Lesław Czapliński - „MEC JEGHERN” znaczy zagłada

Pojęciem „Mec jeghern” (dosł. wielkie nieszczęście) Ormianie określają doświadczenie krwawych prześladowań, jakich doznali ze strony osmańskiej Turcji ich rodacy z Anatolii w drugim roku I wojny światowej. Paradoksem stało się, że odpowiedzialność za to spoczęła na ugrupowaniu politycznym Młodoturków, które zrazu głosiło hasła zapewnienia Ormianom odpowiednich praw oraz współpracowało z ich stronnictwami w celu przeprowadzenia w Imperium postępowych i modernizacyjnych reform cywilizacyjnych. Podobna ironia pojawi się kilkadziesiąt lat później, kiedy turecką inwazję na Cypr w 1974 roku zarządzi ówczesny premier Bülent Ecevit, socjaldemokrata i poeta, który wcześniej w swojej twórczości nawoływał do turecko-greckiego pojednania („Wiersz turecko-grecki” z 1947 roku, polski przekład w Literaturze na świecie nr 5 z 1979).

 W kilkanaście lat po dokonanym ludobójstwie (orm. ceghaspanutjun) ukazały się jego świadectwa literackie: powieść Franza Werfla „Czterdzieści dni Musy Dağ” (rzecz dotyczy ponadmiesięcznego oporu, jaki, niczym obrońcy Masady, stawiali na tytułowym wzniesieniu mieszkańcy pobliskiej Musy, którym ostatecznie przyszedł z odsieczą francuski okręt „Joanna d’Arc”) oraz bliskowschodni reportaż Agathy Christie „Opowiedźcie, jak tam żyjecie” (tł. Ewa Adamska, Warszawa 1999). Jednym z pierwszych, który zajął się badaniem tych zdarzeń był Arnold Toynbee, filozof kultury i twórca teorii faz rozwojowych oraz typów cywilizacji.
Ludobójstwa bynajmniej nie wymyślił wiek XX i jego ideologie, stanowiące współczesne odpowiedniki religii, w imię których dokonywano wcześniej masowych prześladowań, że przywołam zagładę bałtyckich Prusów przez Zakon Krzyżacki, po których pozostała nazwa, jak na ironię przybrana przez ich etnicznych oprawców, którzy zasiedlili pozostałe po nich tereny, a także ślady w toponimice czyli nazewnictwie geograficznym. Nieco wcześniej ofiarą masowej eksterminacji na tle religijnym padli katarowie w południowej Francji (rzeź Beziers 22 lipca 1208 roku w ramach krucjaty, skierowanej przeciw temu ruchowi przez papieża Innocentego III, którą opisuje Zbigniew Herbert w „Barbarzyńcy w ogrodzie”). Podobny charakter posiadała zagłada Indian po podboju Nowego Świata przez hiszpańskich konkwistadorów arcychrześcijańskiego monarchy.

Stanisław Lem popełnił swego czasu na łamach „Odry” mistyfikację, publikując pod tytułem „Prowokacji” recenzję z fikcyjnego studium o ludobójstwie nieistniejącego niemieckiego uczonego Horsta Aspernicusa. Rzekomo referując jego tezy, twierdzi że

„Prekursorstwo ludobójstwa hitlerowskiego widzi w rzezi Ormian przez Turków podczas pierwszej wojny światowej, gdyż zdobyła już pełnię cech nowożytnego ludobójstwa: nie przyniosła Turkom żadnych korzyści istotnych, a zarazem rzeź ta została zakłamana, a przed światem jak się dało ukryta”.

Z pierwszym wnioskiem nie można się zgodzić, ponieważ w jej wyniku nastąpiło całkowite i trwałe oczyszczenie terytorium historycznej Wielkiej Armenii z jej rdzennych mieszkańców, stając się prototypem późniejszych czystek etnicznych (np. na Wołyniu wobec ludności polskiej). Po anatolijskich Ormianach pozostały jedynie ślady w toponomastyce (miasto i jezioro Wan) oraz najczęściej popadające w ruinę kościoły. Natomiast mec jeghern stanowiło niewątpliwie prefigurację shoah Żydów w czasie drugiej wojny światowej (tak jak wymiana ludności pomiędzy Turcją i Grecją po zwycięskiej kampanii Kemala Paszy stanowiła pierwowzór masowych przesiedleń, będących wynikiem drugiej wojny światowej). W związku z tym przywołuje się słynne zdanie Hitlera, wygłoszone na odprawie dla dowódców Wehrmachtu przed inwazją na Polskę: „Któż jeszcze dziś pamięta o wyniszczeniu Ormian” (Grzegorz Kucharczyk  „Pierwszy holocaust XX wieku”, Warszawa 2004, s. 8). Zresztą nie do końca została wyjaśniona rola oraz odpowiedzialność za tę pierwszą zbrodnię niemieckich doradców wojskowych przy tureckim rządzie.

O ile późniejsza zagłada Żydów stała się wyjątkowa za sprawą metodyczności jej przeprowadzenia przy zastosowaniu najnowszych zdobyczy nauki i cywilizacji, a więc technologii na skalę nieomal przemysłową, to w odniesieniu do Ormian nie rozporządzał takimi środkami „chory człowiek Europy”, jak określano pogrążone w stanie rozkładu Imperium Otomańskie. A zatem eksterminacja tychże posiadała poniekąd przebieg żywiołowy, między innymi poprzez stwarzanie okoliczności zwiększających śmiertelność (wyniszczające błędne marsze, często kluczące w koło, lub przemieszczające się przez półpustynne tereny, które zresztą też znalazły swój odpowiednik w hitlerowskich marszach śmierci po ewakuacji Auschwitz przed zbliżającym się frontem). Konwoje te stawały się na dodatek obiektem tolerowanych napaści ze strony kurdyjskich lub arabskich bojówek, a zwłaszcza tych utworzonych przez władze z pospolitych przestępców tzw. czetów. Dochodziło przy tym do aktów bezprzykładnego okrucieństwa i barbarzyństwa (podkuwanie stóp, palenie żywcem czy topienie w Tygrysie, Eufracie lub Morzu Czarnym), o czym wspominały nie tylko nieliczne ocalałe ofiary, ale także cudzoziemscy świadkowie, którzy znaleźli się na tych terenach. I tak u Agathy Christie występuje opis zagnania ofiar do dołu i ich podpalenia, z której to masakry ratuje się mały chłopiec, któremu udało się ukryć pod innymi zwłokami, a następnie po odejściu oprawców wydostać na zewnątrz (op. cit. ss. 51-52), jakże korespondujący ze wspomnieniem Jonasza Sterna, słynnego malarza surrealisty, członka Grupy Krakowskiej, który ocalał w podobny sposób, podczas masowego rozstrzeliwania we lwowskim obozie janowskim, a którego relacja została potem wykorzystana w „Brygadzie śmierci”, elekronicznej kompozycji Krzysztofa Pendereckiego na głos recytujący i taśmę oraz ostatnim spektaklu Tadeusza Kantora „Dziś są moje urodziny”. Ogółem pogromy z czasów Abdülhamida II pochłonęły dwieście tysięcy istnień, podczas gdy właściwe ludobójstwo pociągnęło za sobą około półtora miliona ofiar (szacunki te podaję za: Yves Ternon „Historia zapomnianego ludobójstwa” tł. Wawrzyniec Brzozowski, Kraków 2005).

Lem w przywołanym tekście twierdzi, iż hitlerowskie unicestwienie narodu wybranego stanowiło zastępcze bogobójstwo. Tezę tę można z równym powodzeniem odnieść do zagłady Ormian, jeśli zważy się, że członkowie młodotureckiego triumwiratu, a zwłaszcza Talaat Pasza byli ateistami, i że ze szczególnym okrucieństwem traktowane było duchowieństwo. Natomiast różniła je możliwość ocalenia poprzez przejście na islam, podczas gdy Żydzi pozbawieni byli takiej szansy, choć Hitler w wyjątkowych przypadkach rezerwował sobie prawo do nadawania „aryjskości” nie wynikającej z „przynależności krwi”, lecz raczej tej przelanej dla dobra „ziemi”, czyli zasług frontowych, związanych z obydwiema wojnami, co dotyczyło głównie wąskiej grupy dowódców wojskowych, przy czym mieli oni zostać poddani ponownej weryfikacji po ostatecznym zwycięstwie.

Na wieść o zbrodni na swych rodakach, Aleksandr Spendiarian, krymski Ormianin, spowinowacony z marynistą Howannesem Ajwazjanem, lepiej znanym jako Iwan Ajwazowski, trzeci z twórców narodowej opery ormiańskiej, jeszcze w tym samym roku skomponował arię koncertową w formie lamentu - „Do Armenii” op. 27, po raz pierwszy wykonaną rok później na jego koncercie kompozytorskim w gruzińskim Tyflisie. W Krakowie natomiast dla upamiętnienia ofiar jec meghern stanął kilka lat temu obok kościoła św. Mikołaja, nieopodal średniowiecznej latarni zmarłych, chaczkar (kamienny krzyż kwietny, charakterystyczny dla ormiańskiej małej architektury sakralnej).

W 2008 roku powstał dokument filmowy „O synu sprzedawcy oliwek” Mathieu Zeitindjioglou, ożenionego z Polką francuskiego reżysera pochodzenia ormiańskiego o sturczonym nazwisku. Wprzągł on do realizacji swego filmu różnorodne środki, a więc obok metod dokumentalnych, polegających na rejestracji rozmów oraz wywiadów, w tym kręconych z ukrytej kamery, również animację, której towarzyszy baśniowa przypowieść. Wszelako pojawiające się w komentarzu porównanie eksterminacji Ormian z sytuacją w Kosowie jest o tyle chybione, że w przypadku tego ostatniego, to właśnie rdzenna ludność serbska tej kolebki jej państwowości - na podobieństwo Wielkopolski, poddawanej germanizacji, której też groziło oderwanie od macierzy - poddawana była długotrwałej czystce etniczno-demograficznej. Jeszcze po wojnie stanowiła większość mieszkańców tego regionu. Tito, nazywany jedynym prawdziwym Jugosłowianinem (skądinąd, niczym Stalin Gruzinów, nie faworyzował Chorwatów, spośród których się wywodził), w celu osłabienia dominującej w państwie narodowości dokonał rozbioru Serbii na okręgi autonomiczne: Wojwodinę i Kosowo właśnie. Tolerowane przez władze gwałty i rozboje, dokonywane na Serbach przez albańską mniejszość, wywołały exodus tych pierwszych, a reszty dopełniła wyższa rozrodczość wśród muzułmańskich Albańczyków, doprowadzając do odwrócenia dotychczasowych proporcji etnicznych. I w niedługiej przyszłości prawdopodobnie po Serbach, niczym po Ormianach, pozostaną jedynie nazwy oraz ruiny cerkwi. W tym świetle zupełnie nowego znaczenia nabiera protest Petera Handkego przeciw antyserbskiej kampanii i agresji w 1979 roku, za co zresztą był odsądzany od czci i wiary.

Wracając do filmu, to reżysera interesuje przede wszystkim jak radzą sobie z dziedzictwem tego ludobójstwa współcześni Turcy. A poradzili sobie bardzo dobrze, wypierając po prostu niewygodne fakty z pamięci, lub na zasadzie znanego z psychologii mechanizmu przeniesienia i projekcji nie tylko przerzucili winę na samych Ormian, oskarżając o zamiar wzniecenia powstania oraz dokonywania aktów dywersji, wspierających inwazję Rosjan, którym mieli sprzyjać (skądinąd w wyniku wojny z Rosją 1877-1878 na 54 lata Kars przeszedł pod carskie panowanie, które przywołuje w swoim „Śniegu” Orhan Pamuk), a więc usprawiedliwiając represje wojennymi realiami, ale też odwrócili role i to ich obciążyli zbrodnią, tyle że popełnioną jakoby na Turkach, czy szerzej muzułmanach, o czym przekonywać mają ekspozycje w muzeach w Erzurum i Wan. Staje się to punktem wyjścia do tropienia fenomenu tureckiego negacjonizmu zbrodni (francuski parlament uznał ją za ludobójstwo i objął jej zaprzeczanie penalizacją na podobieństwo tzw. kłamstwa oświęcimskiego w odniesieniu do holocaustu). Tylko mimochodem wspomina się w filmie o głosach tureckiego sumienia w osobach noblisty Orhana Pamuka oraz Elif Şafak, ryzykujących pociągnięcie do odpowiedzialności karnej za okazywane świadectwa cywilnej odwagi i publiczne poruszanie kwestii popełnionego na Ormianach genocydu.

Elif Şafak poświęciła tej tematyce napisaną po angielsku powieść „Bękart ze Stambułu”, w której młoda Turczynka ze stambulskiej burżuazji nawiązuje kontakt z amerykańską rodziną ormiańskich imigrantów, jak się okaże spowinowaconą z nią za sprawą jej przodka, którego pierwszą żoną była uratowana przezeń z pogromu Ormianka, która potem wyjechała za ocean. Z kolei w filmie Özcana Alpera „Przyszłość trwa wiecznie” pojawia się epizodyczny wątek ostatniego Ormianina w Diyarbakir, trwającego na przekór wszystkiemu i opiekującego się popadającym  w coraz większą ruinę kościołem, w czym pomaga mu Turek zajmujący się sprzedażą wideokaset z filmami Yılmaza Güneya, Andrieja Tarkowskiego i Krzysztofa Kieslowskiego, co więcej mówi o nim samym niż przysparza mu klientów i pieniędzy.

Mnie by interesowało także przywołanie świadectw występowania wśród Turków z tamtych czasów sprawiedliwych, którzy ratowali swych ormiańskich sąsiadów, niczym anonimowa Turczynka z powieści Edgara Hilsenratha „Baśń o myśli ostatniej” (tł. Ryszard Wojnakowski, Katowice 2005), która znalazła na drodze porzuconego ormiańskiego noworodka, mimo że za niesienie pomocy groziły surowe represje (publicznie powieszeni za to dwaj Turcy i Kurd), bardzo często oznaczające podzielenie losu prześladowanych. Ale było tak nie tylko w odniesieniu do fikcji literackiej, lecz także Grzegorz Kucharczyk przytacza autentyczne przypadki, zarówno w odniesieniu do pogromów z  czasów panowania sułtana Abdülhamida II na przełomie stuleci XIX i XX: „mufti oraz kadi z Hadjin sprzeciwiali się zabijaniu Ormian w tym mieście. Imam w Hagia Sophia publicznie potępił pogromy Ormian w Stambule w 1896 r.” (op. cit., s. 43), jak i samej eksterminacji (gubernatorzy Aleppo,  Smyrny (Izmiru) i Erzurum odmówili wykonania rozkazu, podobnie jak burmistrzowie Mardin i Lidje, co ci ostatni przypłacili życiem, natomiast w Adapazarze i Mudarin miejscowi Turcy utrudniali przeprowadzenie deportacji (ibidem, s. 115). To prawda że odosobnionych, ale tym bardziej godnych odnotowania.

Żałować należy, iż wciąż w filmach zbyt powierzchownie przywołuje się to ludobójstwo. Epizodycznie ormiańskie pogromy za wspomnianego Abdülhamida II pojawiają się w „Ameryce, Ameryce” Elii Kazana, jako prefiguracja losu, który mógłby przypaść tureckim Grekom (skądinąd udzielającym w 1915 roku w czarnomorskim Trabzonie schronienia w swych domach czterdziestu Ormiankom), co skłania bohatera, porte parole reżysera (naprawdę też noszącego sturkizowane nazwisko Kazanjoglou), do emigracji właśnie do Stanów Zjednoczonych. Poniekąd tej problematyce poświęcony jest „Ararat” Atoma Egoyana, ale zbyt skomplikowana forma tego utworu, w którym wątki historyczne przeplatają się ze współczesnymi i na dodatek nie dotyczącymi sfery polityki, lecz nowoczesnej sztuki, nie przemawia na tyle bezpośrednio, by wstrząsnąć sumieniami. A przecież właśnie film fabularny, za sprawą identyfikacji z losami fikcyjnych bohaterów, jest w stanie przemówić do masowej wyobraźni i uczynić to zdarzenie historyczne równie obecnym w powszechnej świadomości, jak holocaust, który dotknął trzydzieści lat później Żydów.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

zloty motocyklowe