznych inklinacjach pisarza do młodego chłopca i wysunięcia na plan pierwszy motywu „zakazanej" miłości.
Taki pomysł literacki pojawił się nagle i niespodziewanie. Oto bowiem wśród licznych wczasowiczów przebywających na Lido di Venezia znalazła się także polska rodzina arystokratyczna, składająca się z pięknej i dostojnej matki, trzech kilkunastoletnich córek, jedenastoletniego synka oraz towarzyszącej im guwernantki. Mojemu mężowi – napisze później w pamiętnikach żona Katia – od razu wpadł w oko czarujący, prześliczny, mniej więcej trzynastoletni chłopiec. Był nim zafascynowany i dość często o nim myślał . On właśnie stanie się bohaterem noweli Śmierć w Wenecji, napisanej już po wyjeździe z Włoch. W liście do profesora literatury niemieckiej, Filipa Witkopa, Mann pisał dnia 18 lipca 1911 roku: siedzę po uszy w robocie; dziwaczna historia, którą przywiozłem z Wenecji. Nowela poważna i czysta w nastroju, osnuta wokół miłości starzejącego się artysty do małego chłopca. „Hm, hm!" – powiada Pan. Ale rzecz jest bardzo przyzwoita .
Tym chłopcem był obserwowany przez Manna w hotelu i na plaży Tadzio. Gwoli ścisłości należałoby wyjaśnić, że zafascynowany małym Polakiem pisarz niemiecki miał kłopoty z ustaleniem rzeczywistego jego imienia. Zauważył, że siostry i matka wołały nań pieszczotliwie „Adzio" lub „Adziu". Nie znający języka polskiego Mann konsultował się później w tej sprawie z zamieszkałą w Monachium malarką rosyjską Olgą Meerson. Ta ustaliła, iż prawidłowe imię chłopca powinno brzmieć „Władzio" lub „Tadzio". Nowelista wybrał tę drugą ewentualność. Jak się później okaże – błędną.
Wspomniany utwór ma jeszcze innego głównego bohatera. Jest nim pięćdziesięcioletni pisarz niemiecki Gustaw von Aschenbach. Biografowie Manna nie mają wątpliwości, że jego prototypem był podziwiany przez niego kompozytor austriacki i dyrygent – Gustaw Mahler, zmarły właśnie wtedy, 19 maja 1911 roku. Pisarz zapożyczył od niego dla swej literackiej postaci imię oraz pewne cechy fizyczne (brunet, średniego wzrostu, o za dużej głowie w stosunku do drobnej postury).
Równocześnie jednak uczeni dowodzą, że prawie każdy bohater Manna jest „synkretyczny"; stanowił bowiem zbitkę kilku postaci prawdziwych, będąc jednocześnie w pewnym stopniu autoportretem twórcy. Tak stało się i tym razem. Chodzi nie tylko o to, iż obydwaj są pisarzami, ale przede wszystkim o inną ich wspólną cechę – homoerotyzm, nie mający jednak nic wspólnego z pedofilią. Biografowie zwracają uwagę na chłopięcą miłość Manna do kolegi szkolnego Armina Martensa oraz na pociąg erotyczny do malarza Paula Ehrenberga, któremu zadedykował dziewiątą część powieści Buddenbrookowie. Podkreślają też fakt, iż zainteresowania pisarza homoerotyzmem wiązały się również z istotą jego estetycznego przeżywania świata: skłaniała go ona do afirmacji namiętności homoerotycznej, jeśli namiętność ta współistniała z twórczością artystyczną lub jej towarzyszyła .
Zatrzymajmy się przy kreacji Aschenbacha. Jego uporządkowane dotychczas życie zostaje zburzone od chwili ujrzenia chłopca o niebywałym wdzięku. Ze zdumieniem zauważył Aschenbach, że chłopak jest skończenie piękny. Twarz jego zamknięta, blada i pełna wdzięku, otoczona włosami barwy miodu, z prostolinijnym nosem, miłymi ustami, z wyrazem uroczej i boskiej powagi, przypominała rzeźby greckie z najszlachetniejszej epoki i przy czystej doskonałości formy posiadała tak niepowtarzalnie osobisty czar, że widz miał wrażenie, iż ani w naturze, ani w plastycznych sztukach nie spotkał nic równie szczęśliwie udałego .
Skojarzenia z realiami kultury greckiej nie są tutaj przypadkowe. Rozmiłowany w sztuce antycznej Aschenbach widzi w Tadziu efeba – urodziwego młodzieńca greckiego. Swoje trudne do okiełznania uczucia sublimuje w rozważaniach literackich nawiązujących do dialogu Platona zatytułowanego Fajdros. Traktuje on o miłości do chłopców, która jest według tegoż filozofa najwyższym i najszlachetniejszym uczuciem. Tego rodzaju teoria miłości  korespondowała z podobną tematyką u Manna. Aschenbach przyrównuje Tadzia do Fajdrosa i w  wyobraźni rozmawia z nim o potędze Erosa, a na usta ciśnie mu się wyznanie miłosne niedorzeczne, niegodziwe i  śmieszne, a jednak święte(...) „Kocham cię!" (s. 248)
Starzejący się pisarz na próżno usiłuje uciec od tej miłości. Chociaż energicznie przygotowuje się do opuszczenia Lido, to jednak pod byle pretekstem powraca do hotelu. W beznadziejnym zaślepieniu wszędzie obserwował swój „ideał". Chodził za nim po Wenecji, płynął w ślad za jego gondolą, śledził go podczas zabaw na plaży i w hotelu przy posiłkach, a to podziwianie i studiowanie uroczego zjawiska, ta właśnie nieodstępność szczęścia(...) napełniała go zadowoleniem i radością życia... (s. 235–236). Aschenbach posuwał się nawet do tego, że farbował u fryzjera włosy, czernił wąsy, różował policzki i malował usta, byleby zmniejszyć dystans fizyczny między nimi. Wszystko na próżno. Tadzio świadomie lub podświadomie nie roznieca w swym wielbicielu iskry namiętności. Między nimi nie pada ani jedno słowo. Pisarz obserwuje swoje bożyszcze tylko z oddali, zdając sobie sprawę, że chłopiec jest pod nieustającą kontrolą swojej rodziny i guwernantki.
Platoniczne uczucie Aschenbacha zawładnęło nim do tego stopnia  samounicestwienia, iż bohater nie zauważał, co się wokół niego dzieje i zdawał się nie dostrzegać wczasowiczów opuszczających w popłochu Wenecję. Dopiero jeden z turystów uświadomił mu, że miasto opanowane jest przez epidemię cholery i zbiera obfite żniwo. (Dodajmy, że w roku 1911 istotnie szalała w Wenecji cholera przywleczona z Indii). Ostrzeżony pisarz nie opuszcza jednak Lido, przykuty do tego miejsca zniewalającym czarem Tadzia. W dniu, w którym Polacy wyjeżdżają z miasta, Aschenbach umiera na plaży, wodząc oczami za Tadziem żegnającym się z morzem. Jego odejście „do wieczności" pojmuje się jako symbol agonii kultury europejskiej oraz zwycięstwa rozpasanego libertynizmu i pierwotnych instynktów, dzikich wizji nad uporządkowanym, chłodnym racjonalizmem .
Historia tajemniczego Tadzia ma jeszcze ciąg dalszy, dopisany już nie przez Manna, ale przez życie. Wbrew pozorom nie jest to postać fikcyjna, jak mógłby sądzić czytelnik. Wprawdzie autor nie podał w swej noweli jego nazwiska, ale on sam bez trudu się zidentyfikował z literackim Tadziem. Był nim baron Władysław von Moes, potomek niderlandzkiej szlachty, czujący się wszakże stuprocentowym Polakiem. Około roku 1923 na balu w Warszawie dowiedział  się w tańcu od Gabrielli Czosnowskiej, że wszedł do literatury. Za jej radą zakupił wydaną wówczas w przekładzie polskim nowelę Śmierć w Wenecji, aby w trakcie tej lektury z najwyższym zdumieniem odnaleźć niemal fotograficznie dokładną kronikę swego – wraz z rodziną –  pobytu na Lido w 1911 roku .
W przyszłości Tomasz Mann nie podjął starań o odnalezienie faktycznego pierwowzoru swego Tadzia, chociaż niewątpliwie znał jego nazwisko z czasów wenecjańskich. Natomiast sam Moes  w dziewięć lat po śmierci pisarza  w liście do jego żony potwierdził swą identyfikację z młodocianym bohaterem jego noweli. Nieco później, w roku 1965, w jednym z czasopism niemieckich wyznał publicznie: Ja byłem Tadziem Tomasza Manna!
Wiemy też, że towarzysząca rodzinie guwernantka  nazywała się Irena Drozdowska i w latach siedemdziesiątych mieszkała w Warszawie. Zapamiętała, że zainteresowanie Władziem ze strony pisarza było tak widoczne, że jego zaniepokojona matka nie pozwalała nawet na chwilę oddalać się synowi. Zauważył to także sam pisarz, nadmieniając w noweli, że odwoływano Tadzia z jego pobliża, starając się go trzymać z dala od niego .   
W okresie międzywojennym Władysław Moes był właścicielem majątku i stadniny koni. W kampanii wrześniowej 1939 roku uczestniczył jako kawalerzysta. Później dostał się do niewoli niemieckiej i przez pięć lat przebywał w obozach jenieckich. Po zakończeniu wojny służył w angielskiej armii okupacyjnej. Później powrócił do Polski, ale przez długi czas nie mógł dla siebie znaleźć pracy. Wykorzystując jednakże swe arystokratyczne koneksje otrzymał stanowisko sekretarza poselstwa irańskiego. Służbę dyplomatyczną zakończył po piętnastu latach. Zmarł w roku 1986 w krakowskim mieszkaniu przy ulicy Smoleńsk. Przez biografów Tomasza Manna został zapamiętany z trzynastodniowego pobytu w Wenecji jako skończenie piękny Tadzio.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

zloty motocyklowe