Christian Medard Manteuffel - Słony smak późnych fiołków

Dzień zaczął się od bólu w piersi. Ból zgiął Marka wpół i odebrał mu siłę na podniesienie się do pozycji pionowej. Położył się więc ponownie na łóżku z podkurczonymi nogami i rozcierając pierś lewą ręką, prawą odszukał w kieszeni marynarki wiszącej na krześle dozownik z nitrogliceryną w aerozolu. Zbliżył ją do otwartych ust i nacisnął krótko dwukrotnie; w oczach zrobiło się jaśniej i znów doznał tego znajomego uczucia uwolnienia klatki piersiowej z krępującego oddech ucisku.

Wziął prysznic. Otrząsnął głowę z zimnego tuszu, zmienił na ciepły, raz jeszcze zimny i znów ciepły. Po kąpieli spojrzał jeszcze do lustra na swój siwiejący zarost, ale zrezygnował ze strzyżenia. Był dopiero wrzesień. Ale na dworze zrobiła się brzydka, jesienna aura. Zdjął uciskającą gardło koloratkę. Założył ciepłą flanelowa koszulę, a na nią jedynie marynarkę; więc to jeszcze nie tym razem, pewnie podniósł się zbyt gwałtownie i stąd ten ból.    

Tydzień kończył się, kończył się czas, który Marek przeznaczył na pobyt w tym nadwiślańskim kurorcie. Jednak nie sanatoria, nie kąpiele solankowe ani borowinowe przywiodły go znów tutaj po trzydziestu latach.  Zamieszkał w małym hoteliku przy bocznej uliczce. Każdego dnia już około siódmej w hotelowej restauracyjce Ola, kruczowłosa ukraińska dziewczyna, zdejmowała plastikowy klosz z przygotowanego posiłku. Wymieniali krótkie uśmiechy. Gdy Marek skończył jeść Ola zabierała naczynia na zaplecze, a zanim Marek pojawiał się ponownie w holu, dziewczyna przeistaczała się w recepcjonistkę. Siadała za kontuarem recepcji przed otwartą księgą rejestru gości. To przeistoczenie następowało dokładnie w tym czasie, gdy Marek po śniadaniu szedł jeszcze na górę, aby się ubrać stosownie do pogody i schodził, aby oddać klucz. Był jedynym gościem hoteliku; rejestr był otwarty na tej samej stronie, na której wpisane było jego nazwisko i tylko jego klucz w gablocie był dwa razy dziennie wyjmowany i zawieszany. Podobnie było wieczorem, gdy wracał z włóczęgi po miasteczku i okolicy. Ola dostrzegała go natychmiast, gdy wracał ponieważ melodyjny długi gong oznajmiał wejście gości. Wtedy przechylona przez kontuar sięgała z gabloty klucz z numerem „11” i znakiem głowy informowała go niezmiennie, że nie, że nie było żadnego telefonu, że nikt nie przychodził, że nikt nie pytał.

Marek wychodził z hotelu dwa razy dziennie; dwa razy dziennie wybierał sobie inną trasę, szedł innymi ulicami, a mimo to dwa razy dziennie przechodził obok tego samego domu obszczekiwany przez dużego psa. Tę bramę otwierał niegdyś wielokroć i nie miał wątpliwości, że to ta sama, co przed trzydziestu laty; dziś odpryski zdradzały, że kilka warstw farby zmieniły jej kolor, ale nie zdołały one zamaskować chropowatej patyny lat. Jedna zmiana uderzyła go już za pierwszym razem; w narożnej części domu teren został obniżony, a w ścianie suteryny wykuto wjazd do garażu z wrotami pomalowanymi na zielono, prawdopodobnie ta samą farbą, co bramę wjazdową i furtkę. Kiedyś za tą ścianą, której nie ma, była biblioteka.

Marek przechodził tą bramą po raz ostatni wiosną 1978 roku. Wcześniej bywał w tym domu niemal codziennie. Oprócz niego przechodziło tędy jeszcze trzech młodych poetów: jeden z nich był miejscowy, drugi z pobliskiego miasteczka, a ten trzeci był zawsze z nimi. Na tyłach domu był stary sad z rozłożystą gruszą. Rodzice Kamy nie mieli psa i gdy zjawiali się tamci, nie wchodzili do domu, lecz szli prosto do sadu, a bywało, że Marek i Kama, zajęci sobą, zorientowali się o ich obecności dopiero wtedy, gdy usłyszeli dźwięki gitary i śpiew; wieczory te zmieniały się w ucztę ku czci Erato, Euterpe i Kaliope. W tym też czasie Marek zaczął być traktowany w domu profesorostwa Jasińskich jak członek rodziny. Że został w tym tajemniczym domu zaakceptowany, przekonał się przy wspólnym śniadaniu po pierwszej nocy spędzonej w pokoju Kamy. Jego pozostawanie coraz częściej na noc traktowane było jak coś naturalnego. Któregoś dnia profesor zaprosił Marka na kawę do sutereny i Marek po raz pierwszy zobaczył jego księgozbiór; to było sacrum tego domu, o którym do tej pory jedynie słyszał: stare wydanie Kraszewskiego. Norwid. Żeromski. Jasienica. Biblioteka profesora otworzyła się przed nim jak sezam: „Dzienniki” Gombrowicza, „Zniewolony umysł”, „Zdobycie władzy”, „Ziemia Ulro”, „Rodzinna Europa” Miłosza, „Doktor Żywago” Pasternaka, „Archipelag Gułag” i „Oddział chorych na raka” Sołżenicyna. Seria Biblioteki Instytutu Literackiego od 1953 roku, książki o których Marek ledwie słyszał, ale nie spodziewał się ich zobaczyć. Legenda! Nie! Jak to możliwe!? Te książki, istnieją! Kama była bardzo oszczędna w słowach, gdy czasem w rozmowach sam na sam opowiadali sobie o domach rodzinnych. Więcej mówiła o matce. Gdy wspomniała o ojcu, czuł, że przebiera starannie w informacjach, nie mówi wszystkiego. Ale o tej bibliotece słyszał. Dużo z tych książek leżało teraz dla niego tak zwyczajnie, po prostu, na biurku; niektóre otwarte, inne poprzekładane kartkami papieru. Marek dotykał ich ostrożniej od tego porcelanowego kubka, w którym Kama przyniosła kawę i wyszła zaraz zostawiając go sam na sam z ojcem.

- Te książki, jeśli pan tylko zechce, może pan czytać, gdy będzie pan w naszym domu. To książki z Instytutu Literackiego, które sprowadzam z Paryża. Domyśla się pan, że nie pocztą. Przez kuzyna, który pozostał tam po wojnie.

Marek wstał i podszedł do regału.

- Ale tylko tutaj, nie na wynos – dodał profesor. – I niech pan przyniesie kiedyś coś swojego. Wiem od Kamy, że pan pisze.
- Czy można? – zapytał Marek dotykając grzbietu książki na regale.
- Miłosz! Tak. Niech pan weźmie.
- Tak. Polska literatura, ale nie może być w Polsce drukowana. Dobrze, że nie rekwirują ich panu, aby spalić, jak kiedyś Niemcy.
- Jeszcze nie... - uśmiechnął się profesor. - Ale kłopotów trochę już mam.

Marek spojrzał pytająco na ojca Kamy, trzymał broszurę „Zniewolony umysł”.

- Miłosza uważają za zdrajcę?
- Niech pan da sobie na razie z tym spokój. Proszę niech pan czyta. Są sprawy o których pan sam musi wyrobić sobie własne zdanie. Tych innych – niech pan szanuje; bez nich nie byłoby i Miłosza. Kiedyś te książki będą w każdej polskiej księgarni. To zależy także od pana i Kamy.

I tak to się zaczęło...  Marek znalazł broszury KOR-u i coraz bardziej oczywiste było, że profesor ma powiązania z tą organizacją. Marek nie dostał się na studia i zatrudnił się w warzelni soli. Praca była na dwie zmiany. Mieszkał z matką i starszą siostrą, która też pracowała w warzelni. Pieniądze oddawali matce. Łącznie z alimentami ojca, starczało to matce na powiązanie końca z końcem po opłaceniu małego mieszkanka w baraku na peryferiach miasta. Wstydził się, że stracił rok. Czytał więc dużo, aby za rok powtórzyć podejście na historię literatury.

Ile razy Marek wchodził do biblioteki, profesor pisał, albo w maszynie do pisania tkwiła jeszcze nie dopisana kartka. Podczas tych coraz dłuższych wieczorów spędzanych w bibliotecznej suterenie, które przemieniały się coraz częściej w spotkania rodzinne z udziałem Kamy i jej matki Marek dostrzegał u obu kobiet niepokój o ojca. Nie śmiał pytać o szczegóły, oczywiste było, że i na książki, które ściąga z Paryża, brakuje pieniędzy w budżecie domowym. Profesor Jasiński zdawał się jednak nie dostrzegać tych trosk. Któregoś dnia, gdy byli sam na sam, zapytał Marka, czy myślał o studiach zagranicą, choćby w Paryżu?

- W Paryżu?
- Jak pan wie, mój kuzyn może panu pomóc.

Refleksja przebiegła przez umysł Marka jak błyskawica: przecież to oznacza rozłąkę z Kamą. Ale Kama nie widziała tego jako rozstanie. Matka i siostra też zaakceptowały ten pomysł. Złożył wniosek paszportowy. Po kilku tygodniach dostał wezwanie „w sprawie wydania Obywatelowi paszportu”. A więc to takie proste! Marek pochwalił się tym w domu Kamy i podziękował za ofiarowane pośrednictwo kuzyna w Paryżu.
     
Poranny ból nie wrócił. Około dziewiątej Marek zszedł na śniadanie. Po śniadaniu zrobił kilka notatek na laptopie, otworzył raz jeszcze stronę z wierszem, który zaczął pisać przed trzema dniami, i którego nie potrafił zakończyć, choć w czasie bezsennych nocy zdawało mu się, że zna już jego puentę. Ale puenty nie było. Dzisiaj też nie.   

- Zimno dziś – zauważyła młoda recepcjonistka, gdy odbierała klucz od Marka i spojrzała wymownie w stronę wyjściowych drzwi tuląc czarnowłosą głowę w kołnierz swetra.
- Nie szkodzi, lubię to. To przecież tylko deszczowa jesień.
- Dziwna ta jesień. W Niemczech też taka?
- Tak, dziwna.  

Porywisty wiatr przejął Marka w swoje objęcia zaraz za drzwiami. Czuł go na wskroś. Pogoda zaskoczyła przykro kuracjuszy. Ulice są puste, jak zapisał wieczorem notebooku, a kobiet, które spotkałem na opustoszałej promenadzie,  są ubrane jak jego matka na zdjęciach z lat dwudziestych. Panie ubierają fin-de-sièclowe stroje, trochę różne, świadczące o zaskoczeniu pogodą, długie do kostek sukienki, kapelusze głęboko osadzone na czoło i uszy, ale i takie o rozłożystych rondach do dopasowanych żakiecików. Panowie najwyraźniej nie nadążają za tym sentymentem swoich pań. Na końcu promenady, gdzie stoją opuszczone budynki dawnych państwowych sanatoriów z odpadającymi gzymsami, wybitymi szybami lub wyrwanymi okiennicami można spotkać już o bardzo wczesnej porze mężczyzn buszujących w śmietnikach za butelkami i innymi odpadami, które można było za grosze spieniężyć. Wieczorem, gdy śmieci spieniężyli, snuli się chwiejnym krokiem i międlili w ustach przekleństwa lub zasypiali na ławkach.

Poszedł w kierunku tężni. Z fontanny na końcu ulicy wypływały strumienie solanki. Wiatr szalał, rozrywał te strumienie, rzucał rozpryski solanki na opustoszałe tego dnia chodniki wokół fontanny. Powiewy zimnego powietrza nie gasły nawet na kilkuset metrowej ścianie tężni, lecz wręcz kumulowały się na niej, tańczyły po ścianie chrustu pozlepianego zastygłą solanką i smagały jego twarz słonawym biczem. Zacisnął obie dłonie na połach kołnierza i szedł szarpany porywami wiatru. Była połowa września. Temperatura spadła jednak do zera, a w nocy spadł mokry śnieg. Topniał zaraz od soli i ściekał solanką. Wraz ze śniegiem przyszedł nocą ten gwałtowny wiatr łamiący gałęzie starszych drzew. Meteorolodzy komentowali te anomalia, a ekolodzy wtórowali im apelami o kontrolę nad postępem cywilizacyjnym, grożącym zniszczeniem życia na ziemi. Dla Marka apele te pasowały jakoś do realiów tego sławnego niegdyś kurortu, gdy nad parkiem ciągnęła smuga czarnego dymu z warzelni soli, a na obrzeżach miasta nad domkami snuły się dymy ze spalonych opon samochodowych. W międzyczasie przewaliła się tutaj ta sama historia, co przez całą jego nadwiślańską ojczyznę. Klasycystyczne budowle łazienek patrzyły teraz na Marka mętnymi szybami i ranami murów po odpadniętych  stiukowych elewacjach.

Na tyłach tężni, za ogrodzeniem z zardzewiałej siatki, ażurowa warstwa nocnego śniegu okrywała całunem ruinę basenu. Marek podszedł przeciw silnemu podmuchowi wiatru tam, gdzie kiedyś szedł z Kamą. Poprzez rozbite drzwi, którymi wchodzili niegdyś na basen kąpielowy ujrzał obraz, w którym trudno było mu odtworzyć wspomnienia tamtych dni. Sterczały smutne resztki konstrukcji  natrysków i trampoliny. Tamte ślady zatarł dawno czas, a w błocie trudno było odnaleźć aleję, którą kiedyś szli. Na drugim końcu tej alei był zegar kwiatowy, przy którym sfotografował ich jakiś przechodzień. Ten zegar nie pokazywał po latach już żadnych realnych godzin, mechanizm nie przetrwał czasu w odliczaniu godzin, dni i lat, a cyfry ze zwiędniętych kwiatów pokrywała warstwa topniejącego śniegu. Czas zatrzymał się też dla Marka wiele lat temu. Prawą dłonią uchwycił obie poły kołnierza zasłaniając nimi twarz i usta i poszedł w kierunku Wisły. Wędrując wałem odgradzającym koryto rzeki od niżej położonych pól, stracił orientacje czasu; wchodził w czas dawno miniony.

Wpierw nie zwracał uwagi na pojedyncze krople deszczu wmieszane między płatki śniegu. Poczuł je dopiero, gdy do ust zaczęła spływać sól, którą wiatr przy tężni osadził warstwą na jego twarzy i pozlepiał nią zarost. Szedł przed siebie, a w którą by stronę nie skręcił, wiatr smagał go deszczem i śniegiem po twarzy. Nie bardzo wiedział już gdzie jest. Spomiędzy chmur błysnęło słońce. Nagle w mieszaninie trawy, śniegu i błota dojrzał coś niebieskiego. Gdy pochylił się ujrzał pęczek fiołków. Rozgarnął trawę i śnieg. Skąd się tutaj wzięły w styczniu? Najprawdopodobniej w tej zacisznej dolinie było dość ciepło, a zdezorientowany tą przemianą i ciepłą aurą roślinka wydała jeszcze ostatnie kwiaty, gdy nagle pojawił się śnieg. Marek zrywał je sięgając gołymi palcami wzdłuż łodyg, jak najgłębiej ku nasadzie kwiatów. Zebrał kilkanaście kwiatów, całkiem spory bukiecik. Owinął kwiaty kilkoma papierowymi chusteczkami i schował ostrożnie do wewnętrznej kieszeni kurtki.

Kiedyś, gdy zrozumiał kim się stał, porzucił studia w stolicy Francji i zacierając za sobą ślady, wyjechał z Paryża. Zdradził! Znaleźli go tam, a on za pieniądze na studia, zdradził. Modlił się o przebaczenie. Nie było znaku od Boga. Był splin. Widocznie był od Boga za daleko, skoro świadomość spodlenia nie znikała. Wyjechał do Niemiec i poświęcił się innym studiom. Po studiach osiadł w małej parafii w Szwabii. Polubił tę cichą dolinę wśród gór i tych pracowitych ludzi uprawiających pola wyrwane naturze; pola szare od pokruszonych margli i dziwił się, że te pólka odpłacają się wysokimi kolbami kukurydzy, bujną pszenicą i owsem. Nie było jednak wśród tych zbóż błękitnych chabrów, ani fioletowych kąkoli. Nie widział fiołków na łąkach. Nie było także rosochatych wierzb.

Zaczęło dokuczać zimno, wilgotne zimno, przed którym nie chroni choćby najwyżej podniesiony kołnierz. Zawrócił w stronę miasta. Z chodników znikł już nocny śnieg i odkrył fantazyjne kompozycje nowych nawierzchni. Gdy chodził kiedyś tymi uliczkami znał prawie każdą połamaną płytę chodnikową i mógłby dojść do tamtego domu nawet nie unosząc głowy.

Teraz rozpoznał z trudem inny budynek. Trzymając kołnierz podniesiony powyżej ust spojrzał na drzwi. Za nimi, pamiętał dobrze, były jeszcze dwa stopnie. Dwa stopnie i małe okienko w ścianie, obok którego nie można było przejść niezauważonym. Jak film, jak echo trwało to w jego pamięci:

„A obywatel do kogo?” – sucho i ostro pytało okienko.

„Ja w sprawie paszportu”.

„Nazwisko?” – pytało okienko. – „Dowód osobisty!” – okienko wyciągnęło rękę. – „Obywatelu majorze” (okienko do słuchawki telefonicznej) „Przyszedł obywatel w sprawie paszportu.  Tak jest.” (trzask odkładanej słuchawki) „Proszę iść!” – okienko do Marka zmienionym tonem choć ciągle bez twarzy. – „Drugie drzwi na prawo!”

Sucha, blada twarz „majora” za biurkiem. Okulary w brązowej ramce. Jowialny uśmiech odsłaniający szczeliny między żółtymi zębami.

„Proszę usiąść obywatelu. Znamy się...” – wyciągnięta z poza biurka sucha, owłosiona dłoń.

„Nie. Pan mnie zna?”  

„My wszystkich znamy. No, w drugą stronę to takie znajomości są czasami... No... Cha, cha, cha... Dobrze, dobrze...”

Marek dziś jeszcze czuje tę suchą owłosioną dłoń na ramieniu i słyszy ten sarkastyczny śmiech jakby dobiegał zza tych zamkniętych dziś drzwi. Pamięta nawet kwaśny smak kawy i dzwonienie majora łyżeczką w ścianki szklanki.

„W Paryżu kawę podają w porcelanie. Pewnie jak wrócicie też będziecie pić w porcelanie. U profesorostwa Jasińskich to pewnie – (te rozbiegane oczy za grubymi szkłami okularów, jak mógł być wtedy taki głupi!) – też w porcelanie?”

I jeszcze to:

„My wiemy, że brat profesora może w Paryżu dużo, ale dla nas najważniejsze jest, że możemy wysłać tam naszego młodego człowieka, aby mieć dobrze wykształconych ludzi w Polsce Ludowej. I to my, obywatelu, my, a nie oni otwieramy wam drogę. Chcemy żeby obywatel to docenił... O, proszę, już jest... Niech to obywatel podpisze. Jeszcze tutaj. Tak, cieszymy się i na pewno po powrocie będzie miasto dumne z takiego obywatela. Nie będziemy spuszczać z was oczu. Tam też nie. Zgłosi się do obywatela ktoś, kto będzie dbał o to, aby ostrzegać przed niebezpieczeństwem. Na pewno przyjedziecie na święta.”

„Chyba nie. To za drogo.”

„Proszę przyjechać. Moje zmartwienie, aby się znalazły pieniądze na podróż. Wpadniecie do nas. Pogadamy jak Polak z Polakiem. Jak się zrozumiemy to znajdą się pieniądze i na więcej. Paryż to wesołe miasto. Ale... O tym proszę nikomu ani słowa. Nie możemy wszystkim płacić. Tak na wszelki wypadek proszę jeszcze tutaj podpisać, że to zostanie między nami. No! Sukcesów!”

Judasz! Trzydzieści lat temu. Inne drzwi, choć ciągle jeszcze kraty w oknach.

Zimno. Nie wie już dokładnie gdzie jest. To już ostatni spacer. Pytał o nią, szukał dawnych znajomych, nie znalazł nikogo, kto mógłby mu coś o niej powiedzieć.  

- To ty!? – odpowiadali zaskoczeni, zdziwieni. – Nie. Nie wiem, nie mam pojęcia...  Wyjechała, tutaj jej nie ma.

Dawał wszystkim numer telefonu do hotelu i do swojego pokoju. Brali niechętnie, albo wcale. Jeżeli coś się w nim nie zmieniło, to jego naiwność. Dlaczego mieliby mu ufać!? Jak śmiał w ogóle wrócić!?

Chciał pójść do kościoła. Ale kościół o tej porze był zamknięty. Był tak na wskroś przeniknięty zimnem i wilgocią, że temperatura ciała osiągnęła temperaturę przemokniętej odzieży, a skóra była tak samo mokra, jak odzież i krwioobieg nie nadążał już z ogrzewaniem. Poczuł zbawienne ciepło z otwartej na szeroko knajpy. Nie pomyślał wcześniej, że to takie miłe, ten zaduch tytoniu, opary alkoholu i piwa, ten gwar. Przypomniał sobie wieczory pod gruszą w ogrodzie Jasińskich z tamtymi trzema, których też już nie ma. Wszedł.

- Ale żeś się, chłopie, urządził! Z Wisły wylazłeś?

Jakaś roześmiana i przyjazna twarz jowialnego mężczyzny z głową wygoloną na glacę podsuwała mu krzesełko i kufel piwa. O, jak ciepło! O, jak dobrze! Przez te lata pokutnej ascezy, którą sobie narzucił, zapomniał też smaku wódki.

- Co dla pana?
- Wódka.
- Pojedyncza?
- Podwójna – podpowiada jowialna twarz.
- Podwójna – potwierdza Marek. - Jeszcze jedną!
- Proszę zapłacić! Ma pan pieniądze? - Sięga po portfel do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyciąga z portfela 100 euro. – Starczy?
- Starczy. Niech pan schowa portfel – radzi do ucha kelner.

...Teraz krew krąży, roznosi ciepło po całym ciele jak dobrze funkcjonujące centralne ogrzewanie. Jest tak ciepło, że nawet leżąc w błocie sięga ręką po resztkę topniejącego śniegu, aby przyłożyć go do skroni. Także do szyi. Brak siły, aby się podnieść. Ale jest dobrze. Gdyby tylko nie ten ból w piersi i mrok w oczach. Przekręca się na plecy, aby móc sięgnąć do kieszeni po zbawczy flakonik z nitrogliceryną. Ale w kieszeni nie ma nic twardego. Ani lekarstwa, ani portfela. To, co wyciągnął, to wymięte, przemoczone papierowe chusteczki, z których wysypały się błękitne fiołki. Czuł je, wypadające mu z palców, ale nie widział. Przysunął je do ust. Gryzł. Na wargach poczuł słoność. Ból w piersi zmienił się teraz w skurcz, który pozbawiał go sił nawet na utrzymanie tych kilku badyli. Miał wrażenie, że koloratka zacisnęła się na szyi i dławi oddech. Sięgnął do szyi, aby rozpiąć insygnium kapłaństwa, ale przecież nie miał jej, nie nosił jej przez cały ten tydzień. Płatki fiołków wypełniły jamę ustną. Niezdarnie starał się teraz wypchnąć je językiem na zewnątrz, ale zatrzymywały się na wargach. Słoność przenikała do przełyku. Wreszcie wróciła torsjami. Jeszcze tylko krótkie rzężenie i to był koniec. Chabry lepił do twarzy deszcze ze śniegiem.

*

W małym hoteliku przy bocznej uliczce recepcjonistka połączyła rozmowę zamiejscową. W pustym pokoju po kilku taktach telefonu odezwał się automat: „Po sygnale proszę zostawić wiadomość!” Po krótkiej przerwie odezwał się ten głos, który Marek rozpoznałby zawsze i teraz też, gdyby go jeszcze słyszał. Gdyby tutaj był. Potem pusty pokój Marka zaległa głucha cisza.

Czarnowłosa dziewczyna w recepcji zauważyła migającą długo kontrolkę na centralce telefonicznej i zwróciła uwagę, że klucz z numerem 11 wisi wciąż w gablocie. Kontrolka aparatu telefonicznego na centralce migała jeszcze jakiś czas. Dziewczyna spojrzała na zegarek; było już po północy; ten dziwny gość spod jedenastki nie wrócił ze spaceru...

Frankfurt n. M. 2018 r.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

zloty motocyklowe