Pere Lachaise założony w roku
gdy Pierwszemu znudziło się być konsulem a zechciało cesarzem
przeszło dwieście lat póżniej błądzę po pustych alejkach
nie umyka moim oczom skromny pogrzeb nie śmiech podchodzić
las nagrobków skrywa czerń
żałobników odchodzę  powoli
dotykam o nieszczęsny zgniłozielone  wytarte krocze
Oscara Wilda w pięknie skrojonym garniturze
dandysa ponoc ten gest wpływa
na udane życie seksualne a dziękuję

Szli kibole do boju na stadionie Lecha
w opętańczym nastroju wielbiąc Pirotecha.
Pirotech - bóg kiboli, potężny zaiste
rozsiewa ciemne dymy i race ogniste.
Dzieło destrukcyjne sportowego drania
pirotechnicznie niszczy sportowe spotkania.

 

coraz częściej uciekam do kryjówek z  dzieciństwa. tylko
w nich czuję się bezpieczny. przywołuję je w pamięci jak kolorowe
szkiełka przez które podglądałem świat. wtedy i on stawał się
bardziej kolorowy. dziś próbuję je odnaleźć. szukam po wszystkich
zapomnianych zakamarkach ale daremnie. widzę tylko szare
twarze zmęczonych okien a za nimi wyrośnięte dzieci wciąż
bawiące się w wojnę. spoglądam na ich zacięte miny kiedy
w jednej ręce trzymają plastikowe modele bombowców a w drugiej
pluszowe misie z powyrywanymi językami i wydłubanymi
oczkami. wtedy pragnę skryć się jak najgłębiej

jutro już się zaczęło. a tak długo je przekładałem. z półki
na półkę. z szuflady do szuflady. zawsze
mówiłem że mam jeszcze czas. to dopiero
jutro… odległe jak niemal nigdy.
a więc co stało się z dzisiaj ? boję się otworzyć
drzwi bo po drugiej stronie może mnie już nie być
a po tej wczoraj pachnie chłodem. siedzę skulony w kącie
pokoju. wiem że nie pomoże zrywanie kalendarzy
ze ścian i obgryzanie paznokci. jutro

coraz częściej to ja jestem pisany swoimi wierszami. nie
pytają mnie o zgodę. wydzierają mi komputer i bawią się
słowami. czasem wysyłają się do moich znajomych
podszywając za mnie. innym razem
lądują w pocztach redakcyjnych by następnie przeglądać się
w stronicach pism literackich. w nocy budzi mnie
ich chichot gdy przychodzi im ochota
po raz kolejny zadrwić ze mnie. kiedy indziej
opowiadają mi do znudzenia swoje dzieciństwo i zapomniane
miłości. moje wiersze piszą mnie

uczę się oswajać umarłych. głaszczę ich pod brodą
jak kota drapię za uchem. tak tak powtarzam już niedługo
jeszcze tylko posprzątam po sobie pozamiatam dopiszę
kilka wierszy. zrobię porządek podopinam sprawy
nie cierpiące zwłok. umarli się niecierpliwią. ileż można
czekać. tłumaczę że to tylko chwila w porównaniu
z wiecznością która spędzimy razem. umarli
przychodzą nocą we snach. coraz bardziej

coraz częściej myślę o niebie. co jest w nim tak
magicznego że warto dla niego poświęcać
świątynie naszych drobnych grzechów. wyrzucać  
do kosza na śmieci stare nawyki i nowe
labirynty złudnych uniesień . często we snach widzę
niebo na szczycie wielkiej góry która jest jednocześnie
zachodem i wschodem życia dokąd prowadzi wiele
szlaków. trudnych ale przecież do przejścia. zawsze
podczas takich wędrówek napotykałem Boga. wierzę

we śnie przyszedł do mnie ojciec. stanął przy łóżku i długo
wpatrywał się w moją twarz  jakby sprawdzał czy sen mam
spokojny i oddech. wyciągnąłem do niego ręce ale on odszedł
po raz kolejny. znów nie zdążyłem powiedzieć mu
jak bardzo go kocham. chciałem biec za nim ale rzeka zagrodziła
mi drogę. jeszcze nie było mostu po którym mógłbym przejść
na drugą stronę.

nauczyłem się ludziom wybaczać ich grzechy i swoje.
to trudna szkoła tolerancji i wielokrotne powtarzanie
klas. ćwiczenia z budowania przyjaznych gestów oraz
egzaminy z akceptacji. najpierw jednak trzeba pokochać
siebie. wybaczyć temu w lustrze. Bóg przecież stworzył nas
na swoje podobieństwo. musiał wybaczyć sobie